Wpisy z tagiem: Filmy które nigdy nie powinny powstać

poniedziałek, 23 maja 2011
Filmy, które nigdy nie powinny powstać cz. 2

Co jakiś czas natrafiam na filmy, po których obejrzeniu pojawia się w mojej głowie jedno pytanie „Po co to w ogóle stworzono?” Oto kolejna porcja filmów, które według mnie, nigdy nie powinny powstać.

Polscy filmowcy są prawdziwymi mistrzami w produkcji filmów, których nie da się oglądać. Zadziwiające jest to, że udaje im się znaleźć na nie produkcje. A może wywalanie pieniędzy w przynoszące straty produkcje krajowej kinematografii wiąże się z ulgami podatkowymi? Chyba będzie trzeba poszukać informacji na ten temat, bo trudno jest mi uwierzyć, że bardzo poważne firmy i instytucje, mogłyby pozwolić sobie na wyrzucanie pieniędzy w błoto, bo tym właśnie jest inwestowanie w polskie filmy. Do grona prawdziwych mistrzów polskiego kina klasy Z dołączył nie tak dawno Cezary Pazura. Jako aktor ma na swoim koncie i dobre i kiepskie, chociaż przyznać muszę, że tych pierwszych jest całkiem sporo. Świetnie radzi sobie również jako kabareciarz. Tym razem Pazura postanowił pokazać jak robi się prawdziwe kino rozrywkowe, jako reżyser odpowiedzialny jest za stworzenie prawdziwego filmowego potworka zatytułowanego „Weekend” Lepiej by jednak było, żeby pozostał przy tym na czym się naprawdę zna. To pokraczne „dziełko” nie spodoba się nawet debilom. Komuś się wydawało, że pokaże kilka wybuchów, jakąś strzelaninę, przestarzałe efekty specjalne, dołoży do tego trochę gołych dup i kiepskich dowcipów, a ludziska rzucą się do kin zasypując pomysłodawce deszczem pieniędzy. Jeśli ktoś skusił się na wydanie nie małej przecież kwoty na bilet do kina, musiał twórców tego gniota wyzywać od najgorszych. Jak zwykle w polskich filmach, mamy tu do czynienia z kiepskim dźwiękiem, czyli, musimy się domyśleć co takiego mówią bohaterowie. Rzecz dziwna, bo przecież nic podobnego nie zdarza się w produkcjach telewizyjnych. Ale może to i dobrze, bo dialogi są żenująco kiepskie. Fabuła gdzieś tam po drodze zaczyna się gubić. Ale to nie wszystko, gra występujących w tym filmie jest straszliwe, zachowują się jak kloce drewna, widocznie grali po znajomości, albo za pół darmo. Należy mieć tylko nadzieję, że Pazura się czegoś nauczył i na zawsze porzuci reżyserię.


Tym razem coś z amerykańskiego podwórka, „Krzyk 4”. Film nie tyle zły, co zupełnie niepotrzebny. Zdaję sobie sprawę, że do starych pomysłów powraca się głównie dla kasy, ale przynajmniej można było pomyśleć nad nieco bardziej oryginalnym scenariuszem. W czwartym „Krzyku” mamy dosłowne nawiązanie do pierwszej części serii. Tym razem grupa psychopatycznych nastolatków stara się odtworzyć morderstwa sprzed kilkunastu lat. To jednak sprawia, że w tym filmie kompletnie nic nie zaskakuje, a tym samym nie przeraża. Rzeczą, która bardzo mi się spodobała, jest poczucie humoru jego twórców, którzy sami wyśmiewają się ze swoich dotychczasowych dokonań. Pomimo tego, że całkiem przyjemnie było powrócić do Woodsboro, mam nadzieję, że pomimo plotek, na części czwartej „Krzyk”się zakończy.


Jestem wielbicielem kina historycznego. Jako dzieciak zachwycałem się superprodukcjami z lat 60-tych, których rozmach robi wrażenie do dziś. Pamiętam , także jakie ogromne wrażenie zaledwie kilka lat temu, wywarł na mnie serial „Rzym”. Kiedy więc usłyszałem o filmie opartym na legendzie zagubionego w Brytanii IX legionu, bez wahania po niego sięgnąłem. Niestety „Centurion” okazał się kompletnym rozczarowaniem. Nie ma on w sobie rozmachu superprodukcji sprzed kilkudziesięciu lat, ani wciągającej akcji serialowych widowisk. Film jest po prostu nudny. Fabuła jest schematyczna, przewidywalna, jednym słowem nudna. Tylko nadzieja, że w końcu coś się wydarzy sprawiła, że udało mi się obejrzeć ten film do końca."Centurion" to dobry przykład na to jak można zepsuć ciekawą historię.




piątek, 15 października 2010
Filmy, które nigdy nie powinny powstać

Istnieje taka kategoria filmów po obejrzeniu, których w głowie pozostaje pustka, z której wyłania się jedno pytanie „po co ktoś to w ogóle stworzył?”. Myślę, że „filmy które nie powinny nigdy powstać”, to osobny gatunek, który co mnie bardzo dziwi, funkcjonuje w głównym, kinowym nurcie kinematografii. Czasami zdarza się, że filmy tzw. klasy B, są ciekawsze i bardziej sensowne, od Hollywoodzkich superprodukcji. Mam zresztą spory sentyment do filmów klasy B. Przypominają mi się czasy VHS-ów, kiedy to głównie tego typu filmy połykało się z zachłannością głodującego. Prosta rozrywka, gdzie od razu wiadomo, kto jest zły, a kto dobry. Niewielki budżet tych dziełek, sprawia, że twórcy muszą często szukać bardzo prostych rozwiązań, czasami nawet z powodzeniem. Zdarzają się jednak filmy, ze sporym budżetem, których nie da się oglądać.

W ostatnim czasie miałem nieprzyjemność obejrzenia kilku filmów z niechlubnej kategorii „filmów, które nigdy nie powinny powstać”. Pierwszym, był film „Predators”, kolejna już odsłona filmów, których bohaterami są przedstawicieli pozaziemskiej rasy wojowników. Tym razem akcja toczy się nie na Ziemi, ale na obcej planecie, która jednak, jest łudząco do naszej podobna. Tam obcy umieścili ziemskich zabójców (komandosów, żołnierzy, przestępców), urządzając na nich polowania. To miał być chyba powrót, do pierwszego „Predatora”, stąd dżungla, w której odbywa się zabawa. Jednak jak wszystkie poprzednie, tak samo i ta była całkowicie nieudana. To świetny przykład na to, jak próbuje się wycisnąć kasę z sukcesu, który miał miejsce przeszło 20 lat wcześniej. Dzisiejsze kino jest do bólu powtarzalne, jeśli nie tworzy się kolejnych części filmu, który okazał się zyskowny, to przynajmniej pisze się scenariusze według wciąż tych samych schematów. W myśl tezy, widz jest tępy i lubi tylko te rzeczy, które już zna (z którymi się już wcześniej oswoił). Stąd zamiast poszukiwań mamy całe mnóstwo nieudanych klonów. Takim filmem jest właśnie „Predators”, oparty na starym schemacie, nieciekawy, po prostu nudny.

Kolejnym filmem z kategorii „filmów, które nigdy nie powinny powstać”, jest „Ostatni władca wiatru”. Film stworzony przez M. Night Shyamalana, autora „Szóstego zmysłu”. Na tym filmie jednak skończyły się genialne pomysły tego reżysera, a wszystkie kolejne jego filmy („Niezniszczalny”, „Znaki”, „Osada”) okazały się kiepskie. Chociaż oparte na ciekawych pomysłach, to czegoś jednak w nich zabrakło. W przypadku Władcy Wiatru jest dokładnie tak samo. To ekranizacja kreskówki i film przeznaczony dla dzieciaków, ale myślę, że i im, wydał się nieudany. Potencjał był duży, interesująca historia, rozbudowany, całkiem fascynujący świat, w którym toczą się wydarzenia, a spory budżet pozwolił na niezłe efekty specjalne. To wszystko jednak zostało zmarnowane. W filmie brakuje przede wszystkim fabuły. Miałem wrażenie, że został on ulepiony z luźno połączonych ze sobą sekwencji. A do tego jeszcze drewniana gra dzieciaków występujących w tym filmie, tak jakby na planie zabrakło reżysera, który próbowałby cokolwiek z nich wycisnąć. Film nie kończy opowiadanej historii, więc w zamierzeniu twórców, ma powstać kontynuacja, lepiej by jednak było, gdyby nigdy do tego nie doszło.

Trzeci film, to prawdziwa perełka filmowego blamażu. Hollywoodzcy twórcy, w poszukiwaniu inspiracji, coraz częściej sięgają po komiksy. Właściwie nie ma się co im dziwić, komiksy są gotowymi scenariuszami, z dokładnie rozrysowaną każdą sceną, no i są prawdziwą, niewyczerpalną kopalnią, oryginalnych pomysłów. Ekranizacją komiksu jest film „Jonah Hex”. I chyba to wszystko, co o tym filmie można powiedzieć. Nie wiem w jakim celu on powstał, bo wątpię by zwróciły się poniesione koszty. Komiksu nie czytałem, więc nie wiem czy całkowita klapa tego filmu wynika ze zgniłego fundamentu. Film jednak całkowicie zniechęcił mnie do sięgnięcia po komiksowy pierwowzór i na pewno tego nie zrobię. W ekranizacjach komiksów, nawet jeśli nie udało się wypocić z pierwotnej wersji jakiejś sensownej fabuły, chociaż jest to bardzo trudne i świadczyć może tylko o braku podstawowych umiejętności scenarzystów, zawsze jeszcze istniały jakieś ciekawe rozwiązania techniczne, co przynajmniej sprawia, że dla samych efektów specjalnych, film taki się ogląda. W „Jonah Hex” nie ma nawet tego.

Zastanawiające jest, jak to możliwe, że takie nieudane filmy w ogóle powstają. Przecież ktoś wykłada na nie kasę, i to nie małą (Władca Wiatrów kosztował 150 milionów dolarów), więc chyba jest pewny zysku. A zamiast kasowego sukcesu, mamy dziełka, nie tylko pozbawione jakiejkolwiek głębi, ale po prostu nudne. Filmy niedopracowane pod względem fabuły, które nie tylko do kina nie przyciągają, a wręcz od niego odpychają. Miejmy nadzieję, że takich filmów będzie jak najmniej. Dobrze by było, gdyby powstawało jak najwięcej dzieł ambitnych, ale gdy takich brak, to przynajmniej chciałbym aby dziesiąta muza stanowiła dobrą rozrywkę.