Wpisy z tagiem: film
sobota, 13 lutego 2010
Odjechany świat Terry'ego Gilliama
Terry Gilliam, jedyny Amerykanin w grupie Monty Pythona. W „Latającym Cyrku...” odpowiedzialny był za niesamowite animacje, wyświetlane pomiędzy kolejnymi skeczami i stanowiące ich abstrakcyjne połączenie. Czasami pojawiał się też w jakiejś epizodycznej rólce, ale były to przepadki dość rzadkie, a jeśli już do tego dochodziło, to grana przez niego postać po kilku-kilkunastu sekundach znikała. Kiedy Pythoni zawiesili działalność, Gilliam zajął się reżyserią, dając upust swojej wyobraźni. Pierwsze kroki stawiał jeszcze podczas realizacji „Świętego Grala”, szybko jednak odnajdując swój własny, oryginalny styl. Każdy kolejny film, to niezwykła opowieść o człowieku, o kłębiącym się w nas szaleństwie. W tych filmach rzeczywistość miesza się z surrealizmem. Wystarczy wspomnieć takie tytuły, jak choćby „Fisher King”, czy „12 małp”. Ostatnio miałem w końcu okazję obejrzeć „Brazil”. Antyutopia, w której świat przyszłości to doskonale zaprogramowana, biurokratyczna machina. Społeczeństwo zostało odpowiednio zorganizowane i nie ma w nim miejsca na indywidualność, a jeśli ktoś będzie próbował się spod tego mechanizmu wyrwać, znajdzie się sposób na zahamowanie takich zapędów. Jest to dość pesymistyczna wizja przyszłości, ale czy to tylko reżyserska wyobraźnia? Czy przypadkiem nie mamy tu obrazu naszego społeczeństwa w nieco tylko krzywym zwierciadle?
Ostatnio Gilliam ponownie dał upust swojej niesamowitej wyobraźni, realizując dość monumentalnego „Parnassusa”. Miał z tym filmem sporo problemów, śmierć producenta i odtwórcy jednej z głównych ról, ale dzięki wsparciu rodziny udało mu się pomimo tych przeciwności ukończyć film. Dzięki nowoczesnej technologi, animowane kolaże z czasów Monty Pythona można było zrealizować w bardzo realistyczny sposób. Tytułowy Parnassus, wędrowny iluzjonista, pojedynkuje się z diabłem walka polega na pozyskaniu ludzkich dusz. Dość naiwnie wierzy on w ludzkie pragnienie piękna i dobra. A stawka tego pojedynku jest bardzo wysoka, ukochana córka głównego bohatera. Film świetny, bardzo Gilliamowski, choć z drugiej strony nieco rozczarowujący. Winę za uczucie niedosytu, które powstało po jego obejrzeniu ponosi bardzo nachalna zapowiedź filmu, która z wielką częstotliwością nadawana była w telewizji, w okolicy świąt, a w której zebrano niemal wszystkie, najlepsze fragmenty filmu. Właściwie podczas seansu nie pojawiła się żadna niespodzianka. Wyobrażam sobie jak musieli być rozczarowani ci, którzy twórczości Gilliama nie znają, kierowani reklamą, zapowiadającą film, jako największe wydarzenie od czasu „Władcy pierścieni”. Ja tam bawiłem się świetnie, no i nauczyłem się w końcu, żeby pod żadnym pozorem nie oglądać trailerów zapowiadających film. Muszę jeszcze wspomnieć o świetnej kreacji Toma Waitsa, który wcielił się w postać diabła. Był wprost wyśmienity. Myślę, że taki diabeł, potrafiłby każdego zmanipulować, skłonić do tego, by zagrał z nim w jego grę, według ustalonych przez diabła zasad. Lepiej takiego demona na swej drodze nie spotkać.
Kolejnym dziełem Terry'ego Gilliama ma być jego własna interpretacja wielkiej książki Cervantesa „Don Kichot”. Reżyser próbuje ten film nakręcić od wielu lat, ale właśnie teraz jest duża szansa na realizację tego planu. Już nie mogę się doczekać na kolejną surrealistyczną ucztę przygotowaną przez Gilliama.
poniedziałek, 01 lutego 2010
Armia i "sper moce"
Z pewnością każda armia świata chciałaby mieć „super żołnierzy”, wojowników nie znających strachu, nic nie robiących sobie z bólu, nie czujących zmęczenia. W tym celu, już od tysiącleci odurza się żołnierzy, różnego rodzaju specyfikami. Siejący strach wojownik, to nie tylko odpowiednie warunki fizyczne, ale również, a właściwie przede wszystkim, psychiczne. Nawet polska armia chce stworzyć super żołnierza. Badając kod genetyczny przyszłych rekrutów, chce wybierać tylko takich, którzy byliby odporni na stres i niektóre choroby. Pod takim kontem rekrutuje się żołnierzy jednostek specjalnych w Stanach. A gdyby udało się armii zatrudnić lub pozyskać ludzi o niezwykłych zdolnościach. Pochmurny dzień uniemożliwia atak powietrzny, wychodzi mały oddział i rozgania chmury siłą woli. Nie wiemy gdzie ukrywa się Bin Laden, czy inny maniak, wystarcz wykorzystać telepatę, który poda nam dokładną lokalizację kryjówki złoczyńcy, a wówczas ręka, noka, mózg na ścianie. Chcemy pozbyć się krwawego dyktatora, zagrażającemu swym potencjałem nuklearnym światu, nic prostszego, nasz agent, o super mocach samą siłą woli zatrzyma bicie serca bestii. Niemożliwe! Rosyjscy naukowcy, którzy kontynuują badania rozpoczęte jeszcze w czasach świetności Związku Radzieckiego, twierdzą, że takie zdolności jak telepatia, czy telekineza, zapisane zostały w naszym kodzie genetycznym. A skoro nad wykorzystaniem ewentualnych „super zdolności” dla celów wojskowych pracowali sowieci, to z pewnością nie pominęli takiej możliwości Amerykanie. Może, w którejś z liczny amerykańskich baz, znajduje się ukryty ośrodek, w którym służą „super żołnierze”? Możliwe jest, że wizja Jona Ronsona, która zekranizowana została w postaci filmu „Człowiek, który gapił się na kozy”, nie jest do końca fikcją. Podobno tak sugeruje autor, który zasłynął głównie jako dziennikarz, demaskator światowych teorii spiskowych. Książki jeszcze nie czytałem, ale jak tylko się ukaże, z pewnością po nią sięgnę. Obejrzałem za to film. Robi wrażeni i daje do myślenia. No i przede wszystkim, to naprawdę zabawna komedia. Nie spotkamy tu superbohaterów pokroju Supermana czy X – manów. Jednostkę „super żołnierzy”, stanowi tu zgraja zwolenników New Age, zatrudniona przez amerykańską armię, którym czasem coś niezwykłego wyjdzie, z tym, że nie do końca wiadomo, czy w wyniku zastosowania super zdolności, czy też po prostu, przez przypadek. Film jest świetny, to nie tylko niesamowita historia, ale również wspaniałe kreacje Georga Clooneya, Jeffa Bridgesa i Kevina Spaceyego. Zachęcam do obejrzenia „Człowieka Który gapił się na kozy”. Już sam tytuł do tego kusi, przynajmniej tak było ze mną.
poniedziałek, 04 stycznia 2010
„Nie jesteś już w stanie Kansas, witamy na Pandorze”
Słowa pułkownika Quaritcha, bohatera filmu „Avatar” można by było sparafrazować w odniesieniu do samego filmu „nie jesteśmy już w XX stuleciu, witamy w XXI wieku”. Dokładnie takie wrażenie odnosi się niemal od samego początku, oglądając dzieło Jamesa Camerona. Film powala. Prawie trzy godziny, a wychodząc ma się wrażenie, że był zbyt krótki. Szczególnie strona wizualna tego niezwykłego widowiska, robi ogromne wrażenie. Nikt jeszcze nie stworzył, czegoś tak doskonałego. Dopóki akcja filmu toczy się w ziemskiej bazie, można nawet żałować, że wybrało się wersję 3D, ale kiedy bohaterowie przenoszą się do dżungli, porastającej planetę Pnadorę, to co widzimy na ekranie zapiera dech. Przepiękny, magiczny i jednocześnie niemal namacalnie realny świat. Aż chciałoby się zerwać z fotela i wskoczyć w ten cudowny las. W tym świecie istota wielkości człowieka czuje się jak mrówka w wysokiej trawie. Jak zagubiony żuk na polu kukurydzy. Tylko bogactwo i niezwykłość zarówno fauny, jak i flory jest nieporównywalnie większe. I jakby tego było mało, świat ten okazuje się rajem, w którym wszystkie zamieszkujące go istoty są ze sobą połączone. Planeta związała je w doskonałej harmonii idealnego ekosystemu. Od momentu, kiedy opuściłem kino minęła już ponad doba, ale ja nadal mam w głowie obraz tego niesamowitego świata. Jakby mi ktoś wszczepił do głowy czip, wciąż przekazujący do mojego mózgu wizję świata wymyślonego przez Camerona. „Avatar”, to pierwsza od 12 lat fabuła tego twórcy. W tym czasie zajął się on rozwijaniem technologii 3D, eksperymentując z nowymi technikami, konstruując zupełnie nowy typ kamery, czego efektem jest właśnie jego najnowsze dzieło, film, który stać się może krokiem przełomowym w historii kina. Myślę, że już wkrótce posypią się kolejne filmy wykorzystujące jego doświadczenie z 3D oraz animacjią. Miejmy również nadzieję, że i on sam nie zaszyje się na kolejną dekadę i już wkrótce zgotuje nam następną ucztę.... a co tam, uczta, to słowo nie oddaje, tego co można przeżyć oglądając „Avatara”... lepiej pasuje tu „wizualna orgia”. „Avatar” jest z pewnością arcydziełem pod względem wizualnym. Nieco słabiej wypada jednak sama fabuła filmu. Nie mamy tutaj niczego odkrywczego. Cameron czerpie garściami nie tylko z własnych dokonań, ale również z kanonu popkultury. Zderzenie dwóch obcych cywilizacji, eksploatowane jest przez twórców literatury, komiksu i kinematografii od dziesięcioleci, więc niewiele nowego można na ten temat jeszcze powiedzieć. Mamy więc tutaj żądnych zysków i bogactw naturalnych ziemian, którzy zadufani w potęgę własnej techniki, wszelkimi dostępnymi środkami dążą do osiągnięcia swojego celu. Przeciw nim stają szlachetni i prymitywni pod względem technologicznym tubylcy, po których stronie opowiada się nawrócony konkwistador. Myślę, że reżyserowi udało się jednak, dzięki tej baśni przekazać ważne przesłanie. W pogoni za zyskiem, rozwojem naszej cywilizacji, zbyt daleko odeszliśmy od własnych korzeni. Od ścisłego związku z przyrodą, której przecież jesteśmy częścią. Niszczymy rodzimą planetę, co w przyszłości może doprowadzić do jej zagłady, a co za tym idzie również kresu naszej cywilizacji. I nie chodzi o to, żebyśmy teraz wyrzucili nagle nasze komputery, jeansy zastąpili spódniczkami z trawy i zamieszkali na drzewach. Trzeba jednak nieco przystopować, opamiętać się w tej niekończącej się konsumpcji. Zacząć szukać najbardziej optymalnych rozwiązań. Zacząć żyć świadomie, wykorzystywać zdobytą dotąd wiedzę, do tego, żeby żyć nie tylko wygodniej, ale również w celu zachowania bogactwa naszej niezwykłej planety. Bo cud jakim jest Ziemia, z jej bogatym ekosystemem, może stanowić bardzo rzadki przykład we wszechświecie. Kiedy baczniej zaczniemy obserwować przyrodę, dostrzeżemy, że to wszystko, co sami tworzymy, wszystko, co jesteśmy w stanie wymyślić jest tylko kiepskim naśladownictwem przyrody. Gorąco polecam „Avatara” bo jest to nie tylko świetna rozrywka, gdzie nasz zmysł wzroku zostanie mocno podrażniony, doznając niemal rozkosznych wrażeń, jest to również mądra przypowieść. Szkoda tylko, że w naszym tak bardzo przesyconym konsumpcjonizmem świecie mało kto, ma ochotę słuchać.
wtorek, 15 grudnia 2009
Szaleństwa staruszka
Każdemu, kogo najdzie strach przed starością, polecam czeski film pt."Babie lato". W ogóle bardzo polecam czeską kinematografię, zawsze to jakaś odskocznia dzieł naszych rodzimych twórców, po obejrzeniu których pozostaje już tylko dylemat, żyletka, czy gaz.
Film ten opowiada historię siedemdziesięciosześciolatka, który jakby nie zauważa swojego wieku i po prostu, dobrze się bawi. Jako były aktor praskiej operetki, wraz z przyjacielem wcielają się w różne persony, tak dla hecy, by przeżyć jakąś przygodę. Zupełnie inaczej niż jego małżonka, która martwi się przede wszystkim za co, gdzie i w jaki sposób zostaną pochowani. Ona żyje już zbliżającą się śmiercią, czytając pilnie nekrologi, oraz śledząc najnowsze trendy dotyczące pochówku, on stara się przede wszystkim wykorzystać jak najlepiej czas, który mu pozostał. Mimo tych różnic łączy ich głęboka miłość, której tylko pozazdrościć, aż mi się łezka w oku zakręciła, a nawet, z tego oka pociekła (ale o tym sza). Puki co, po przekroczeniu trzydziestki jakoś nie specjalnie myślę o starości. Kolejne choroby, rozgoryczenie wynikające z niespełnionych ambicji i wizja niedalekiej śmieci, jak na razie to coś bardzo odległego. "Babie lato" zmusiło mnie jednak do refleksji na ten temat. Bardzo bym chciał żeby nas, z Basią, za czterdzieści lat łączyło podobne uczucie, jak głównych bohaterów filmu, ale nad tym przyjdzie nam popracować. Najważniejsze by nie stać się marudzącym, zgorzkniałym starcem. Mamy tylko jedno życie na tym świece i nie można go zmarnować. Trzeba chwytać dzień, nie tracąc ciekawości świata. Trzeba potrafić się bawić, nie wolno się tego bać „bo to nie wypada”. Nie ma czegoś takiego jak „nie wypada”. Żyć należy na wesoło, nigdy nie można bać się śmiechu. Obawiać się własnych wygłupów. To najbardziej normalne i zupełnie naturalne rzeczy, bez względu na wiek, jedna z tych, które sprawiają, że życie jest naprawdę piękne. Nikt z nas nie prosił się na ten świat, ale skoro już tu jesteśmy, to bawmy się, nie marnujmy żadnej chwili. Życie jest po to by marzyć, a później starać się po te marzenia sięgnąć. Życie jest piękne! I nigdy nie można o tym zapominać!
niedziela, 06 grudnia 2009
Sierpień 1968
21 sierpnia 1968 roku, wojska Układu Warszawskiego (ZSRR, Polski i Węgier) wkroczyły do Czechosłowacji, by ochronić bratni naród czechosłowacki, przed próbą reform i uniezależnieniem od Związku Radzieckiego. W krótkim czasie sytuacja została opanowana, Czesi i Słowacy znów mogli cieszyć się z demokracji ludowej. Udział w tzw. operacji „Dunaj” należy do najczarniejszych kart polskiego oręża. Udziału w niej odmówili Rumuni, w ostatniej chwili wycofało się NRD, a my jak te osły poszliśmy za naszym wielkim bratem dławić wolność: „Bo społeczeństwo czechosłowackie, to wiecie, poprosili nas o pomoc, a my już tacy jesteśmy, że jak nas ktoś o coś prosi, to żeby skały srały… my nie zawiedziemy. Nie po to bohaterska noga polskiego żołnierza zatknęła sztandar w samym sercu hitlerowskiej hordy… U nas nie ma miętkiej gry. Od tego macie sojuszników, żeby tu na was stanęli murem” jak pięknie uzasadnił nasz udział jeden z bohaterów filmu „Operacja Dunaj”. Film ten, to rzadki przykład próby podejścia do ciężkiego tematu z przymrożeniem oka. Rzecz w naszej kinematografii wyjątkowa. Podoba mi się pomysł, podczas inwazji gubi się jeden z polskich czołgów, weteran z czasów II wojny światowej o wdzięcznej nazwie „Biedroneczka”. Tu polscy „herosi” spotykają się z czeskimi „Szwejkami”, którzy nie są w stanie pojąć o co okupantom z północy w ogóle chodzi. Polscy czołgiści, jakoś jednak pod względem charakteru bardziej podobni są do Czechów niż do potomków zdobywców Moskwy. Reżyser w swojej opowieści oparł się na legendzie, mówiącej o tym, że w sierpniu 1968 roku na terytorium Czechosłowacji zaginął polski czołg. Jedna z hipotez mówi o tym, że dowódca czołgu miał narzeczoną w Czechach i po przekroczeniu granicy maszynę opuścił i zdezerterował. Czy jest to prawda czy też nie.. w sumie nieważne, po prostu wówczas wszyscy powinni tak zrobić by nie być bezmyślnym narzędziem w rękach sowietów. Wracając jednak do filmu, nie wiem dlaczego został on tak chłodno przyjęty przez krytykę. Czytam kolejne recenzje i nikt nie zauważa jednej istotnej rzeczy, w końcu ktoś zrobił film, w którym nie ma rozdzierania szat, płaczu, jacy to my jesteśmy biedni i zawsze pokrzywdzeni, nie ma heroizmu, a jest ironia, śmiech z naszych ułańskich przywar narodowych.
niedziela, 29 listopada 2009
Achilles i żółw
Grecki filozof Zenon z Elei próbował pokonać trudności w rozumieniu czasu i przestrzeni jako wielkich ciągłych, które można dzielić w nieskończoność. Jest on twórcą kilku paradoksów, w których rozważa problem dzielenia czasu i przestrzeni. Jednym z nich jest paradoks Achillesa i żółwia: Achilles ściga się z żółwiem, a będąc pewnym zwycięstwa daje mu fory, Achilles potrafi biegać 2 razy szybciej od żółwia i dlatego na starcie pozwala mu się oddalić o 1/2 całego dystansu. Achilles, jako biegnący 2 razy szybciej od żółwia, dobiegnie do 1/2 dystansu w momencie, gdy żółw dobiegnie do 3/4 dystansu. W momencie gdy Achilles przebiegnie 3/4 dystansu, żółw znowu mu "ucieknie" pokonując 7/8 dystansu. Gdy Achilles dotrze w to miejsce, żółw znowu będzie od niego o 1/16 dystansu dalej, i tak dalej w nieskończoność. Wniosek: Achilles nigdy nie dogoni żółwia, mimo że biegnie od niego dwa razy szybciej, gdyż zawsze będzie dzieliła ich zmniejszająca się odległość. Nie zamierzam się jednak rozwodzić na temat tego paradoksu, pisze o nim tylko dlatego, że stał się on wyjściem do filmu Takeshi Kitano „Achilles i żółw”, który miałem przyjemność obejrzeć.
Zapowiadała się dosyć nudnawa historia syna bogacza, który marzy o tym by zostać wielkim malarzem. Chłopak od najmłodszych lat nie zajmuje się niczym innym niż malowaniem, szkicowaniem rysowaniem... Już jako dorosły próbuje sprzedać swoje obrazy, lecz uznany zostaje za zbyt surowego, niedojrzałego, dlatego udaje się na studia malarskie, i za wszelką cenę stara się doścignąć największych mistrzów, całkowicie kopiując ich styl. Bohater poświęca całe swoje życie by stać się wielkim, w czym przez długi czas wspiera go żona. W końcu i ona odchodzi. Główny bohater, jak Achilles próbuje dogonić żółwia, czyli sukces i jak Achilles z paradoksu Zenona z Elei, skazany jest na porażkę. Film jest niesamowity. Świetnie opowiedziany. Ile człowiek jest w stanie poświecić by osiągnąć cel? Gdzie jest granica szaleństwa? No i czym w ogóle jest sztuka? Te pytania stawia Kitano. Jego odpowiedzi są zarazem ostrzeżeniem, gonitwa za sukcesem może stać się przyczyną naszej klęski. Ale może warto podjąć takie ryzyko, być może potomni docenią nasze wysiłki? O ile uboższy byłby nasz świat gdyby van Gog, Beethoven, czy Dostojewski daliby sobie spokój ze sztuką. Wniosek jest dość brutalny, niektórzy muszą poświęcić swoje życie, doprowadzić się do upadku, by nam żyło się piękniej. Ale, czy to przypadkiem nie za wysoka cena?
Takeshi Kitano, swoją karierę rozpoczął jako komik, później dał się poznać jako twórca filmów o japońskiej mafii, nazywany czasem japońskim Tarantino. Z czasem okazał się twórcą zaskakujących i zmuszających do myślenia filmów, takich jak „Lalki”, czy „Hana – bi”. Oprócz tego maluje, pisze książki i wiersze. Jego najbardziej niezwykłym filmem jest „Niech żyje reżyser!” - rodzaj komicznej autobiografii, w której Kitano wyśmiewa się ze swojej twórczości. Film mistrzowski. Kitano pokazał wielki dystans jaki ma do swoich filmów. Myślę, że niewielu twórców byłoby w stanie wyśmiać własne dzieła, do tego jeszcze w tak inteligentny sposób. Kitano to jeden z najbardziej orginalnych twórców współczesnego kina, którego filmy są alternatywą wobec tego co oferuje nam Hollywood.
wtorek, 17 listopada 2009
Kac
... kto nie poznał, ten nie żył. W niektórych kręgach zwany "syndromem galopujących turów". Stan, w którym niektóre zmysły wyostrzają się do granic możliwości, to wówczas, liść opadający na ziemię wydaje dźwięk, który można porównać z eksplozją bomby termojądrowej. Nie żebym wiedział jaki dźwięk powstaje podczas takiego wybuchu, ale musi to być właśnie coś takiego. A wyobraźcie sobie, że budzicie się po hucznej imprezie, powiedzmy, po ... na przykład wieczorze kawalerskim i nie tylko napier... was głowa, a wnętrzności chcą wypłynąć z was jak lawa z wulkanu i taką właśnie mają temperaturę. Najgorsze jednak jest to, że kompletnie nie pamiętacie, co działo się poprzedniej nocy. Nic, zero, pustaka. Wszelkie wysiłki waszego umęczonego umysłu nie przynoszą żadnego efektu. Rozglądacie się po pokoju, w którym się znajdujecie i widzicie, że lokal został kompletnie zdemolowany, brakuje wam zęba, a kiedy idziecie do toalety zastajecie tam tygrysa, a jakby tego było mało w szafie śpi kilkumiesięczne dziecko. No i najważniejsze, gdzie jest pan młody? Przecież za dwa dni ma odbyć się ceremonia ślubna.
Jakie to szczęście, że to tylko scenariusz filmu "Kac Vegas". To tylko wstęp do tego, co jeszcze czeka bohaterów filmu. Jego twórcy bardzo poważnie potraktowali i wcielili w życie receptę Alfreda Hitchcock na dobry film. Zaczęli od trzęsienia ziemi, a właściwie od kaca giganta, by w miarę trwania filmu, wciąż zagęszczać jego akcję, tak, by napięcie stale rosło. Film ten jest najlepszym dowodem na to, że się myliłem, że zdarzają się jeszcze śmieszne komedie. I choć nie jest to żart najwyższego sortu, to przynajmniej brak w tym filmie wulgarnego prostactwa. To film katastroficzny, przy którym "2012" to bajeczka. Kac jest bardziej namacalnym i powszechnym zjawiskiem niż koniec świata, a takiego kaca jak ten nikomu nie życzę. Na szczęście "wszystko co się wydarzy w Vegas, zostaje w Vegas".
Duet, który rządzi!!!
poniedziałek, 26 października 2009
Bo w mieście jest wojna, wojna polsko - ruska
W końcu miałem okazję obejrzeć "Wojnę polsko - ruską". Dobrze pamiętam jaką sensację wywołała w 2002 roku książka 18 letniej wówczas Doroty Masłowskiej. Książka była naprawdę świetna i wszelkie nagrody, które zgarnęła młoda autorka, były jak najbardziej zasłużone. Myślę, że Masłowska swoimi późniejszymi dziełami udowodniła wszystkim, że "Wojna..." nie była przypadkiem, że ma dziewczyna wielki talent. Wspomnę tylko jeszcze, że plotka głosi, jakoby miała teraz napisać dramat na zlecenie Muzeum Powstania Warszawskiego. Wracając jednak do filmu. Muszę przyznać, że trochę się go bałem. Obawa ta wiązała się z tym, że nie potrafiłem sobie wyobrazić ekranizacji książki, której najistotniejszą częścią jest język. Myślałem, że reżyser podobnie jak to zrobił Kubrick z "Mechaniczną pomarańczą" poruszy jedynie temat bezsensownej przemocy, pomijając bogatą resztę. Jak się okazało niepotrzebnie. Xawery Żóławski świetnie wywiązał się z podjętego zadania. "Wojna polsko - ruska" to z pewnością jeden z lepszych polskich filmów ostatnich lat, i jedna z najlepszych ekranizacji powieści jaką przyszło mi obejrzeć. Było w tym filmie coś z teatru telewizji, z drugiej zaś strony można dopatrzeć się w nim podobieństwa do klipu. Reżyserowi udało się zachować wszystko to, co stanowiło o sukcesie książkowego pierwowzoru. Język, którego możemy posłuchać w każdym autobusie, w którym znajdzie się grupa nastolatków. Właściwie jego parodia, luz połączony z wulgaryzmami, w którym znajdziemy pseudo intelektualne wstawki. Kilka niezłych rozwiązań, jak choćby to, w którym pisząca swoją książkę Masłowska dyktuje głównemu bohaterowi, Silnemu co ma mówić. Do tego jeszcze świetna gra Szyca, choć przyznać muszę, że wszyscy aktorzy dobrze poradzili sobie ze swoimi rolami, no może z pominięciem Masłowskiej, która w filmie jest narratorem, ale może właśnie tak jest najlepiej. I jeszcze jeden plus, realizacja. Ciekawe zdjęcia, kilka zaskakujących efektów, wartka akcja i co w polskich filmach stanowi rzadkość, całkiem dobry dźwięk, może to i dziwne, ale słychać dialogi wypowiadane przez aktorów. Kto nie miał okazji zobaczyć "Wojny polsko - ruskiej" w kinie niech sięgnie po DVD, bo naprawdę warto. Myślę, że reżyserowi udało się stworzyć nie tylko obraz współczesnego polskiego nastolatka. W pewnym momencie uświadamiamy sobie, że ten, na pozór wyimaginowany, chory świat istnieje naprawdę. No tak, ale to przecież niemożliwe, żeby rzeczywistość była aż tak surrealistyczna, by świat ludzi był aż tak antyludzki. Więc może nasz świat to tylko zły sen, koszmar, z którego wkrótce się przebudzimy. Wszystko wskazuje jednak na to, że albo to wszystko dzieje się na serio, albo zapadliśmy w śpiączkę. I na koniec fragment dedykowany mojej żonie - jej ulubienica, Natasza Blokus, dziewczyna naprawdę wymiata :)
wtorek, 20 października 2009
A teraz, coś z zupełnie innej beczki...
„Witajcie ponownie. Zapraszamy na nasz program. Dziś dalszy ciąg przeglądu słynnych, historycznych śmierci. Na początek cudowna śmierć Dżingis Chana , zdobywcy Indii. Strzelaj w kalendarz Dżingis. Masz pecha Dżingis ale miło, że wystąpiłeś. A oto wyniki. Mamy dotychczasowe wyniki. Na pierwszym miejscu święty Szczepan i jego ukamienowanie. Potem król Ryszard III na polu pod Bosworth. Kapitalna śmierć. Następnie prześliczna Joanna d'Arc, dalej Marat w wannie, a potem w sztuce najlepszy kumpel Charlotty. Dalej Abraham Lincoln ze Stanów Zjednoczonych. Na miejscu szóstym Czingis Chan. I na końcu listy król Edward VII. Ponownie łączymy się z Wolfgangiem. Dziękuję. „ ...a teraz coś z zupełnie innej beczki...
Mija już 40 lat od kiedy to w brytyjskiej telewizji BBC ze swoim programem pojawili się panowie Graham Chapman, John Cleese, Eric Idle , Terry Jones, Michael Palin oraz Terry Gilliam, wraz ze swoim autorskim programem pt. „Latający Cyrk Monty Pythona”. To była prawdziwa rewolucja. Dzieło wręcz genialne. I pomimo że owi panowie nie mieli zamiaru poruszać tematów politycznych, doskonale ukazali (wyśmiali) społeczeństwo brytyjskie przełomu lat 60-tych i 70-tych. Od Pythonów dostawał każdy. Wyśmiewali wszelkie świętości i autorytety, obrywało się wojskowym, księżom, nauczycielom, mleczarzom, sprzedawcom w sklepach zoologicznych, królowej. Prześmiewczo podchodzili do dziejów Imperium Brytyjskiego, jak i do historii w ogóle. Ostro krytykowali ówczesne media. O ironio, chociaż byli wrogo nastawieni wobec popkultury, z czasem sami stali się jej ikoną. Po nich rozrywka już nigdy nie wyglądała tak samo. I za to należy się im ogromny szacunek. Za to i za mistrzostwo w posługiwaniu się absurdem. A... i za niezwykłe animacje Terrego Gilliama, któremu jako jedynemu spośród Pythonów, udało się w późniejszym czasie stworzyć coś wielkiego. I trochę żal, że dzisiaj brak godnych następców panów z „Latającego Cyrku”. Aż trudno uwierzyć, 40 lat, a nadal śmieszy. 40 lat i nie ma się dosyć, 40 lat i wciąż inspirują.
„Niektórzy urodzili się normalni, inni stali się normalni z biegiem lat. Od ludzi takich jak państwo czy ja, którym to szajba kompletnie odbiła, zależy czy tym biedakom uda się przezwyciężyć ich stan. Możemy zacząć od drobiazgów takich jak wytrzeszczanie oczu lub popiskiwanie. Potem możemy połowę ciała pomalować na czerwono, a drugą połowę na zielono i zacząć skakać w miednicy pełnej melasy.”
Polecam stronkę poświęconą „Latającemu Cyrkowi”, można tam znaleźć wiele ciekawych informacji na temat grupy, oraz część spośród Pythonowskich skeczów.
sobota, 12 września 2009
Honor samuraja
Kino japońskie, na ogół kojarzy nam się z Kurosawą, ktoś może wspomni jeszcze dokonania Kitano Takeshiego, no i horrory, „Ring” czy „Dark Water”. To jednak nie cały obraz filmografii wywodzącej się z kraju kwitnącej wiśni. Kiedy się poszuka, odnaleźć można prawdziwe perełki. W końcu japońska kinematografia liczy już grubo ponad sto lat. Pierwszy japoński film powstał już w 1899 roku., po czym nastąpił prawdziwy rozkwit tej gałęzi sztuki. Tylko w roku 1924, powstało 900 filmów. Ciekawostka, Japonia znana z filmów anime przodowała również w dziedzinie animacji. Pomiędzy 1905 a 1907 rokiem powstał krótki film animowany, przedstawia on chłopca zdejmującego czapkę z głowy. Nie będę się tutaj rozwodził na temat dość fascynującej historii kina japońskiego. Zainteresowanych odsyłam do serii artykułów Rafała Pawłowskiego. Przejdę od razu do arcydzieł, a właściwie do arcydzieła, jakim bez wątpienia jest film „Harkiri” w reżyserii Masaki Kobayashiego, z 1962 r.
Akcja filmu toczy się w Japonii, w XVII wieku. Na dwór jednego z bardziej szacownych rodów przybywa ubogi ronin prosząc o pozwolenie popełnienia rytualnego samobójstwa. Jest podejrzewany o to, że chce w ten sposób wyłudzić jałmużnę, dlatego opowiedziano mu historię innego samuraja, który jak on, kilka miesięcy temu przybył z podobną prośbą... Więcej nie opowiem, bo musiałbym zbyt dużo zdradzić. „Harakiri” to wspaniale opowiedziana historia o wartości honoru i życia. O przyjaźni i zemście. Film został nakręcony prawie 50 lat temu, ale upływ czasu nie wyrządził mu żadnej krzywdy. Trwa przeszło dwie godziny, ale fabuła jest tak wciągająca, że czas przestaje się liczyć. Film ten najlepiej świadczy o tym, że warto poszukiwać, bo prawdziwe skarby mogą być głęboko ukryte, lecz kiedy uda nam się do nich dotrzeć, wówczas czeka nas nieopisana przyjemność.
|
Archiwum
Zakładki:
Interesujące blogi
Moje blogi
Pomocne
|