Menu

AruArt

dziennik niecodzienny

Miesięcznica

aruart

Minął już miesiąc, odkąd założyłem mojego bloga. Jak na razie udaje mi się dosyć regularnie zamieszczać na nim kolejne wpisy. Ukształtował się również jego charakter. Dominują wpisy dotyczące obejrzanych filmów, czy też przeczytanych książek i tak już chyba zostanie. Czasem tylko pojawi się jakieś wynurzenie, do którego zachęcą mnie wydarzenia z mojego skromnego życia. Myślę, że założenie bloga nie było złym pomysłem. Przynajmniej sam sobie udowadniam, że nie marnuję czasu, że i we mnie jest coś ciekawego. A jeśli ktoś jeszcze tak pomyśli, to bardzo się cieszę.

 

Kamieniem w twarz

aruart

„ – Jesteśmy drapieżną firmą marketingową, wprowadzającą totalny pomysł. Zgłaszamy patent na lek. Zastrzegamy nazwę. Jak tylko ktoś opracuje nowy produkt, przychodzi do nas. Czasem dobrowolnie, a czasami nie – mówi.

Dlaczego czasem nie? pytam.

– To działa w ten sposób, że zastrzegamy wszystkie kombinacje słów. Greckich, łacińskich, angielskich, jakich chcesz. Jesteśmy właścicielami praw do wszystkich dających się pomyśleć słów, jakich firma farmaceutyczna może użyć do nazwania swojego nowego produktu. Na samą cukrzycę mamy listę stu czterdziestu nazw – mówi i podaje mi z aktówki, którą trzyma na kolanach, stos zszytych kartek.

GlucoCure, czytam.

InsulinEase.

PancreAid. Hemazine. Glucodan. Growdenase. Przewracam kartkę, buteleczki spadają mi z kolan i toczą się po podłodze, grzechocząc pigułkami.

– Jeśli firma farmaceutyczna znajdzie kiedyś lek na cukrzycę i będzie chciała wykorzystać kombinację słów choćby z grubsza odnoszących się do tego schorzenia, będzie musiała wynająć ją od nas.”

Straszna wizja? Na szczęście to tylko literacka fantazja. Przynajmniej mam taką nadzieję. Cytowany fragment pochodzi z książki „Rozbitek” Chucka Palahniuka. Zresztą to nie jedyna, szokująca wizja, którą możemy znaleźć w tej niezwykłej powieści. Podobnie jak poprzedzający ją „Fight Club”, „Rozbitek” zaczyna się od końca, nawet rozdziały i strony, ponumerowane są w odwrotnej kolejności. Główny bohater Tender Branson, porwawszy samolot wypuszcza wszystkich pasażerów i leci w samobójczą podróż, w kierunku Australii. Ma zamiar rozbić się, w momencie, kiedy skończy się benzyna w zbiornikach samolotu. Nim to nastąpi, postanawia opowiedzieć historię swojego życia, które rozpoczyna w tajemniczej i odizolowanej wspólnocie religijnej, przedstawiając siebie jako ofiarę, „amerykańskiego snu”. Podobnie jak w swojej poprzedniej książce, Palahniuk daje wyraz antykonsumpcjonizmowi. Opisuje amerykański styl życia, jako ciągłą pogoń za sławą, bo tylko ona może nadać sens życiu:

„Muszę być fotografowany. Nie jestem taki jak zwykli ludzie: żeby przeżyć muszę nieustannie udzielać wywiadów. Muszę żyć w swoim naturalnym środowisku, na ekranie telewizorów. Muszę żyć na swobodzie i rozdawać autografy. Nienawidzę być zwykłym śmiertelnikiem.”

Według Palahniuka, nie tylko społeczeństwo amerykańskie jest chore. Wspólnota religijna, która stara się żyć zgodnie z prawami natury, odrzucając całkowicie współczesną cywilizację, okazuje się zwyrodniała. Świat nie jest idealny, nawet nie ma szans na normalność, bo chorzy są sami ludzie, którzy ten świat tworzą.”Rozbitek” jest wspaniale anarchistyczny. To porządny kopniak, a raczej uderzenie kamieniem brukowym w twarz, który przynosi przebudzenie. Zakończę słowami głównego bohatera:

„Jest tyle rzeczy, które chciałbym zmienić, ale nie mogę.

Wszystko jest zrobione. Teraz to tylko opowieść.

Macie tu życie i śmierć Tendera Bransona, a ja mogę już sobie pójść.

A niebo jest błękitne i słuszne w każdym kierunku.

Słońce jest absolutne i płonie, i jest tam gdzie ma być. I dzień dzisiaj jest piękny. Próba mikrofonu. Raz, dwa...”

Ps.

Dodam jeszcze tylko, że prawa do filmu na podstawie „Rozbitka” wykupiła jedna z amerykańskich wytwórni, ale po zamachach z 11 września, nie odważyła się na realizację obrazu, w którego integralną część odgrywa porwanie samolotu.


Norton I Cesarz Stanów Zjednoczonych i Protektor Meksyku.

aruart

Chociaż w swojej historii Stany Zjednoczone nigdy nie były monarchią, miały jednak swojego cesarza, Nortona I.

Właściwie nazywał się Joshua Abraham Norton (1819 – 1880). W 1859 roku ogłosił się „Cesarzem Stanów Zjednoczonych i Protektorem Meksyku”. Jego „ekscentryzm” był powszechnie tolerowany i z czasem stał się prawdziwą atrakcją San Francisco. Władze miasta ufundowały mu galowy mundur, w którym Norton I pokazywał się na ulicach, pomimo braku pieniędzy stołował się w najlepszych restauracjach w mieście, które umieszczały specjalne tabliczki z informacją, że u nich jada amerykański cesarz. Jak głosi legenda, podczas zamieszek pomiędzy białą ludnością miasta a chińskimi robotnikami, stanął w obronie Chińczyków, nie dopuszczając do linczu. Norton I wydawał własne pieniądze, które traktowane były w mieście jako lokalna waluta. Co jakiś czas, w lokalnej prasie, pojawiały się również cesarskie dekrety. Część z nich uważa się jednak za oszustwo wydawców, którzy w ten sposób chcieli zwiększyć sprzedaż swoich gazet. Cesarzowi towarzyszyły zazwyczaj dwa psy, Bummer i Łazarz, które on uważał za swoich najwierniejszych poddanych. Z jego postacią związane były liczne plotki. Jedna z nich mówiła, że jest on synem cesarza Ludwika Napoleona, inna sugerowała, że zamierza poślubić królową Wiktorię, z którą prowadził korespondencje. Pojawiały się również insynuacje, że posiada on wielką fortunę, a jego ekscentryczny sposób życia wywołany jest wynikiem skąpstwa. O wielkiej sympatii mieszkańców San Francisco, niech świadczy fakt, że na pogrzebie Nortona I, który odbył się 10 I 1880 r., zjawiło się około 30 tys. osób. W setną rocznicę śmierci cesarza, odbyły się w mieście liczne uroczystości, poświęcone jego postaci.

dziesięcio dolarowy banknot Nortona I


*

A gdybym tak ogłosił się królem, naszego pięknego kraju. Albo jeszcze lepiej, Cesarzem Europy. Nasz kontynent nareszcie miałby swojego władcę, który rozprawiłby się z wciąż rosnącą machiną biurokratyczną rezydującą w Brukseli. Artur I, cesarz który przywrócił Europie dumę, monarcha który zapoczątkował „Złotą Erę” w dziejach naszego zmęczonego kontynentu. Ale z drugiej strony, musiałbym udźwignąć niesamowity ciężar obowiązków. Ani chwili spokoju, praca od wschodu do zachodu słońca i nigdzie nie mógłbym być osobą prywatną. Każdy mój krok bacznie śledzony byłby przez rzeszę dziennikarzy. Życie na świeczniku, to jednak nie dla mnie. Wolę zrzec się korony, abdykować, zanim zostałem pomazańcem i żyć skromnie, lecz szczęśliwie. A kiedy ludzkość stanie na przepaści, bliska zagłady, wówczas nie będę unikał swych monarszych obowiązków i stanę jako jej przewodnik, ratując ją przed zniszczeniem.      ;-)

 

Honor samuraja

aruart

Kino japońskie, na ogół kojarzy nam się z Kurosawą, ktoś może wspomni jeszcze dokonania Kitano Takeshiego, no i horrory, „Ring” czy „Dark Water”. To jednak nie cały obraz filmografii wywodzącej się z kraju kwitnącej wiśni. Kiedy się poszuka, odnaleźć można prawdziwe perełki. W końcu japońska kinematografia liczy już grubo ponad sto lat. Pierwszy japoński film powstał już w 1899 roku., po czym nastąpił prawdziwy rozkwit tej gałęzi sztuki. Tylko w roku 1924, powstało 900 filmów. Ciekawostka, Japonia znana z filmów anime przodowała również w dziedzinie animacji. Pomiędzy 1905 a 1907 rokiem powstał krótki film animowany, przedstawia on chłopca zdejmującego czapkę z głowy. Nie będę się tutaj rozwodził na temat dość fascynującej historii kina japońskiego. Zainteresowanych odsyłam do serii artykułów Rafała Pawłowskiego. Przejdę od razu do arcydzieł, a właściwie do arcydzieła, jakim bez wątpienia jest film „Harkiri” w reżyserii Masaki Kobayashiego, z 1962 r.


Akcja filmu toczy się w Japonii, w XVII wieku. Na dwór jednego z bardziej szacownych rodów przybywa ubogi ronin prosząc o pozwolenie popełnienia rytualnego samobójstwa. Jest podejrzewany o to, że chce w ten sposób wyłudzić jałmużnę, dlatego opowiedziano mu historię innego samuraja, który jak on, kilka miesięcy temu przybył z podobną prośbą... Więcej nie opowiem, bo musiałbym zbyt dużo zdradzić. „Harakiri” to wspaniale opowiedziana historia o wartości honoru i życia. O przyjaźni i zemście. Film został nakręcony prawie 50 lat temu, ale upływ czasu nie wyrządził mu żadnej krzywdy. Trwa przeszło dwie godziny, ale fabuła jest tak wciągająca, że czas przestaje się liczyć. Film ten najlepiej świadczy o tym, że warto poszukiwać, bo prawdziwe skarby mogą być głęboko ukryte, lecz kiedy uda nam się do nich dotrzeć, wówczas czeka nas nieopisana przyjemność.


Badminton

aruart

Do największych odkryć kończącego się lata, należeć będzie badminton. Kilkakrotnie moja ukochana namawiała mnie na kupno kompletu rakietek i lotek, lecz ja za każdym razem odpowiadałem „Nie”. I jak to najczęściej bywa, kiedy bardzo się przy czymś upieram, racja była po stronie Basi.. Musiałem się przekonać jaka to frajda podczas wizyty u znajomych (pozdrawiam Krzyśka i Lucynę), żeby już bez wahania nabyć potrzebny sprzęt.

Badminton to wyjątkowo tania gra, za rakietki i komplet lotek zapłaciłem niecałe 20 złotych. Jak się okazuje, to bardzo stara gra. W różnej formie występowała ona już od kilku tysięcy lat, o czym świadczą rysunki pochodzące z Chin oraz Ameryki prekolumbijskiej. Dla mnie gra ta, kojarzy się przede wszystkim ze szkołą podstawową i koloniami. To w tym okresie, zwłaszcza latem spędzało się godziny na odbijanie lotki. Istniały przeróżne sposoby na to by lotka zyskała odpowiednią ciężkość. Nie jedna zresztą kończyła później na drzewie, lub jakimś dachu.

Szkoda, że jestem taki uparty i tak późno dałem się przekonać do zakupu badmintonowego sprzętu. Od połowy sierpnia większość wieczorów spędziliśmy na grze, a i teraz, zdarza się nam chwycić za rakietki, by odreagować po pracy. Muszę przyznać, że to naprawdę świetna zabawa. Trzeba się trochę poruszać, więc można mówić o aktywnym wypoczynku. No i najważniejsze, można się porządnie pośmiać. Zwłaszcza kiedy lotka dziwnym trafem poleci w zupełnie innym kierunku, niż ten, w którym zamierzaliśmy ją posłać. Albo, kiedy nie odbierze się pewniaka, bo uderzyliśmy o ułamek sekundy za szybko. Gorąco polecam wszystkim ten sposób spędzania wolnego czasu.

Komiksowe inspiracje

aruart

Podczas ostatnich wakacji ponownie zafascynowałem się komiksem. Opowieści obrazkowe mają ogromną siłę, a co najważniejsze, nie są to tylko historie o super bohaterach, chociaż przyznać muszę, że i te lubię. Komiks stał się środkiem wyrazu, który pozwala twórcą dokonanie wizualizacji pewnych wydarzeń, problemów, a nawet idei. Najlepszym przykładem jest „Sandman”, komiks, który jest prawdziwym arcydziełem. Rozprawia się z kulturą świata zachodniego, sięga do tematów egzystencjalnych, trąci herezją. Kiedy uporam się z całą serią napiszę o nim coś więcej.

Coraz częściej, po komiksy sięgają twórcy filmowi. Są to często ekranizacje bardzo udane, najlepiej o tym świadczy mój ulubiony „Watchmen”. Podobnie jest z francuskim filmem „Largo Winch”. Autorem komiksowego pierwowzoru jest Jean Van Hamme, znany jako twórca kultowego „Thorgala”. Jak dotąd nie miałem okazji czytać komiksu, więc mogę wypowiedzieć się jedynie na temat filmu, który właśnie obejrzałem. Muszę przyznać, że robi wrażenie (jak rzadko która rozrywkowa produkcja z Francji). Świetnie zrealizowany, od samego początku, aż do liter końcowych nie pozwala się nudzić. Reklamowany jest jako mieszanka Bonda z Bornem, chociaż poza tym, że są to nieco fantazyjne filmy akcji, niewiele je łączy. No, może główny bohater, jest nieco podobny do Borna, również dużo biega i poszukuje śladów swojej przeszłości. Odnaleźć tu możemy wszystko, czego oczekujemy od filmu sensacyjnego, pościgi, strzelaninę, intrygi. W tym filmie dobry okazuje się czarnym charakterem, a zły chce się stać dobrym. Do tego jeszcze wspaniałe zdjęcia i przebój gotowy. I najważniejsza rzecz, nie jest to kolejny film o niczym. W fabułę wpleciono poważne tematy, poszukiwania tożsamości, konfliktu międzypokoleniowego, moralności i żądzy władzy. I jeśli ktoś miałby dylemat idąc do kina, „Largo Winch” czy „Bękarty wojny”, niech od razu zapomni o tym drugim, a na pewno nie będzie żałował.

Muszę teraz zdobyć komiksowy pierwowzór, bo już tylko nazwisko autora gwarantuje ciekawą rzecz. Zawsze też dobrze jest porównać, ekranizację z oryginałem.


Wojna wg Tarantino

aruart

Temat II wojny światowej, jest wciąż obecny w kinematografii. Wystarczy tutaj wspomnieć świetne obrazy "Sztandar chwały" i "Listy z Iwo Jimy" Clinta Eastwooda sprzed trzech lat. Korzystając z okrągłej rocznicy, z tym trudnym tematem postanowił się również zmierzyć Quentin Tarantino, w swoim najnowszym filmie "Bękarty wojny". Oczywiście, nie można się spodziewać, że Quentin stworzy film skłaniający do przemyśleń i refleksji. Dzieło głębokie i poruszające. Nie, przecież to Tarntino. To kolejna z jego brutalnych bajek, tym razem jednak scenerią jest nie amerykańska prowincja, a Francja podczas II wojny światowej. Film ten, ma być przede wszystkim rozrywką i jak to u Tarantino, pełną przemocy. Niewielki oddział składający się z żołnierzy amerykańsko – żydowskich, zostaje zrzucony na tereny okupowanej Francji gdzie sieją teror wśród okupantów, wyłapując i skalpując nazistów. "To maniacy masowych mordów, którzy nienawidzą Żydów i dlatego muszą zostać zniszczeni. Każdy sukinkot, w nazistowskim mundurku, który stanie nam na drodze pożegana się z żywotem." - taki cel misji przedstawia swojemu oddziałowy, porucznik Aldo Raine. Pomysł ciekawy, na tej bazie można zbudować niezłą fabułę. Czegoś jednak zabrakło. Trudno jest się przyczepić do Qeuntina pod względem warsztatowym. Świetne zdjęcie, reżyseria, bardzo dobra gra aktorska, zwłaszcza Christophera Waltza, wcielającego się w postać demonicznego pułkownika SS Hansa Landy. Jedynie dobór muzyki, z którego trafności słynie Tarantino, był nie najlepszy. Powinien powstać całkiem dobry obraz, jednak Tarantino stworzył po prostu nudny film. Trwa przeszło dwie i pół godziny, ale spokojnie możana było go upchnąć w 90 minut. Jest dużo, zbędnej gadaniny, najlepszym przykładem jest scena w tawernie, trwająca 20 minut, chociaż bez żadnej straty dla fabuły filmu, można by ją skrócić do 5 - 7 minut. Na szczęście wszystkie mankamenty, zwłaszcza nudę, wynagradza końcówka filmu. Właściwie, gdyby zostawić początek i zakończenie, jakoś zgrabnie je ze sobą łącząc, powstałby niezły film.

A tak przy okazji, znalazłem w sieci dosyć ciekawe zestawienie najgorszych fimów o II wojnie światowej.

"Żyć za wszelką cenę"

aruart

Jakiś czas temu pisałem o tym, jak potwornie nudnym miastem jest Opole. Są tutaj jednak rzeczy, właściwie instytucje, które zasługują na szczególną uwagę. Jedną z nich jest Teatr Eko Studio Andrzeja Czernika. Teatr, który już wielokrotnie podejmował niezwykłe i niebanalne działania. Tym razem mieliśmy okazję obejrzeć niezwykłe przedstawienie, „Żyć za wszelką cenę”. Powstała ona na podstawie wspomnień więźnia obozu jenieckiego, Łambinowice/Lamzdorf, Siergieja Woropajewa. To potworny obraz męki, jaką przeżywali więźniowie sowieccy w obozach jenieckich. Opuszczeni przez własne państwo, w którym uznani zostali za zdrajców, nieludzko traktowani przez Niemców. Zmuszani do ciężkiej pracy, często bez posiłków, śpiący w dołach wykopanych w ziemi, by w ten sposób ochronić się przed zimnem.

 

„Dwa lata jestem na terenie Niemiec.
Ile przeżyłem grozy i koszmaru,
A ile jeszcze przede mną...
Strasznie, życie złamane, sam okaleczony.
Przez dziesięć dni spania pod gołym niebem
Z zimna i wycieńczenia zmarła połowa z nas.

Głód! Głód! Głód!

Zjadłbym padlinę, paskudztwo, trawę...”

W przedstawieniu, w bardzo realistyczny sposób pokazano okropność wojny. Makabryczność scen, pogłębiało jeszcze to, że przedstawienie odbywało się na terenie obozu w Łambinowicach, w miejscu, w którym do tych zbrodni doszło. Przedstawienie bardzo sugestywne. Wojny nie skończyły się w 1945 r. i jak się okazuje, wciąż upodla się drugiego człowieka. Robią to nawet żołnierze krajów, które głoszą walkę o wolność i demokrację, dehumanizując wroga, wydobywając z siebie najgorsze instynkty.

Trudny powrót

aruart

I pierwszy tydzień pracy już za mną. Ciężko wrócić do pracy po długiej nieobecności. Oj ciężko. Wszystko boli, wczesne wstawanie, jazda samochodem, mniej wolnego czasu, obowiązki. Najgorsze jest chyba to, że pierwszy raz, nie chce mi się pracować. Pozostaje tylko mieć nadzieje, że szybko wpadnie się w nowy rytm. Tylko czasu trochę żal. Zwłaszcza, że pogoda w tym tygodniu była całkiem niezła, wręcz wymarzona na rowerową wyprawę. Słonecznie, lecz nie upalnie. Ile zdjęć umknęło, kiedy siedziałem w pracy. Słyszałem wyraźnie, jak wołały mnie nieprzeczytane książki. Nie prędko, będę mógł oddać się słodkiemu lenistwu, ale może dzięki temu, że czasu wolnego będę miał teraz znacznie mniej, zacznę go efektywniej wykorzystywać. Przynajmniej tak powinienem robić. Zresztą, nie ma, co się przejmować, przecież mam już o tydzień mniej do kolejnych wakacji.

*

Postanowiłem zmienić nazwę mojego bloga. Wpisując w wyszukiwarce hasło „silva rerum” wyskoczy kilka blogów o tym tytule, wobec tego, żeby być oryginalnym nazwałem moje wpisy po prostu AruArt (Basiu, jesteś niekończącą się inspiracją).

Komedie nie śmieszą :-(

aruart

Wczoraj miałem okazję przypomnieć sobie film „Młody Einstein”. Obraz już nie młody, bo stworzony w 1988 r., ale pomimo upływu czasu, wciąż śmieszny. Kilka zabawnych sytuacji, śmiesznych dialogów, odrobina gagów i w ten sposób powstał film, który potrafi rozbawić.

Film ten, natchnął mnie jednak do refleksji. Zacząłem się zastanawiać, na jakim to filmie ostatnio tak się pośmiałem. No, nie licząc „Borata”, ale tu przyjemność sprawiało obserwowanie, jak Amerykanie robią z siebie idiotów. Dzisiaj ciężko jest znaleźć film, który opiera się na zabawnych i inteligentnych dialogach, którego podstawę będzie stanowił dobry żart. Ostatnio dominuje chamstwo, wyśmiewanie się z innych, wyzywanie, to zdaniem twórców jest śmieszne. Chociaż, kiedy zaczynam obserwować moich uczniów, to chyba jest to śmieszne. Dla nich najzabawniejsze żarty polegają na obrażaniu innych, a jeszcze lepiej siebie nawzajem. Nie ma już zdrowego śmiechu? Pewną odmianę stanowią jeszcze filmy czeskie (np. „Butelki zwrotne”), chociaż i tam zdarzają się filmy debilne, czego najlepszym przykładem jest „Hrubeš i Mareš są kumplami na dobre i na złe”. Tytułu dobrej polskiej komedii nie potrafię podać. Był kiedyś zabawny serial „Świat według Kiepskich”, w którym w krzywym zwierciadle (chociaż nie zawsze było ono krzywe) pokazywano pewne zjawiska, pojawiające się w naszym społeczeństwie, ale z czasem zaczął obniżać loty i dziś jest to tylko zbiór dziwacznych scen, w których aktorzy robią z siebie coraz większych idiotów.

Aaa…! Przepraszam, jest jedna perełka, „Ranczo”, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni, i filmy komediowe, które powinny bawić, męczą. Od czasu filmu „Chłopaki nie płaczą”, kolejni twórcy, próbują stworzyć obraz pełen „kultowych haseł”, czego najbardziej chyba absurdalny przykładem był „Job”, film bez fabuły, którego scenarzyści pozbierali dowcipy krążące od wielu lat po kraju i spróbowali, z żałosnym zresztą skutkiem, upchnąć w jednym filmie. No i są jeszcze komedie romantyczne. Dziwaczny gatunek filmów, których ja akurat nie czuję, a ich polskie kalki są właściwie groteskowe.

Dobrze jednak, że istnieją jednak zabawne filmy, które powstały jakiś czas temu, a do których zawsze można wrócić. Dobrze, że był Chaplin, Allen, bracia Marx i wielu innych. No i najważniejsze, na całe szczęście zawsze jeszcze pozostaje nieśmiertelny :


Koszmarna wizja przyszłości.

aruart

Liczba ludności Ziemi, na dzień dzisiejszy wynosi około 6,77 mld osób, a w roku 2012 przekroczy 7 mld. Niektóre prognozy mówią, że do 2050 r. będzie nas 10 mld. Czy możemy już mówić o przeludnieniu? Jak wiele ludzi, jest w stanie pomieścić nasza planeta? Konsekwencje przeludnienia, będą straszliwe dla całej populacji, a przede wszystkim dla samej Ziemi. Trzeba jakoś wyżywić taką masę ludzi. Coraz więcej miejsc, często bardzo cennych przyrodniczo, zamienianych jest na pola uprawne i pastwiska. Zwiększa się również produkcję żywności modyfikowanej genetycznie, po to by pozyskiwać większe plony. Trudno jest przewidzieć, jaki wpływ spożywanie takich roślin, może mieć na nasze organizmy. Już nie wspomnę o żywności wysoko przetworzonej, która szpikowana jest chemią i stała się podstawą naszej diety.

Co jednak stanie się, w momencie, kiedy nie będziemy w stanie wyprodukować odpowiedniej ilości jedzenia, lub co gorsza nastaną kolejne klęski żywiołowe, pozbawiając nas części plonów? Aż strach pomyśleć. Analizując dzieje ludzkości, dokładnie widzimy, że człowiek, zmuszony do walki o własne życie, sięgnie po wszelkie możliwe środki. Nie cofnie się przed niczym.

Co mnie skłoniło do tak katastroficznych myśli? Lektura książki Anthony’ego Burgessa, „Rozpustne nasienie”. To kolejna, obok „Mechanicznej Pomarańczy” przerażająca wizja przyszłości, stworzona przez tego autora. Pomimo, że jest ona nieco archaiczna (książka wydana w 1962 r.), jeśli chodzi o wyobrażenie świata przyszłości, nie umniejsza to w żaden sposób jej autentyczności, i skłonny jestem twierdzić, że przedstawione przez Burgessa sposoby walki z przeludnieniem, z chęcią podchwyci wielu rządzących, w momencie, kiedy stanie się ono realnym problemem. I miejmy nadzieję, że nie dane nam będzie dożyć czasów, w których wizja ta przerodzi się w rzeczywistość.



To już jest koniec...

aruart

No to kończą się dla mnie wakacje. Największą zaleta w byciu belfrem są właśnie te wolne dni. Pierwszy raz, od kiedy uczę, nie chce mi się wracać do pracy. Muszę przyznać, że kończące się właśnie wakacje, należały do jednych z najlepszych, jakie do tej pory przeżyłem. Nie obfitowały one w wyjazdy, ale te, które się zdarzyły, były wyjątkowo udane. Wiele bym mógł napisać o Thassos, a i tak nie dałbym radę opisać wszystkiego, co tam przeżyliśmy. Wspomnieć również należy o spontanicznym wypadzie do Pragi. Ale w spędzaniu wolnego czasu nie te wyjazdy są najważniejsze, chociaż dały nam sporo energii. Najważniejsze jest nie marnować czasu. Odpoczywać, ale nie leniuchować, nie dać się nudzie. Tak wiele przez te dwa miesiące się wydarzyło. Mam nadzieję, że pomimo sporej liczby obowiązków, uda się kontynuować kilka rzeczy, rozpoczętych latem. Kilka wydarzeń będzie miało tez poważne konsekwencje już w niedalekiej przyszłości.

To były piękne wakacje.

Horror

aruart

Wyobraźcie sobie taki scenariusz. Wstajecie rano, za oknem świeci słońce, zapowiada się kolejny, piękny, letni dzień. Robicie sobie herbatę i zasiadacie przed komputerem, by sprawdzić, co takiego dzieje się na świecie, a tu okazuje się, że ekran waszego komputera jest czarny.

Sprawdzacie kable, wszystko działa, a ekran dalej czarny. Bierzecie się za rozkręcanie kompa, ale tam też niby wszystko dobrze. Ekran? Wciąż czarny. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że dzieje się to naprawdę. To nie żadna mara senna, która rozpłynie się zaraz po przebudzeniu. Jest tak samo rzeczywiste jak ta herbata na biurku i słońce za oknem. Komputer jest na gwarancji. Można go przecież oddać do serwisu. Ale strata komputera na tydzień, albo dwa, o zgrozo.. może nawet na dłużej… Nie! To nie możliwe. Ta przerażająca myśl natchnęła mnie do działania. Użyłem wszelkich znanych mi sztuczek i w końcu mi się udało. Na razie działa. Tylko jak długo?

I pomyśleć, że dostęp do sieci mam zaledwie od pięciu lat. Jak ja sobie wcześniej radziłem? Przecież doskonale obywałem się bez sieci, bez ciągłego korzystania z komputera. Dziś, jest to dla mnie nie do wyobrażenia. Przecież ja za nim wyjdę do pracy przeglądam serwisy informacyjne, by być na bieżąco. Mam niezaspokojony głód informacji. A może jednak poradziłbym sobie? Przecież podczas wakacyjnych wyjazdów obywałem się bez kompa przez kilkanaście dni. Może znów czytałbym więcej książek, które piętrzą się na stale rosnących stosach czekając cierpliwie, aż w końcu raczę poświęcić im swój bezcenny czas.

Tak, dałbym sobie radę, ale na szczęście, przynajmniej na razie nie muszę tego robić.

Moje miasto.

aruart

Wczoraj miałem okazję spędzić trochę czasu w Opolu. Jako dzieciak uwielbiałem moje miasto, później… cóż. Opole jest dziwne, tylko wegetuje. Niewiele się tu dzieje, no i mentalność samych Opolan, którzy niechętnie w cokolwiek się angażują, przypomina wieśniaków, którym się wydaje, że jak zaczną jeść ze złotych talerzy od razu zostaną uszlachceni.

Wczoraj jednak, chyba za sprawą pogody, Opole wydało mi się całkiem ładnym miastem. Strasznie żałowałem, że akurat nie wziąłem aparatu, bo można było zrobić kilka naprawdę dobrych zdjęć. Kilka sytuacji aż prosiło się o utrwalenie. Nauczka na przyszłość. Z drugiej jednak strony nie planowałem tego spaceru, jakoś tak wyszło, że się przeszedłem po moim mieście.

No tak, jest kilka ładnych, zadbanych uliczek, ciekawych zakątków, tylko żeby zaczęło się coś dziać. Za miast tego Miasto zaczyna wycofywać finansowanie kolejnych imprez kulturalnych, które ubarwiały tu życie. Dobrze, że mamy jeszcze teatr, ze świetnym zespołem, który, jak mam nadzieję, zaskoczy nas w nadchodzącym sezonie kolejną, zachwycającą premierą. Jest filharmonia, galeria, czyli nie tak źle, ale przecież mogłoby być znacznie lepiej. Na całe szczęście, do mojego ukochanego Wrocławia jest tylko nieco ponad 80 km, więc zawsze można skorzystać z tego, co tam się dzieje, a dzieje się naprawdę wiele.

"WOJENKO, WOJENKO..."

aruart

Kiedy będąc w księgarni dostrzegam książkę ze znakiem „Terra incognita” wyd. WAB, kupuję ją w ciemno. Nigdy się jeszcze nie naciąłem, za każdym razem czytając kolejną książkę odbywałem niezwykłą podróż do miejsc, do których nie dane będzie mi dotrzeć (czasami na szczęście). Kiedy więc krążąc po księgarni rzuciła mi się w oczy książka „Dziesięć kawałków o wojnie. Rosjanin w Czeczenii” Arkadija Babczenki, kupiłem ją bez zastanowienie. W tym przypadku w grę wchodziła jeszcze tematyka książki, wojna w Czeczenii. Posiadam niezaspokojony głód wiedzy na temat współczesnych konfliktów.


Muszę przyznać, że bardzo mną wstrząsnęła ta lektura. Wojna to piekło, i to piekło, bez ubarwiania opisuje Babczenko. A wie on dokładnie, o czym pisze. Mając 18 lat został powołany do wojska, a po odbyciu szkolenia wysłano go do Czeczenii. Tam przeszedł przeżył prawdziwy koszmar, które dokładnie opisuje w swojej książce. Co ciekawe, kiedy w 1999 r. wybucha druga wojna w Czeczenii zgłasza się do wojska na ochotnika.

Tysiące takich jak ja po pierwszej wojnie wróciło do Czeczenii. Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, czemu pojechałem tam znowu. Nie wiem. Po prostu nie mogłem nie pojechać, ciągnęło mnie z powrotem z niewiarygodną siłą. Może dlatego, że tam została moja przeszłość, całe moje życie – z tamtej wojny wróciło tylko ciało, ale nie dusza. Wojna to najsilniejszy narkotyk na świecie

Babczenko urodził się w tym samym roku co ja, i kiedy ja przygotowywałem się do matury, przeżywałem swoje młodzieńcze lęki i załamania, jeździłem na koncerty on, jak wielu innych Rosjan w naszym wieku musi przerwać studia, przechodzi brutalne szkolenie i zostaje wysłany na wojnę. I nie była to romantyczna wojna, gdzie żołnierze jak bracia walczą ramię przy ramieniu, niosąc wolność mieszkańcom dalekiego Kaukazu. W rosyjskiej armii panuje niewyobrażalna fala, złodziejstwo, bark tam jakiegokolwiek porządku. To zupełni inny, zdehumanizowany świat. Fala dotyczy nie tylko zwykłych żołnierzy, ale dotyka również oficerów.

Czego można oczekiwać po oficerów oprócz bicia, skoro sami dostawali w koszarach? Bito ich kiedy uczyli się na kursach, teraz też ich biją w oddziałach frontowych. Co drugi pułkownik umie już tylko skomleć i bić, na oczach podwładnych zmieniając porucznika, kapitana i nawet majora w jęczącego rozczochranego gówniarza. (…)

Nasza armia jest robotniczo – chłopska, doprowadzona do rozpaczy wieczna biedą, zezwierzęcona głodem, bez mieszkań, oberwana i bita przez wszystkich na odlew niezależnie od rangi, pozbawiona praw – nie armia, lecz horda, która przejęła od przestępców i lumpów, wszystko co najgorsze, cały ten burdel, i rządzi się wilczymi prawami

Babczenko pokazuje, w jaki sposób ludzie zmieniają się w bezduszne potwory. Zagrożeniem jest nie tylko wróg, ale również współtowarzysze z oddziałów stacjonujących w jednej jednostce. A najgorsze jest to, że w żaden sposób nie można się temu przeciwstawić, trzeba jak najszybciej się przyzwyczaić, bo to jest jedyny sposób, dzięki któremu można jakoś to przeżyć. Pisząc tę książkę musiał zdobyć się na wielką odwagę. I to nie tylko dlatego, że Rosję trudno nazwać wzorcową demokracją, w której można głosić to co się chce, ostro krytykując własne państwo, oskarżając rządzących o potworne cierpienia jakich się doświadczyło. Przede wszystkim musiał sięgnąć do bardzo bolesnych wspomnień, jeszcze raz dokładnie je przeżyć. Przyznać się do tego, że zostało się pozbawionym sporej części siebie, przynajmniej na chwilę utraciło się człowieczeństwo, a wszystko po to, by przelać je na papie, by dać świadectwo prawdzie.

Podsumoując, moją krótką recenzję „Dziesięciu kawałków o wojnie”, jeszcze raz posłużę się cytatem:

Kocham cię, wojno.

Kocham cię za to, że masz w sobie moją młodość, moje życie, moją śmierć, mój ból i strach. Za to, czego mnie nauczyłaś: że najpaskudniejsze życie jest tysiąc razy lepsze od śmierci. Za to, że w tobie żyli jeszcze Igor, Paszka… Jesteś moja pierwszą kobietą, moją pierwszą miłością. Minęło wiele czasu, ale nikogo nie pokochałem tak jak ciebie. Miałem osiemnaście lat, kiedy wrzucono mnie w ciebie, naiwnego szczeniaka, i zabito mnie w tobie. I zmartwychwstałem jako stuletni starzec, chory, z poszarpaną psychiką, pustymi oczyma, wyżętą duszą.

Na zawsze pozostaniesz we mnie.


© AruArt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci