Menu

AruArt

dziennik niecodzienny

Gdy sen zapada nad miastem

aruart

 

Kiedy powala mnie zmęczenie, gdy w końcu postanawiam zawlec się do łóżka, przez tych kilka godzin, kiedy twój mój organizm odpoczywa, umysł udaje się do krainy snów. W krainie tej włada Sandman, Morfeusz, Pan Marzeń Sennych, Tkacz Snów. W Śnieniu nie obowiązują ziemskie zasady, nie działają tu prawa fizyki. Wszystko dzieje się według woli Sandmana. Wchodząc do tej krainy całkowicie zdaję się na jego łaskę. Staję się jedynie marionetką Pana Snów. To on kreuje rzeczywistość w której wędruję, to on sprawia, że wyniesione stamtąd przeżycia mogą być bardzo trwałe lub ledwie wyczuwalne, ulotne. Sen jest jednym z siedmiorga Nieskończonych, nadprzyrodzonych istot, które powstały wraz z narodzinami świata. Poza Snem do Nieskończonych należą Śmierć, Los, Zniszczenie, Rozpacz, Pożądanie i najmłodsa z nich Maligna, reprezentująca marzenia, niosąca pierwiastek chaosu, stanowiąca okruch dziecka w każdym z nas. Każde z nich wpływa na nasz los. W każdej chwili naszego życia znajdujemy się pod wpływem, któregoś spośród Nieskończonych. To oni kierują naszym życiem, a przynajmniej w istotny sposób na nie wpływają.

Sandman - Pan Snów

„Sandman”, to tytuł serii komiksów autorstwa Neila Gaimana, opowiadających o świecie Pana Snów i jego wpływu na ludzi. To najgenialniejsze komiksy z jakimi przyszło mi się zetknąć. Gaiman udowadnia, że komiks może być sztuką, że może stać się wspaniałym narzędziem do przekazywania głębokich treści. Komiks to nie tylko opowieści o superbohaterach ratujących świat przed super-złoczyńcami. Początkowo wydawnictwo DC Comics, nie chciało wydawać komiksu pod tym tytułem, byłoby to w pewnym sensie ożywienie serii z lat siedemdziesiątych, lecz kiedy wydawcy zobaczyli pomysły Gaimana, dali mu całkowicie wolną rękę i dzięki temu powstało komiksowe arcydzieło. Gaiman jest twórcą niezwykłym. Autor komiksowych scenariuszy, oraz powieści s-f. Podobnie jak w Sandmanie miesza ze sobą wszelkie mitologie oraz historię, przyprawiając to wszystko swoją nieograniczona wyobraźnią, dzięki czemu powstają dzieła tak niezwykłe, jak „Sandman”, „1602”, czy też „Gwiezdny pył”. To kolejny sztukmistrz wzbogacający nasz szary świat, swoimi dziełami, umiejętnie balansujący pomiędzy popkulturą, a sztuką. Postawiłbym go w jednym szeregu wraz z takimi mistrzami jak Terry Gillam, czy Tim Barton. Ciekawe, co by też mogło powstać, gdyby któryś z wymienionych tu reżyserów zdecydowałby się na współpracę z Geimanem. Ach marzenia! Puki co pozostają nam niezwykłe komiksy Neila Geimana.

 

Nieskończeni. Po środku Sen, a później idąc wg ruchu wskazuwek zegara: Zniszczenie, Pożądanie, Maligna, Rozpacz, Śmierć i Los.

Życie w mroku

aruart

Od mniej więcej dwóch tygodni żyję w mroku. Kiedy ruszam do pracy słońce ledwie zaczyna wstawać, kiedy wracam do domu zaczyna zmierzchać. Gdy w pracy wyglądam przez okno świat pogrążony jest w półmroku. Dominującym kolorem jest szary, we wszelkich odmianach, czasem tylko przyozdobiony czernią. Szare, bezlistne drzewa, na których siedzą szare lub czarne ptaki. Szare, bezbarwne samochody, pędzą po szarych zakurzonych ulicach. Szarzy ludzie, pędzą pogrążeni w szarych myślach. Po szarym niebie suną szare chmury. Gdzie skryło się słońce? Ciągły półmrok męczy. Jestem stworem solarnym i chociaż nie przepadam za upałami, to nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez słońca. To ono wydobywa barwy, rozgrzewa serce i pobudza umysł. Chciałbym przespać zimę. Zahibernować się na tych kilka, okrutnie szarych miesięcy. Obudzić się wiosną, kiedy to świat na nowo ożyje. Przecież ja czuję się jak żywy trup, jakby wybebeszono mnie z sił. Otępiały, ciągle zmęczony i lekko rozdrażniony. CHCĘ SŁOŃCA!!! ŚWIATŁA!!! KOLORÓW!!! A to dopiero połowa grudnia i do wiosny przyjdzie mi czekać jeszcze przynajmniej przez trzy miesiące. No ale przecież zima potrafi również być piękna. Wystarczy trochę śniegu, lekkiego mrozu i kilka słonecznych promieni. Jak na razie to chyba o takiej zimie możemy sobie pomarzyć.

 


Szaleństwa staruszka

aruart

Każdemu, kogo najdzie strach przed starością, polecam czeski film pt."Babie lato". W ogóle bardzo polecam czeską kinematografię, zawsze to jakaś odskocznia dzieł naszych rodzimych twórców, po obejrzeniu których pozostaje już tylko dylemat, żyletka, czy gaz.

Film ten opowiada historię siedemdziesięciosześciolatka, który jakby nie zauważa swojego wieku i po prostu, dobrze się bawi. Jako były aktor praskiej operetki, wraz z przyjacielem wcielają się w różne persony, tak dla hecy, by przeżyć jakąś przygodę. Zupełnie inaczej niż jego małżonka, która martwi się przede wszystkim za co, gdzie i w jaki sposób zostaną pochowani. Ona żyje już zbliżającą się śmiercią, czytając pilnie nekrologi, oraz śledząc najnowsze trendy dotyczące pochówku, on stara się przede wszystkim wykorzystać jak najlepiej czas, który mu pozostał. Mimo tych różnic łączy ich głęboka miłość, której tylko pozazdrościć, aż mi się łezka w oku zakręciła, a nawet, z tego oka pociekła (ale o tym sza). Puki co, po przekroczeniu trzydziestki jakoś nie specjalnie myślę o starości. Kolejne choroby, rozgoryczenie wynikające z niespełnionych ambicji i wizja niedalekiej śmieci, jak na razie to coś bardzo odległego.

"Babie lato" zmusiło mnie jednak do refleksji na ten temat. Bardzo bym chciał żeby nas, z Basią, za czterdzieści lat łączyło podobne uczucie, jak głównych bohaterów filmu, ale nad tym przyjdzie nam popracować. Najważniejsze by nie stać się marudzącym, zgorzkniałym starcem. Mamy tylko jedno życie na tym świece i nie można go zmarnować. Trzeba chwytać dzień, nie tracąc ciekawości świata. Trzeba potrafić się bawić, nie wolno się tego bać „bo to nie wypada”. Nie ma czegoś takiego jak „nie wypada”. Żyć należy na wesoło, nigdy nie można bać się śmiechu. Obawiać się własnych wygłupów. To najbardziej normalne i zupełnie naturalne rzeczy, bez względu na wiek, jedna z tych, które sprawiają, że życie jest naprawdę piękne. Nikt z nas nie prosił się na ten świat, ale skoro już tu jesteśmy, to bawmy się, nie marnujmy żadnej chwili. Życie jest po to by marzyć, a później starać się po te marzenia sięgnąć. Życie jest piękne! I nigdy nie można o tym zapominać!


 

Piwo, dar bogów!

aruart

Pewnego razu Ozyrys, bóg zaświatów i rolnictwa przygotował sobie polewkę z wody i kiełkującego ziarna. Niestety coś oderwało go od tej czynności i pozostawił naczynie z woda i ziarnem na słońcu. Kiedy przypomniał sobie o porzuconej, pożywnej potrawie, okazało się, że zawartość naczynia sfermentowała. Ciekawy bóg zdecydował się spróbować dziwnej polewki. Efekt był cudowny, polewka zmieniła się w przepyszny napój. Uradowany bóg, postanowił podzielić się tym przypadkowym, lecz niezwykłym odkryciem z ludźmi.

W ten sposób, według egipskiego mitu, ludzie zostali obdarzeni tak zacnym trunkiem, jak piwo. Mit ten zawiera cząstkę prawdy. Piwo musiało narodzić się w dość podobny sposób, no może z pominięciem boskiego pośrednictwa. Kiedy na Bliskim Wschodzie powstawała cywilizacja, pomiędzy rzekami Eufratem a Tygrysem gdzie narodziło się rolnictwo, przypadkowo odkryto piwo. Zebrane zborze gromadzone było w smołowanych koszach i z pewnością niejednokrotnie zdarzyć się musiało, że w wyniku nieszczelności dachu pomieszczenia, w którym owe kosze były przechowywane, podczas deszczu ziarno namokło i zaczęło kiełkować. Jeśli później przyszły upalne dni, a w tamtym regionie świata nie jest to rzecz niezwykła, ziarno zaczynało fermentować i po kilku dniach powstawał dość niezwykły napój, tym bardziej atrakcyjny, że jego jedyną konkurencją była woda. O tym jak ważny dla starożytnych Sumerów stał się tak wynaleziony napój świadczyć może to, że osoby zatrudnione na dworach królów sumeryjskich, od wysokich urzędników, po zwykłego ogrodnika, jako zapłatę za swoją pracę otrzymywali zborze i piwo. W najstarszym utworze literackim „Eposie o Gilgameszu” umiejętność wyrobu piwa jest wyznacznikiem cywilizacji. Dla Egipcjan napój ten był na tyle ważny, że dzbany z piwem były wkładane do grobowców. W grobowcu Tutenchamona odnaleziono komplet narzędzi do warzenia piwa. Tak jak my dziś pozdrawiamy się życząc sobie dobrego dnia, Egipcjanie pozdrawiali się słowami „chleba i piwa”. Piwo, zwłaszcza kiedy zaczęto udoskonalać sposoby jego wytwarzania, wpłynęło bardzo pozytywnie na na zdrowie ludzi, woda mogła być zatruta, ważone piwo było jak najbardziej zdrowym napojem. Stanowiło bezcenne źródło witamin z grupy B. No i najważniejsze, wprowadzało w łagodny, piwny stan. Skłaniało do dyskusji. Przy piwie, tak jak i dziś można było przyjemnie spędzać czas. W Mezopotamii istniał nawet zwyczaj spożywania piwa ze wspólnego dzbana.

I szkoda tylko, że jakość współczesnego piwa, przynajmniej w Polsce jest coraz gorsza. Nie taki napój dostaliśmy od Ozyrysa.


Strefa rokendrola wolna od angola

aruart

Kochasz rocka? Takich jak ty są miliony. Niezliczona rzesza zespołów na całym świecie, wykorzystuje rockowy żywioł do wyrażenia swoich emocji, bo nie ma lepszego sposobu na wyrzucenie z siebie gniewu, buntu, sprzeciwu wobec rzeczywistości. Większość z tych kapel pozostaje jednak zupełnie anonimowa, do nas docierają głównie kapele anglojęzyczne. Jest jednak jedna audycja radiowa, nadawana w każdą sobotę pomiędzy godziną 22 a północą, w programie trzecim polskiego radia, w której można usłyszeć zespoły rockowe z całego świata, od Bałkanów po Chiny, od Skandynawii po Indie, główna zasada, która wyróżnia puszczane tam zespoły to, to że wykonywane przez nie utwory nie mogą być po angielsku. Audycja ta nosi chlubne miano „Strefa rokendrola wolna od angola” i w 100% od tego języka jest wolna. Kiedy pewnej soboty usłyszałem chiński death metal, po prostu wymiękłem, z wdzięczności klękając przed głośnikami. Szkoda tylko, że większość kapel, które można tam usłyszeć jest właściwie nieosiągalna. Ale tym bardziej chce się słuchać w sobotni wieczór strefy, bo to jedyny sposób poznać coś zupełnie nowego. I chociaż prowadzący audycję Michał Owczarek, nie jest w pełni profesjonalnym dziennikarzem radiowym i czasami po prostu męczy, to chwała mu za popularyzację międzynarodówki rockowej. Muszę przyznać, że jest to jedna z najlepszych audycji muzycznych jakie można znaleźć w polskim eterze.

I mały cytat z redaktora Owczarka:

Strefa – czas to niespokojny
Trzeba stan wprowadzić wojny
Dziś generał Wilk* ma wolę
Powojować fest z angolem

*chodzi o red. Owczarka Michała
co psioczy, warczy, lecz prężnie działa


redaktor Owczarek

Międzynarodowy Dzień Ziem Górskich

aruart

W dniu wczorajszym obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Ziem Górskich. Tereny górskie zajmują 1/3 Europy i należą do najpiękniejszych tworów natury. Góry wyciągają z człowieka to co najlepsze, mogą dać prawdziwego kopa, ale jak się wytrwa, czeka nas wspaniała nagroda, w postaci zapierających dech widoków i ogromnej satysfakcji. Nic tak nie oczyszcza umysłu jak górska wyprawa, podczas której z głowy wylatują wszelkie niepotrzebne myśli. Jest tylko czysty wysiłek fizyczny i przyroda. Szkoda tylko, że w tym roku aż tak bardzo zaniedbałem góry. Mam nadzieję, że następny będzie stał pod znakiem górskich wypraw.


 

 


Zemsta zwierząt

aruart

A gdyby tak okazało się, że zwierzęta, które dotąd pokornie znosiły panowanie człowieka zbuntowały się i zaczęły odpłacać tym, którzy w szczególny sposób roszczą sobie prawo do panowania nad przyrodą – myśliwym? Gdyby zwierzęta nagle zaczęły mordować myśliwych. Zastawiać na nich pułapki, wystawiać przynętę, polować na nich? Niemożliwe? Czy te kilkadziesiąt tysięcy lat panoszenia się człowieka nie wystarczy. Szczególnie brutalny dla zwierząt okres ostatnich kilku stuleci, podczas których ich przestrzeń została ograniczona do maleńkich obszarów, w których żyją nieliczne niedobitki, w ciągłym zagrożeniu. I nagle ginie kłusownik, dławiąc się kosteczką niedawno upolowanej sarny, szef policji przewodzący myśliwym z okolicznego koła łowieckiego zostaje wepchnięty przez sarny do studni, hodowca lisów i właściciel ubojni wpada we wnyki goniąc za pięknym, rudym okazem. Niemożliwe? No, tak to tylko literacka fikcja, stworzona przez mistrzynię prozy Olgę Tokarczuk. To zresztą jak się okazało wspaniały pomysł na wstęp do kryminału „Prowadź swój pług przez kości umarłych” - bunt zwierząt wisi w powietrzu, to ostrze sprawiedliwej zemsty, która wisi nad gatunkiem ludzkim.


Główna bohaterka Janina Duszejko, wkurzająca stara baba, jest postacią, która irytuje, ale jednocześnie przez to, że jest bardzo odjechana wzbudziła we mnie sporo sympatii. Ma w sobie to coś, czego brakuje większości z nas, pasję. Mocno w coś wierzy i jest bardzo konsekwentna w swoich działaniach. Ma również pewien niezwykły dar, potrafi wydobyć pasję z innych, na pozór szarych, niczym się nie odznaczających ludzi. Tokarczuk w swojej książce nie tylko zwraca uwagę na okrutny los zwierząt, rozprawia się z ludzką głupotą, nietolerancją, ciemnotą i buractwem, a także pseudo etyką katolicką. Nie jest to jednak książka metafizyczna, jak wcześniejsze, genialne „Bieguni”. Jest dosyć prosta, przystępnym językiem mówi o sprawach ważnych, o których niestety mówi się niewiele. Jak mówi sama autorka uzasadniając napisanie tej książki „Chciałam poruszyć czytelnika i wzbudzić w nim opowiadaną historią pewien rodzaj moralnej niewygody. Chodziło mi o to, żeby czytelnika przeszedł naprawdę dreszcz – gniewu i grozy” Czy się udało? Niech każdy przekona się sam. Wspomnieć należy o świetnych ilustracjach wykonanych przez Jaromira 99, nie często zdarza się by proza dla dorosłych była ilustrowana.


Mam nadzieję, że przynajmniej u kilku osób książka ta wzbudzi niepokój, że wchodząc do lasu poczują się dziwnie, wciąż obserwowani, przez niezbyt przychylne im oczy. Bo może nie będzie to bunt, o jakim pisze Tokarczuk, może bardziej będzie to przypominało wizję Gray Snydera :

Raz do roku jelenie łowią ludzi. Robią różne rzeczy, które nieodparcie przyciągają do nich ludzi. Każdy jeleń upatruje sobie jakiegoś człowieka. Bierze go na cel, a wtedy człowiek zmuszony jest zabić jelenia, zdjąć z niego skórę, zanieść mięso do domu i zjeść je. Tym sposobem jeleń znajduje się wewnątrz człowieka. Czeka tam i ukrywa się, ale człowiek nic o tym nie wie. I kiedy już dostateczna ilość jeleni opanuje dostateczną ilość ludzi, zastrajkują wszystkie naraz. Ludzie nie mający w sobie jeleni również zostaną wzięci przez zaskoczenie. W ten sposób wszystko się jakoś odmieni. To się nazywa otoczenie od wewnątrz”

Sierpień 1968

aruart

21 sierpnia 1968 roku, wojska Układu Warszawskiego (ZSRR, Polski i Węgier) wkroczyły do Czechosłowacji, by ochronić bratni naród czechosłowacki, przed próbą reform i uniezależnieniem od Związku Radzieckiego. W krótkim czasie sytuacja została opanowana, Czesi i Słowacy znów mogli cieszyć się z demokracji ludowej. Udział w tzw. operacji „Dunaj” należy do najczarniejszych kart polskiego oręża. Udziału w niej odmówili Rumuni, w ostatniej chwili wycofało się NRD, a my jak te osły poszliśmy za naszym wielkim bratem dławić wolność: „Bo społeczeństwo czechosłowackie, to wiecie, poprosili nas o pomoc, a my już tacy jesteśmy, że jak nas ktoś o coś prosi, to żeby skały srały… my nie zawiedziemy. Nie po to bohaterska noga polskiego żołnierza zatknęła sztandar w samym sercu hitlerowskiej hordy… U nas nie ma miętkiej gry. Od tego macie sojuszników, żeby tu na was stanęli murem” jak pięknie uzasadnił nasz udział jeden z bohaterów filmu „Operacja Dunaj”. Film ten, to rzadki przykład próby podejścia do ciężkiego tematu z przymrożeniem oka. Rzecz w naszej kinematografii wyjątkowa. Podoba mi się pomysł, podczas inwazji gubi się jeden z polskich czołgów, weteran z czasów II wojny światowej o wdzięcznej nazwie „Biedroneczka”. Tu polscy „herosi” spotykają się z czeskimi „Szwejkami”, którzy nie są w stanie pojąć o co okupantom z północy w ogóle chodzi. Polscy czołgiści, jakoś jednak pod względem charakteru bardziej podobni są do Czechów niż do potomków zdobywców Moskwy. Reżyser w swojej opowieści oparł się na legendzie, mówiącej o tym, że w sierpniu 1968 roku na terytorium Czechosłowacji zaginął polski czołg. Jedna z hipotez mówi o tym, że dowódca czołgu miał narzeczoną w Czechach i po przekroczeniu granicy maszynę opuścił i zdezerterował. Czy jest to prawda czy też nie.. w sumie nieważne, po prostu wówczas wszyscy powinni tak zrobić by nie być bezmyślnym narzędziem w rękach sowietów. Wracając jednak do filmu, nie wiem dlaczego został on tak chłodno przyjęty przez krytykę. Czytam kolejne recenzje i nikt nie zauważa jednej istotnej rzeczy, w końcu ktoś zrobił film, w którym nie ma rozdzierania szat, płaczu, jacy to my jesteśmy biedni i zawsze pokrzywdzeni, nie ma heroizmu, a jest ironia, śmiech z naszych ułańskich przywar narodowych.

 

Achilles i żółw

aruart

Grecki filozof Zenon z Elei próbował pokonać trudności w rozumieniu czasu i przestrzeni jako wielkich ciągłych, które można dzielić w nieskończoność. Jest on twórcą kilku paradoksów, w których rozważa problem dzielenia czasu i przestrzeni. Jednym z nich jest paradoks Achillesa i żółwia: Achilles ściga się z żółwiem, a będąc pewnym zwycięstwa daje mu fory, Achilles potrafi biegać 2 razy szybciej od żółwia i dlatego na starcie pozwala mu się oddalić o 1/2 całego dystansu. Achilles, jako biegnący 2 razy szybciej od żółwia, dobiegnie do 1/2 dystansu w momencie, gdy żółw dobiegnie do 3/4 dystansu. W momencie gdy Achilles przebiegnie 3/4 dystansu, żółw znowu mu "ucieknie" pokonując 7/8 dystansu. Gdy Achilles dotrze w to miejsce, żółw znowu będzie od niego o 1/16 dystansu dalej, i tak dalej w nieskończoność. Wniosek: Achilles nigdy nie dogoni żółwia, mimo że biegnie od niego dwa razy szybciej, gdyż zawsze będzie dzieliła ich zmniejszająca się odległość. Nie zamierzam się jednak rozwodzić na temat tego paradoksu, pisze o nim tylko dlatego, że stał się on wyjściem do filmu Takeshi Kitano „Achilles i żółw”, który miałem przyjemność obejrzeć.

Zapowiadała się dosyć nudnawa historia syna bogacza, który marzy o tym by zostać wielkim malarzem. Chłopak od najmłodszych lat nie zajmuje się niczym innym niż malowaniem, szkicowaniem rysowaniem... Już jako dorosły próbuje sprzedać swoje obrazy, lecz uznany zostaje za zbyt surowego, niedojrzałego, dlatego udaje się na studia malarskie, i za wszelką cenę stara się doścignąć największych mistrzów, całkowicie kopiując ich styl. Bohater poświęca całe swoje życie by stać się wielkim, w czym przez długi czas wspiera go żona. W końcu i ona odchodzi. Główny bohater, jak Achilles próbuje dogonić żółwia, czyli sukces i jak Achilles z paradoksu Zenona z Elei, skazany jest na porażkę. Film jest niesamowity. Świetnie opowiedziany. Ile człowiek jest w stanie poświecić by osiągnąć cel? Gdzie jest granica szaleństwa? No i czym w ogóle jest sztuka? Te pytania stawia Kitano. Jego odpowiedzi są zarazem ostrzeżeniem, gonitwa za sukcesem może stać się przyczyną naszej klęski. Ale może warto podjąć takie ryzyko, być może potomni docenią nasze wysiłki? O ile uboższy byłby nasz świat gdyby van Gog, Beethoven, czy Dostojewski daliby sobie spokój ze sztuką. Wniosek jest dość brutalny, niektórzy muszą poświęcić swoje życie, doprowadzić się do upadku, by nam żyło się piękniej. Ale, czy to przypadkiem nie za wysoka cena?



Takeshi Kitano, swoją karierę rozpoczął jako komik, później dał się poznać jako twórca filmów o japońskiej mafii, nazywany czasem japońskim Tarantino. Z czasem okazał się twórcą zaskakujących i zmuszających do myślenia filmów, takich jak „Lalki”, czy „Hana – bi”. Oprócz tego maluje, pisze książki i wiersze. Jego najbardziej niezwykłym filmem jest „Niech żyje reżyser!” - rodzaj komicznej autobiografii, w której Kitano wyśmiewa się ze swojej twórczości. Film mistrzowski. Kitano pokazał wielki dystans jaki ma do swoich filmów. Myślę, że niewielu twórców byłoby w stanie wyśmiać własne dzieła, do tego jeszcze w tak inteligentny sposób. Kitano to jeden z najbardziej orginalnych twórców współczesnego kina, którego filmy są alternatywą wobec tego co oferuje nam Hollywood.

 


Siejąc postrach na Karaibach

aruart

Zdarzyć się morze, że znajdzie się gra, która szczególnie wciąga. Przez ostatnich kilka dni zupełnie odleciałem dzięki gierce „Sid Meier's Pirates”. Grę kupiłem jakiś czas temu za 15 zł i odłożyłem na półkę zupełnie o niej zapominając. Ostatniej nudnej, jesiennej niedzieli sięgnąłem po nią i ku mojemu zaskoczeniu, zupełnie mnie pochłonęła. Bardzo prosta fabuła – sterujemy statkiem pirackim, atakujemy inne okręty pływające po Karaibach, czasem wykonujemy jakieś zadania, a to złupienie jakiejś miejscowości, to odnalezienie ukrytego skarbu. Czasem pracujemy dla któregoś z gubernatorów. Najważniejsze jest jednak gromadzenie bogactw. Dość prosta grafika, ale za to wspaniała zabawa. Nagle okazuje się, że można kierować potężnym okrętem i łupić wyładowane złotem, hiszpańskie galeony. W sumie to w dwa dni stałem się prawdziwym postrachem Karaibów, gromiąc wszystkich innych piratów i siejąc przerażenie wśród statków pływających pod banderą kolonialnych potęg.

Współczesne gry dają nieosiągalną przez inne rodzaje rozrywki możliwość przeniesienia się w zupełnie inną rzeczywistość. Ich scenariusze są coraz bardziej rozbudowane. Dzięki nim możemy chociaż na kilka godzin zapomnieć o szarej codzienność i przenieść się do zupełnie innej rzeczywistości. Tam możemy ratować świat, podbijać obce galaktyki i w ten sposób przynajmniej nieznacznie się dowartościować. Gry zaczynają być ciekawsze od filmów dając graczowi (widzowi) możliwość decydowania jak zachowają się bohaterowie i jak będzie rozwijała się fabuła. Mam nadzieję, że gier takich jak nasz polski „Wiedźmin”, którego kilka dni temu zakończyłem będzie coraz więcej. Ale o tym napiszę innym razem. Puki co wracam na Karaiby, by potwierdzić swoja pozycję największego pirata tych wód.


Dzień Wdzięczności za Pracę

aruart

Mamy dziś Dzień Wdzięczności za Pracę, przynajmniej w Japonii. Japończycy lud pracowity, ceniący pracę, ustanowił specjalne święto radości z jej posiadania. O święcie tym dowiedziałem się zupełnie przypadkowo. Słuchając radia, podczas wiadomości gospodarczych, spiker wspomniał, że z okazji tego niezwykłego dnia, tokijska giełda dzisiaj nie pracuje. A wydawać by się mogło, że z okazji Dnia Wdzięczności za Pracę, Japończycy spędzą w pracy więcej czasu niż zwykle, że każdy zobowiąże się pracować przez 24 godziny, z krótkimi tylko przerwami na posiłek i inne potrzeby fizjologiczne, podnosząc dodatkowo wydajność pracy przynajmniej o 10%. A tu jednak niespodzianka, Japończycy mają wolne. Ciekawe jak sobie z tym radzą, ludziom w których od najmłodszych lat wyrabia się pracoholizm, musi być w taki dzień wyjątkowo ciężko.

Wiadomość o tym japońskim święcie skłoniła mnie do refleksji. Czy ja jestem wdzięczny za pracę? Lubię moją pracę, sprawia mi ona sporo przyjemności, a czasem nawet satysfakcji, ale nie powiedziałbym, że jestem za nią jakoś specjalnie wdzięczny. Jeśli chodzi o mnie, to w sumie, gdyby nie to, że trzeba zarabiać, by móc jakoś przeżyć, to byłbym w stanie funkcjonować baz pracy. W sumie to praca przeszkadza mi w realizacji wielu planów i projektów, na które mam czas tylko podczas wakacji, bo normalnie jestem zbyt zmęczony i twórczo zużyty, by móc się za nie zabrać. Jestem zadowolony, z tego, że mam pracę, którą lubię, ale nie czuję wdzięczności. I pewnie dlatego dzisiaj nie świętowałem i jak co rano obudziłem się dziesięć minut po godzinie szóstej rano, by zjeść śniadanie i ruszyć do pracy. Straszny ze mnie niewdzięcznik, ale naprawdę, odpowiadałby mi system, w którym pracowałyby na nas robociki, a my moglibyśmy się zająć podróżami, czytaniem, a przede wszystkim tworzenie. Praca jest ważna, ale nie koniecznie musi się stać sensem naszego życia, no chyba, że zaczynamy zarabiać na naszej działalności „pobocznej”, dającej nam satysfakcję i spełnienie, ale zdarza się nielicznym, chociaż pomarzyć zawsze można, w końcu marzenia nie kosztują.

Makabryczna aukcja

aruart

Ne e-bayu ktoś wystawił do sprzedania krew i mózg Benito Mussoliniego. Ile taka makabryczna pamiątka kosztuje? Jedyne 15 tysięcy euro. Wcześniej artefakty te były przechowywane w poliklinice w Mediolanie, skąd ktoś je zabrał i postanowił na nich nieco zarobić. Myślą, że każdy chciałby mieć w swoim domu takie cudo. Fiolka krwi i mózg zbrodniarza umieszczone na honorowym miejscu, w specjalnej gablotce umieszczonej na ścianie w salonie. A gdyby tak poszukać w sieci, to może znajdą się i inne pamiątki. Jakże wzbogaciłyby naszą kolekcję wąsy Stalina, a do tego może jeszcze łysina Lenina, oczy z binoklami Trockiego, może ktoś wykradnie z rosyjskich magazynów szczękę Hitlera, czaszka Pol Pota, a żeby kolekcja dwudziestowiecznych psychopatów była pełna to może ktoś zachował gdzieś wargę, powiekę lub przynajmniej napletek Che Guevary. Byłoby się czym pochwalić podczas urodzinowego przyjęcia, gdy zjawiliby się wszyscy znajomi i cała rodzina. Co tam znaczki, monety, obrazy, nic nie przebiłoby mojej kolekcji makabryczności. To znikam i zaczynam ławy, może jeszcze dziś uda mi się ustrzelić jakiś ciekawy okaz i rozpocząć jej budowę.

Kac

aruart

... kto nie poznał, ten nie żył. W niektórych kręgach zwany "syndromem galopujących turów". Stan, w którym niektóre zmysły wyostrzają się do granic możliwości, to wówczas, liść opadający na ziemię wydaje dźwięk, który można porównać z eksplozją bomby termojądrowej. Nie żebym wiedział jaki dźwięk powstaje podczas takiego wybuchu, ale musi to być właśnie coś takiego. A wyobraźcie sobie, że budzicie się po hucznej imprezie, powiedzmy, po ... na przykład wieczorze kawalerskim i nie tylko napier... was głowa, a wnętrzności chcą wypłynąć z was jak lawa z wulkanu i taką właśnie mają temperaturę. Najgorsze jednak jest to, że kompletnie nie pamiętacie, co działo się poprzedniej nocy. Nic, zero, pustaka. Wszelkie wysiłki waszego umęczonego umysłu nie przynoszą żadnego efektu. Rozglądacie się po pokoju, w którym się znajdujecie i widzicie, że lokal został kompletnie zdemolowany, brakuje wam zęba, a kiedy idziecie do toalety zastajecie tam tygrysa, a jakby tego było mało w szafie śpi kilkumiesięczne dziecko. No  i najważniejsze, gdzie jest pan młody? Przecież za dwa dni ma odbyć się ceremonia ślubna.

Jakie to szczęście, że to tylko scenariusz filmu "Kac Vegas". To tylko wstęp do tego, co jeszcze czeka bohaterów filmu. Jego twórcy bardzo poważnie potraktowali i wcielili w życie receptę Alfreda Hitchcock na dobry film. Zaczęli od trzęsienia ziemi, a właściwie od kaca giganta, by w miarę trwania filmu, wciąż zagęszczać jego akcję, tak, by napięcie stale rosło. Film ten jest najlepszym dowodem na to, że się myliłem, że zdarzają się jeszcze śmieszne komedie. I choć nie jest to żart najwyższego sortu, to przynajmniej brak w tym filmie wulgarnego prostactwa. To film katastroficzny, przy którym "2012" to bajeczka. Kac jest bardziej namacalnym i powszechnym zjawiskiem niż koniec świata, a takiego kaca jak ten nikomu nie życzę. Na szczęście "wszystko co się wydarzy w Vegas, zostaje w Vegas".

Duet, który rządzi!!!

Za trzy lata koniec świata...

aruart
Już 21 grudnia 2012 roku nastąpi zagłada naszej cywilizacji. 
Przepowiedzieli ją Majowie, który stworzyli bardzo dokładny kalendarz,
kończący się właśnie na tej dacie, na ten rok wskazują również niektórzy
"badacze" Biblii. Belgijski astrofizyk Patrick Geryl w swojej książce
"Proroctwo Oriona na rok 2012" twierdzi, że co 11,5 tys. lat dochodzi do
zmiany biegunów Ziemi, to spowoduje zmianę ruchu obrotowego naszej
planety czego efektem z kolei będą liczne, bardzo potężne trzęsienia
ziemi, i ogromne sztormy. Europa i Ameryka Północna, a właściwie, to co
z tych kontynentów pozostanie, zostaną przykryte lodem. Jedynym
bezpiecznym kontynentem ma być Afryka. Tam też Geryl stworzył farmę
-arkę "Perfect Vision", która ma przynieść gatunkowi ludzkiemu
ocalenie. Nie brakuje chętnych do zaokrętowania się na ten cudowny
"okręt". Ponoć wśród nich, są również Polacy. Nie wiem tylko, jak udało
mu się obliczyć, gdzie będą nowe bieguny Ziemi, skoro nie zna dokładnej
skali przewidywanego zjawiska. A może, to któraś z przepowiedni, gdzieś
między słowami wspomina, że tylko czarny ląd ocaleje? A może stwierdził,
że skoro tam jest kolebka naszego gatunku, to tylko to miejsce jest
bezpieczne.
W podobną stronę poszli autorzy filmu "2012". Roland Emmerich autor
"Pojutrza" i "Dnia niepodległości" przygotował nam kolejną, naszpikowaną
efektami specjalnymi, wizję końca świta. Ach ten Hollywood, tam to
potrafią niszczyć świat. Jak ktoś ma ochotę oglądać kres naszej
cywilizacji, to tylko na dużym ekranie, w dolby-surround. Szkoda tylko,
że nie pomyślano, by zrobić wersję 3 D. Marzeniem byłoby być światkiem
gdy ziemia otwiera się i pochłania gniazdo rozpusty i wszelkiego
grzechu, jakim niewątpliwie jest Las Vegas. Trzeba przyznać, że film
całkiem zgrabnie zrealizowany, nawet fabuła w miarę nieźle się trzyma.
Myślę, że ludzie w obliczu takiej katastrofy zachowywaliby się dokładnie
tak, jak pokazano w tym filmie. Bogaci kupili by sobie bilet do
przetrwania, władze pozostawiłyby swoich obywateli samych sobie, by
ginęli w nieświadomości. Być może znalazł by się również idealista
pokroju filmowego, czarnoskórego prezydenta Stanów Zjednoczonych, który
postanowił zginąć ze swoim nardem, chociaż w to szczerze wątpię i wydaje
mi się, że twórcy filmu, chcieli raczej nas pocieszyć. Po seansie naszły
mnie przemyślenia i postanowiłem odpowiednio się przygotować na koniec
świata. W najbliższym czasie zakupię "żelazną rezerwę"czeskiego
browarka, a kiedy zbliżał się będzie kres naszej cywilizacji, wezmę moją
żonkę w góry i tam przytuleni, będziemy obserwować, jak Ziemia pochłania
nasz świat. To będzie piękny koniec. I nie trzeba będzie spłacać kredytu
na mieszkanie.

W poszukiwaniu "złotej jesieni"

aruart

Mamy za sobą dwa tygodnie opadów deszczu. Deszcz padał tylko z krótkimi przerwami. Czasem była to tylko mżawka, innym razem lało naprawdę intensywnie. Brak słońca sprawiał, że wszystko przybrało jednolitą szarą barwę. Świat zaczął zlewać się w szarą, bezkształtną masę. Na szczęście dzisiaj od samego rana świeciło słońce. Niebo było lazurowo błękitne, więc by wykorzystać sytuacja, która może się już prędko nie powtórzyć, spakowałem aparat i ruszyłem do lasu. Po złotej jesieni pozostało już niewiele śladów, ale gdzieniegdzie dostrzec jeszcze można było jej pozostałości. Pogoda, która panowała przez ostatnich kilkanaście dni sprawiała, że powoli zacząłem pogrążać się w jakimś otępieniu. Nie miałem sił do jakichkolwiek działań. Jak dobrze by było, móc zapaść w zimowy sen, przespać pięć najbardziej paskudnych miesięcy, by obudzić się z całą przyrodą na wiosne. Jednak nie ma tak lekko. Trzeba będzie jakoś przetrwać do marca. Miejmy tylko nadzieję, że w tym czasie będzie jak najwięcej słońca.


© AruArt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci