Menu

AruArt

dziennik niecodzienny

Koszmarna wizja przyszłości.

aruart

Liczba ludności Ziemi, na dzień dzisiejszy wynosi około 6,77 mld osób, a w roku 2012 przekroczy 7 mld. Niektóre prognozy mówią, że do 2050 r. będzie nas 10 mld. Czy możemy już mówić o przeludnieniu? Jak wiele ludzi, jest w stanie pomieścić nasza planeta? Konsekwencje przeludnienia, będą straszliwe dla całej populacji, a przede wszystkim dla samej Ziemi. Trzeba jakoś wyżywić taką masę ludzi. Coraz więcej miejsc, często bardzo cennych przyrodniczo, zamienianych jest na pola uprawne i pastwiska. Zwiększa się również produkcję żywności modyfikowanej genetycznie, po to by pozyskiwać większe plony. Trudno jest przewidzieć, jaki wpływ spożywanie takich roślin, może mieć na nasze organizmy. Już nie wspomnę o żywności wysoko przetworzonej, która szpikowana jest chemią i stała się podstawą naszej diety.

Co jednak stanie się, w momencie, kiedy nie będziemy w stanie wyprodukować odpowiedniej ilości jedzenia, lub co gorsza nastaną kolejne klęski żywiołowe, pozbawiając nas części plonów? Aż strach pomyśleć. Analizując dzieje ludzkości, dokładnie widzimy, że człowiek, zmuszony do walki o własne życie, sięgnie po wszelkie możliwe środki. Nie cofnie się przed niczym.

Co mnie skłoniło do tak katastroficznych myśli? Lektura książki Anthony’ego Burgessa, „Rozpustne nasienie”. To kolejna, obok „Mechanicznej Pomarańczy” przerażająca wizja przyszłości, stworzona przez tego autora. Pomimo, że jest ona nieco archaiczna (książka wydana w 1962 r.), jeśli chodzi o wyobrażenie świata przyszłości, nie umniejsza to w żaden sposób jej autentyczności, i skłonny jestem twierdzić, że przedstawione przez Burgessa sposoby walki z przeludnieniem, z chęcią podchwyci wielu rządzących, w momencie, kiedy stanie się ono realnym problemem. I miejmy nadzieję, że nie dane nam będzie dożyć czasów, w których wizja ta przerodzi się w rzeczywistość.



To już jest koniec...

aruart

No to kończą się dla mnie wakacje. Największą zaleta w byciu belfrem są właśnie te wolne dni. Pierwszy raz, od kiedy uczę, nie chce mi się wracać do pracy. Muszę przyznać, że kończące się właśnie wakacje, należały do jednych z najlepszych, jakie do tej pory przeżyłem. Nie obfitowały one w wyjazdy, ale te, które się zdarzyły, były wyjątkowo udane. Wiele bym mógł napisać o Thassos, a i tak nie dałbym radę opisać wszystkiego, co tam przeżyliśmy. Wspomnieć również należy o spontanicznym wypadzie do Pragi. Ale w spędzaniu wolnego czasu nie te wyjazdy są najważniejsze, chociaż dały nam sporo energii. Najważniejsze jest nie marnować czasu. Odpoczywać, ale nie leniuchować, nie dać się nudzie. Tak wiele przez te dwa miesiące się wydarzyło. Mam nadzieję, że pomimo sporej liczby obowiązków, uda się kontynuować kilka rzeczy, rozpoczętych latem. Kilka wydarzeń będzie miało tez poważne konsekwencje już w niedalekiej przyszłości.

To były piękne wakacje.

Horror

aruart

Wyobraźcie sobie taki scenariusz. Wstajecie rano, za oknem świeci słońce, zapowiada się kolejny, piękny, letni dzień. Robicie sobie herbatę i zasiadacie przed komputerem, by sprawdzić, co takiego dzieje się na świecie, a tu okazuje się, że ekran waszego komputera jest czarny.

Sprawdzacie kable, wszystko działa, a ekran dalej czarny. Bierzecie się za rozkręcanie kompa, ale tam też niby wszystko dobrze. Ekran? Wciąż czarny. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że dzieje się to naprawdę. To nie żadna mara senna, która rozpłynie się zaraz po przebudzeniu. Jest tak samo rzeczywiste jak ta herbata na biurku i słońce za oknem. Komputer jest na gwarancji. Można go przecież oddać do serwisu. Ale strata komputera na tydzień, albo dwa, o zgrozo.. może nawet na dłużej… Nie! To nie możliwe. Ta przerażająca myśl natchnęła mnie do działania. Użyłem wszelkich znanych mi sztuczek i w końcu mi się udało. Na razie działa. Tylko jak długo?

I pomyśleć, że dostęp do sieci mam zaledwie od pięciu lat. Jak ja sobie wcześniej radziłem? Przecież doskonale obywałem się bez sieci, bez ciągłego korzystania z komputera. Dziś, jest to dla mnie nie do wyobrażenia. Przecież ja za nim wyjdę do pracy przeglądam serwisy informacyjne, by być na bieżąco. Mam niezaspokojony głód informacji. A może jednak poradziłbym sobie? Przecież podczas wakacyjnych wyjazdów obywałem się bez kompa przez kilkanaście dni. Może znów czytałbym więcej książek, które piętrzą się na stale rosnących stosach czekając cierpliwie, aż w końcu raczę poświęcić im swój bezcenny czas.

Tak, dałbym sobie radę, ale na szczęście, przynajmniej na razie nie muszę tego robić.

Moje miasto.

aruart

Wczoraj miałem okazję spędzić trochę czasu w Opolu. Jako dzieciak uwielbiałem moje miasto, później… cóż. Opole jest dziwne, tylko wegetuje. Niewiele się tu dzieje, no i mentalność samych Opolan, którzy niechętnie w cokolwiek się angażują, przypomina wieśniaków, którym się wydaje, że jak zaczną jeść ze złotych talerzy od razu zostaną uszlachceni.

Wczoraj jednak, chyba za sprawą pogody, Opole wydało mi się całkiem ładnym miastem. Strasznie żałowałem, że akurat nie wziąłem aparatu, bo można było zrobić kilka naprawdę dobrych zdjęć. Kilka sytuacji aż prosiło się o utrwalenie. Nauczka na przyszłość. Z drugiej jednak strony nie planowałem tego spaceru, jakoś tak wyszło, że się przeszedłem po moim mieście.

No tak, jest kilka ładnych, zadbanych uliczek, ciekawych zakątków, tylko żeby zaczęło się coś dziać. Za miast tego Miasto zaczyna wycofywać finansowanie kolejnych imprez kulturalnych, które ubarwiały tu życie. Dobrze, że mamy jeszcze teatr, ze świetnym zespołem, który, jak mam nadzieję, zaskoczy nas w nadchodzącym sezonie kolejną, zachwycającą premierą. Jest filharmonia, galeria, czyli nie tak źle, ale przecież mogłoby być znacznie lepiej. Na całe szczęście, do mojego ukochanego Wrocławia jest tylko nieco ponad 80 km, więc zawsze można skorzystać z tego, co tam się dzieje, a dzieje się naprawdę wiele.

"WOJENKO, WOJENKO..."

aruart

Kiedy będąc w księgarni dostrzegam książkę ze znakiem „Terra incognita” wyd. WAB, kupuję ją w ciemno. Nigdy się jeszcze nie naciąłem, za każdym razem czytając kolejną książkę odbywałem niezwykłą podróż do miejsc, do których nie dane będzie mi dotrzeć (czasami na szczęście). Kiedy więc krążąc po księgarni rzuciła mi się w oczy książka „Dziesięć kawałków o wojnie. Rosjanin w Czeczenii” Arkadija Babczenki, kupiłem ją bez zastanowienie. W tym przypadku w grę wchodziła jeszcze tematyka książki, wojna w Czeczenii. Posiadam niezaspokojony głód wiedzy na temat współczesnych konfliktów.


Muszę przyznać, że bardzo mną wstrząsnęła ta lektura. Wojna to piekło, i to piekło, bez ubarwiania opisuje Babczenko. A wie on dokładnie, o czym pisze. Mając 18 lat został powołany do wojska, a po odbyciu szkolenia wysłano go do Czeczenii. Tam przeszedł przeżył prawdziwy koszmar, które dokładnie opisuje w swojej książce. Co ciekawe, kiedy w 1999 r. wybucha druga wojna w Czeczenii zgłasza się do wojska na ochotnika.

Tysiące takich jak ja po pierwszej wojnie wróciło do Czeczenii. Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, czemu pojechałem tam znowu. Nie wiem. Po prostu nie mogłem nie pojechać, ciągnęło mnie z powrotem z niewiarygodną siłą. Może dlatego, że tam została moja przeszłość, całe moje życie – z tamtej wojny wróciło tylko ciało, ale nie dusza. Wojna to najsilniejszy narkotyk na świecie

Babczenko urodził się w tym samym roku co ja, i kiedy ja przygotowywałem się do matury, przeżywałem swoje młodzieńcze lęki i załamania, jeździłem na koncerty on, jak wielu innych Rosjan w naszym wieku musi przerwać studia, przechodzi brutalne szkolenie i zostaje wysłany na wojnę. I nie była to romantyczna wojna, gdzie żołnierze jak bracia walczą ramię przy ramieniu, niosąc wolność mieszkańcom dalekiego Kaukazu. W rosyjskiej armii panuje niewyobrażalna fala, złodziejstwo, bark tam jakiegokolwiek porządku. To zupełni inny, zdehumanizowany świat. Fala dotyczy nie tylko zwykłych żołnierzy, ale dotyka również oficerów.

Czego można oczekiwać po oficerów oprócz bicia, skoro sami dostawali w koszarach? Bito ich kiedy uczyli się na kursach, teraz też ich biją w oddziałach frontowych. Co drugi pułkownik umie już tylko skomleć i bić, na oczach podwładnych zmieniając porucznika, kapitana i nawet majora w jęczącego rozczochranego gówniarza. (…)

Nasza armia jest robotniczo – chłopska, doprowadzona do rozpaczy wieczna biedą, zezwierzęcona głodem, bez mieszkań, oberwana i bita przez wszystkich na odlew niezależnie od rangi, pozbawiona praw – nie armia, lecz horda, która przejęła od przestępców i lumpów, wszystko co najgorsze, cały ten burdel, i rządzi się wilczymi prawami

Babczenko pokazuje, w jaki sposób ludzie zmieniają się w bezduszne potwory. Zagrożeniem jest nie tylko wróg, ale również współtowarzysze z oddziałów stacjonujących w jednej jednostce. A najgorsze jest to, że w żaden sposób nie można się temu przeciwstawić, trzeba jak najszybciej się przyzwyczaić, bo to jest jedyny sposób, dzięki któremu można jakoś to przeżyć. Pisząc tę książkę musiał zdobyć się na wielką odwagę. I to nie tylko dlatego, że Rosję trudno nazwać wzorcową demokracją, w której można głosić to co się chce, ostro krytykując własne państwo, oskarżając rządzących o potworne cierpienia jakich się doświadczyło. Przede wszystkim musiał sięgnąć do bardzo bolesnych wspomnień, jeszcze raz dokładnie je przeżyć. Przyznać się do tego, że zostało się pozbawionym sporej części siebie, przynajmniej na chwilę utraciło się człowieczeństwo, a wszystko po to, by przelać je na papie, by dać świadectwo prawdzie.

Podsumoując, moją krótką recenzję „Dziesięciu kawałków o wojnie”, jeszcze raz posłużę się cytatem:

Kocham cię, wojno.

Kocham cię za to, że masz w sobie moją młodość, moje życie, moją śmierć, mój ból i strach. Za to, czego mnie nauczyłaś: że najpaskudniejsze życie jest tysiąc razy lepsze od śmierci. Za to, że w tobie żyli jeszcze Igor, Paszka… Jesteś moja pierwszą kobietą, moją pierwszą miłością. Minęło wiele czasu, ale nikogo nie pokochałem tak jak ciebie. Miałem osiemnaście lat, kiedy wrzucono mnie w ciebie, naiwnego szczeniaka, i zabito mnie w tobie. I zmartwychwstałem jako stuletni starzec, chory, z poszarpaną psychiką, pustymi oczyma, wyżętą duszą.

Na zawsze pozostaniesz we mnie.


POCZĄTEK

aruart

Czytając mój ulubiony blog „Listy z [pop]kultury” poczułem ogromną chęć by się uzewnętrznić. By podzielić się swoimi przemyśleniami, wrażeniami po przeczytanej książce, obejrzanym filmie, czy odbytej podróży. Czasem, kiedy trafi się w sieci na jakiś interesujący artykuł, zdjęcie, chciałbym się tym podzielić z innymi i w tym celu właśnie powstaje ten blog. Do tej pory prowadziłem tradycyjny dziennik, w którym zapisywałem swoje przemyślenia, a do którego dostęp ma tylko moja Basia. Może po trochu tworzenie bloga ma służyć zaspakajaniu potrzeby by coś świadczyło o moim istnieniu. Całkiem naturalna jest chęć pozostawienia czegoś po sobie, jakiegoś śladu. Pewnie dlatego robię zdjęcia i piszę dziwaczne opowiadanka, a teraz będę prowadził internetowy dziennik. Dziennik, to zresztą zbyt szumne określenie, bo wątpię by udało mi się zmusić siebie do codziennych wpisów, ale przynajmniej raz w tygodniu pokażę światu, co w ogóle o nim myślę.

Tytuł „Silna Rerum” to również tytuł mojego dziennika, który prowadzę od paru dobrych lat. Z łaciny las rzeczy, to również rodzaj pamiętnika prowadzonego przez szlachtę, zbiór rozmaitych utworów, wiadomości, księga rodzinna, w której zapisywano ważniejsze informacje z życia rodu. Taki też będzie mój blog, zawierający przeróżne informacje, które akurat mnie w danej chwili poruszyły, których jedynym wspólnym mianownikiem jest moja osoba.

Tych, którzy chcieliby się zapoznać z moją prymitywną „twórczością” zapraszam na moją stronkę http://www.aruartcorp.pl/

 

WITAJCIE W MOIM SWIECIE!!!

 

 

P.S.

Pierwotnie ten wpis nosił datę 18 sierpnia, ale bawiąc się w edycję coś pomyliłem i go wykasowałem :-)

 


© AruArt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci