Menu

AruArt

dziennik niecodzienny

Jesień?

aruart

W ostatni wtorek 22 września o godzinie 23:18, Słońce znalazło się w punkcie równonocy i weszło w znak wagi. Tego wieczoru rozpoczęła się astronomiczna jesień. Muszę przyznać ,że początek, nowa pora roku miała całkiem niezły. Cały wrzesień był bardzo ciepły i wciąż mam wrażenie, że nadal mamy lato. Drzewa zaczynają zmieniać kolory, ale nadal dominuje zieleń. Ostatni weekend był wyjątkowo piękny. Temperatura przekraczająca 20 stopni, bezchmurne, lazurowe niebo i delikatny wiaterek. Aż miło było wsiąść na rower i ruszyć w las. Żeby tylko taka pogoda mogła się utrzymać jak najdłużej. Zresztą jakby to ode mnie zależało, to idealne warunki klimatyczne, wyglądałyby w ten sposób:  podobna pogoda jak teraz utrzymywałaby się do grudnia, kiedy to w końcu drzewa pozbyłyby się reszty liści. Na jakieś dwa, może trzy tygodnie pomiędzy świętami, a końcem roku, spadłoby nieco śniegu, przez ten czas panowałby lekki mrozik W styczniu zaś rozpoczynałaby się wiosna, która trwałaby do czerwca. A później lato, ciepłe, słoneczne, z przelotnym deszczem. Tak wyglądać musiał Eden. Niestety, w życiu już tak jest, że jest jak jest i trzeba się cieszyć każdą słoneczną chwilą, ładować akumulatory, na zbliżające się kolejne pół roku, kiedy to będzie dominować pochmurne szare niebo, wiatr, czasami mróz i deszcz przeplatany śniegiem.

Koniec książki?

aruart

Co jakiś czas można usłyszeć biadolenie o końcu tradycyjnej, drukowanej książki. Brrr... już sama myśl o tym jest straszna. Czyżby nie miało być tego cudownego podniecenia, kiedy zakupimy książkę i pierwszy raz zaczynamy ją oglądać. Najpierw okładka, powoli otwieramy i po czym kartkujemy ją. Wspaniały, jedyny w swoim rodzaju zapach papieru i farby drukarskiej. Kiedy zaznajomimy nasz dotyk, wzrok i powonienie z nowym nabytkiem, przychodzi czas na lekturę. Najpierw pierwsze zdania, które powoli wprowadzają nas w inny świat, by po chwili, jak za sprawa teleportu, znaleźć się w tym nowym, innym świecie. Uczucie, którego nie dostarczy żaden film, nawet zrealizowany w technologii 3 D. Kiedy zaczynam czytać, świat realny przestaje istnieć. Wirtualna rzeczywistość istnieje. Jest nią własnie książka. Inne media to tylko namiastki, które nie są w stanie aż tak mocno oddziaływać na nasz umysł. Dlatego trudno jest mi przyjąć, że książek mogłoby nie być. W ostatnim czasie, dzięki przenośnym odtwarzaczom mp3, bardzo popularne stały się audiobooki. Problem tylko w tym, że nie potrafię skupić się na słuchaniu. Już po kilku minutach, mój umysł szuka jakiegoś innego zajęcia. Jestem wzrokowcem i niewiele wiem z przesłuchanej książki.

Na szczęście zapowiadany kres tradycyjnej książki, nie oznacza jeszcze końca słowa pisanego. E-booki, są całkiem ciekawym wynalazkiem. Coraz częściej powstają, bardzo bogate bazy książek w internecie, niech tylko wspomnę Polską Bibliotekę Internetową czy Wielkopolską Bibliotekę Cyfrową i jej pochodne. Jakoś nie mam problemów z czytaniem w komputerze. Oczywiście znika dodatkowa, „magiczna” otoczka, ale da się bez tego żyć. Z czasem może i do tego sposobu zapoznawania się z literaturą uda mi się dorobić jakąś filozofię: „Magiczny dźwięk powitalny windows xp wprowadza mnie w drżenie, kiedy czekam, aż mój komputer będzie gotowy, bym mógł rozpocząć kolejną literacka przygodę. Później jeszcze tylko chwila by otworzyć plik pdf. z najnowszą pozycją autorstwa X, na którą przyszło nam czekać przeszło trzy lata, i już błyszczy przede mną kolorowa strona wstępna, e-książki. Jeszcze tylko jedno kliknięcie, dzieli mnie od kolejnej, niezwykłej podróży, w głąb wyobraźni autora” - to, albo coś podobnego, w końcu trzeba sobie jakoś uprzyjemniać życie.

Nie mam żadnych oporów by sięgać po książkę elektroniczną. Daje ona zresztą szansę, na ewolucję samej powieści. Najlepszym przykładem jest tzw. powieść hipertekstowa. Do tej pory by móc przeczytać książkę, trzeba było trzymać się jej liniowości, czyli czytać od początku do końca. Zdarzały się czasem wyjątki, jak „Gra w klasy” Julio Cortázara, ale sama forma książki znacznie utrudniała takie eksperymenty. Książka hiperaktywna znosi te ograniczenia. Książce taka, która istnieje tylko w internecie, zawiera zwykły tekst, w którym co jakiś czas pojawiają się hiperteksty czyli linki, które rozwijają niektóre wątki, w nich z kolei mogą pojawić się kolejne hiperteksty. W ten sposób książka zaczyna być prawdziwym labiryntem, w którym to czytelnik zaczyna tworzyć kolejność fabuły. To prawdziwa powieściowa anarchia! Są już nawet dostępne specjalne programy do tworzenia hipertekstów. Kto wie, może i ja kiedyś się pokuszę na stworzenie hiperpowieści (wolno pomarzyć). Puki co, zostaje nam cieszyć się jedną z pierwszych polskich powieści hiperaktywnych. Jej autorem jest Sławek Shuty, co mnie akurat nie dziwi, wystarczy wspomnieć jego zinowski „Produkt polski”. W książce „Blok”, Shuty zabiera nas do z pozoru zwyczajnego, dziesięciopiętrowego bloku, zamieszkałego przez 30 rodzin. Możemy dowolnie wybrać którąkolwiek spośród mieszkańców, by zapoznać się z jego życiem, rodziną, dostając dosyć ciekawy obraz naszego społeczeństwa. Książka może nie jest porywająca, ale czytanie jej to dość ciekawe doświadczenie. Shuty przeciera szlaki i z czasem zaczną powstawać coraz ciekawsze pozycje, a wśród nich może się narodzić dzieło genialne. Już nie mogę się doczekać. Przykłady innych hipertekstów:

- AE - Roberta Szczerbowskiego

- Koniec świata wg Emeryka - Roberta Coovera

- Carlos - Jarosława Szatkiewicza

Książka elektroniczna posiada jeszcze jedną zaletę. Autor może pominąć pośredników i swobodnie poprzez sieć docierać do czytelników. Nie potrzebne stają się wydawnictwa, literatura będzie wreszcie wolna. Ale to dość odległa przyszłość.

Można dyskutować, czy książka tradycyjna umrze, czy też nie. A jeśli tak, czy to źle. Czy nowe formy będą w stanie ją zastąpić? Najważniejsze jednak jest to, żeby ludzie w ogóle odczuwali potrzebę czytania, bo bez tego książka przestanie istnieć, bez względu na to jaką postać przyjmie.


Ostatnia rewolucja w muzyce

aruart

Był rok 1991. Grupa Pearl Jam właśnie wydała jeden z najgenialniejszych albumów w historii muzyki rockowej, „Ten”, we wszystkich stacjach radiowych królował zaś utwór Nirvany „Smells Like Teen Spirit”. Tak z podziemia muzycznego Seattle wypłynął grunge, ostatnia rewolucja muzyczna. To był ostatni okres, w którym świat muzyki został zdominowany przez rocka i to rocka alternatywnego. Charakterystyczny dla tej muzyki był bunt, agresja, ostre i brudne brzmienia. Wszechobecna była również chęć autodestrukcji wyrażana w tekstach. Z muzyką związany był także odpowiedni styl ubioru: sprane jeansy, flanelowe koszule, trampki lub martensy i wojskowa kurtka. Rewolucja trwała krótko i w roku 1995 można zauważyć powolne zanikanie kapel grających tę odmianę rocka. Jak się okazuje grunge nie umarł całkowicie. Właśnie ukazały się dwa albumy legend tego gatunku. Pearl Jam wydał płytę „Beckspacer”. Nie jest to tak powalający album jak te pierwsze, ale znajdziemy tam sporo niezłego, gitarowego grania, a odnoszę wrażenie, że dziś coraz trudniej jest usłyszeć taką muzykę. Płyta nie powala, ale całkiem dobrze się jej słucha.

Druga płyta, która się ostatnio pojawiła, to już prawdziwy powrót do stylu grunge. Alice In Chains po 14 latach, uraczył nas nową płytą („Black Gives Way To Blue”). I pomimo braku charakterystycznego głosu Layne'a Staleya, to od pierwszych dźwięków, nie ma wątpliwości, że jest to Alice In Chains. Dodać należy, że nowy wokalista całkiem dobrze sobie radzi. To bardzo miłe zaskoczenia, bo szczerze mówiąc nie spodziewałem się zbyt wiele dobrego, kiedy usłyszałem o nowej płycie Alicji. Muzyka nie jest może odkrywcza, ale ma to coś, co w rocku najważniejsze, tę drapieżność, która zostawia długotrwałe blizny na duszy. Strasznie mi tego brakuje w muzyce, którą możemy na co dzień usłyszeć w radiu.

Czarna Wołga i inne opowieści

aruart

W grotowickim lesie (las w pobliżu dzielnicy Opole – Grotowice), znajduje się tajemnicza mogiła. Czas zatarł napis wyryty na kamieniu, można się jednak domyśleć, że wypisano tam czyjeś imię i nazwisko. Za to dobrze widoczna jest data 1881 – 1904. Przez lata palono tam znicze, co jakiś czas ktoś kład przy kamieniu kwiaty. Kiedyś nawet znalazłem tam wyrzeźbione z brzozy „świeczki”. Kiedy się tam ostatnio wybrałem, inskrypcja na kamieniu została odnowiona, a w pobliżu ustawiono tablicę, na której napis w języku polskim, angielskim i niemieckim głosi:

„ Pomnik upamiętniający wybitnego leśnika niemieckiego Hugo von Ehrensteina, nadleśniczego pruskich lasów państwowych. Hugo von Ehrensteina w latach 1881 – 1904 pełnił obowiązki nadleśniczego Nadleśnictwa Grudzice (obecnie Nadleśnictwo Opole). (...)

Czas zatarł nie tylko napis na kamieniu, ale również w ludzkiej pamięci. Powszechnie błędnie uważano, iż głaz postawiono w miejscu tragicznej śmierci leśnika, który zginął z ręki kłusownika. (...)”

Przekonanie, że miejsce to związane jest z odległą tragedią było niezwykle silne. Ja sam taką informację otrzymałem od leśnika, który tam pracował. Jak się okazuje, pamięć ludzka jest bardzo zawodna, ale za to wyobraźnia niczym nie ograniczona. Skoro nikt nie pamiętał, dlaczego w środku lasu postawiono wspominany głaz, ktoś na podstawie tajemniczych dat stworzył własną wersję, o podstępnie zamordowanym, młodym leśniczym, która została przyjęta jako oficjalna. Powstawanie tego typu legend uzupełniających pewne braki w ludzkiej wiedzy jest dość ciekawe. Skąd się biorą, kto jest ich autorem? Zazwyczaj nie jesteśmy w stanie tego stwierdzić. Chyba najciekawszym rodzajem tego typu legend, są tak zwane legendy miejskie. Najsłynniejszą polską legendą tego typu, były krążące w czasach PRL opowieści o czarnych wołgach, jeżdżących po ulicach polskich miast i porywających ludzi. Co ciekawe, ta legenda żyje do dzisiaj, tylko, że wołga zamieniła się w BMW z zaciemnionymi szybami. Wspólnym mianownikiem tego typu opowieści, jest ich anonimowość, są zazwyczaj dość prawdopodobne i dotyczą ważnych spraw w życiu człowieka i mają sensacyjny wydźwięk. Dzięki internetowi i telefonom komórkowym, miejskie legendy dosyć szybko się rozpowszechniają i często trudno jest sprawdzić ich autentyczność. Zjawisko legend miejskich jest szczególnie rozpowszechnione w Stanach i na Wyspach Brytyjskich. U nas jest ich znacznie mniej, chociaż być może lokalnie pojawia się częściej. Jak słynna opowieść z Opola, kiedy to rzekomo w jednym z centrów handlowych nieznani mężczyźni porwali dziewczynkę i dla niepoznaki ogolili ją na łyso oraz przebrali w jakieś łachmany, żeby łatwiej ją wyprowadzić ze sklepu. Kierownictwo, poinformowane przez przerażonych rodziców, nakazało zamknięcie centrum i poszukiwania dziewczynki. Jak się okazało, sytuacja, w której zarządzający sklepem zdecydowało się zamknąć kilkaset osób, nigdy nie miała miejsca. Kto wie, lokalnie podobnych opowieści może pojawiać się znacznie więcej.

Kilka ciekawych legend:

  1. Amerykańskie małżeństwo w piwnicy niedawno kupionego domu, znajduje kilka beczek z winem. Uradowani z niezwykłego spadku po poprzednich właścicielach, zaczynają kosztować zawartość jednej z beczek. Dosyć szybko beczka została opróżniona, choć jej ciężar nadal pozostawał znaczny. Po rozpiłowaniu beczki, która miała posłużyć jako doniczka na kwiaty okazało się, że znajdują się w niej zwłoki mężczyzny. - jest to jedna z najstarszych legend miejskich, funkcjonujących w Stanach w przeróżnych konfiguracjach.

  2. Panna młoda postanawia udać się na solarium by nieco się opalić przed planowanym ślubem. Niezadowolona z efektu, naświetla się kilkakrotnie. Wkrótce po powrocie do domu umiera. Sekcja zwłok wykazuje, że jej wnętrzności w wyniku kolejnych prób opalenia się po prostu się ugotowały, a skórę przed spaleniem ochroniła ogromna ilość kremów do opalania.

  3. Po atakach z 11 września coraz częściej zaczęły pojawiać się opowieści o skruszonych terrorystach, którzy ostrzegają przed kolejnymi zamachami. Jedną z popularniejszych była opowieść o Afgańczyku, narzeczonym pewnej Amerykanki, który ostrzegł ukochaną, by pod żadnym pozorem 11 września nie korzystała z transportu lotniczego, oraz zrezygnował z wszelkich zakupów w centrach handlowych w dniu 31 października. Opowieść ta pojawiła się niedługo po atakach na WTC i wywołała w końcu października 2001 r, prawdziwą panikę.

  4. Znacznie więcej podobnych opowieści, często przynajmniej z pozoru bardzo prawdziwych znaleźć można na stronce.

I można wierzyć bądź nie w krokodyle żyjące w kanałach Nowego Jorku, które wyrosły ze spuszczanych w toalecie, przez hodowców – amatorów, małych gadów, ale ja na własne oczy widziałem żółwia pływającego w dawnej fosie, na wrocławskim Podwalu.

Czarna Wołga

 

Miejsce mocy

aruart

Ludzie wierzą, że pewne miejsca na naszej planecie, mają szczególne właściwości. Ich zdaniem, są to punkty, które pozytywnie oddziałują na ludzi. Nazywają je miejscami mocy, punktami energetycznymi, czy czakramami. W latach 70 – tych XX wieku, radzieccy uczeni Makarow, Morozow i Gonczarow, stworzyli hipotezę, według której struktura Ziemi przypomina strukturę kryształu Na Ziemi podobnie jak i na powierzchni kryształu znajdują się punkty i linie aktywne energetyczne. Przepływa poprzez nie „energia życia”. Tego rodzaju pozytywną energią przyrody zajmuje się dziedzina wiedzy zwana geomancją. Po nałożeniu na mapę świata siatki regularnych pięciokątów okazało się, że w wierzchołkach figur bądź ich geometrycznym środku znalazły się miejsca, gdzie powstały najstarsze cywilizacje. I w naszym kraju znajduje się kilka punktów, które uznawane są jako miejsca mocy. To m. in. Jasna Góra, Wawel, kamienny krąg w Odrach koło Czerska czy Sobótka. Najczęściej są to miejsca, które były lub nadal są miejscami kultów religijnych. W sumie, może warto by było sprawdzić działanie tych miejsc.

Myślę, że każdy z nas ma swoje osobiste miejsce mocy. A przynajmniej powinien takie miejsce sobie znaleźć. Miejsce, w którym potrafimy się wyciszyć, zapomnieć o codziennych problemach, które posiada pewną właściwą nam energię, pozytywnie na nas oddziaływając. Nie wiem czy każdy posiada. Wiem natomiast, że jest takie miejsce w którym mój umysł doznaje wyciszenia. Które wielokrotnie, w ciężkich dla mnie momentach przyjmowało mnie i chociaż na chwilę pozwalało o tym nie myśleć. Cisza, spokój i duża dawka zieleni. Zawsze kiedy tam docieram, czuję, że przynależę do tego skrawka Ziemi. Jakby tam ukryta była cząstka mojej duszy. Szkoda tylko, że teraz z powodu przeprowadzki i lenistwa, tak rzadko tam bywam. Zdarzało się że trafiałem tam i kilka razy w tygodniu, a już musowo kontemplowałem moje miejsce w niemal każdą sobotę. Teraz trafiam tam kilka razy w roku, ale za każdym razem czuję tę samą radość, przypływ mocy, która pozwala mi swobodnie przebrnąć przez szarość dnia codziennego.

Przedłużające się lato zachęciło mnie wczoraj by udać się do mojego miejsca mocy. Wsiadłem na rower i jakieś półtorej godziny później, po długiej przerwie, połączyłem się z tym dodatkowy elementem mojej duszy. Spędzałem tam tak wiele czasu, że poznałem każde drzewo, krzaczek, czy kamień i kiedy tam wracam, to mam wrażenie, jakby mnie nie było nie więcej niż kilka dni. Muszę się zdyscyplinować, by częściej tam bywać. Nie przebywałem tam nawet godziny, a i tak otrzymałem ogromną dawkę pozytywnej energii. To jest wręcz niewiarygodne, że taki niewielki skrawek lasu, który dla innych nie będzie niczym więcej jak skupiskiem drzew, krzaków i trawy, na mnie aż tak wpływa. Z pewnością wynika to, przynajmniej w części z tego, że dawniej przychodziłem tam by odetchnąć, wyciszyć się, doznając ukojenia. Każda spędzona w tym miejscu chwila, to pozytywne myśli, radość i spokój i tylko z tym to miejsce mi się kojarzy. Wszystkie te dobre chwile wracają do mnie za każdym razem, kiedy tylko się tam pojawię. Z drugiej jednak strony, może faktycznie przepływa przez to miejsce jakaś szczególna energia.

Życzę każdemu, by znalazł właśnie takie, należące tylko do niego miejsce, bo w dziwnym świecie, w którym przyszło nam żyć czasami potrzeba nam gdzieś się ukryć, by móc odetchnąć.

Kontynuacje

aruart

Kiedy pisarz osiągnie sukces i jego książka dobrze się sprzedaje, zaczyna pisać kontynuację. Zafascynowani poprzednią opowieścią, kiedy tylko ukazuje się kolejny tom, z radością po niego sięgamy, chociaż bardzo dobrze zdajemy sobie sprawę z tego, że w większości przypadków kontynuacja książki okazuje się znacznie słabsza od pierwowzoru, albo napisana jest dokładnie według tego samego schematu, czego najlepszym przykładem jest twórczość Dana Browna. Zdarzyć się może również, tak jak to jest z powieściami Marka Krajewskiego, że pisarz zacznie ewoluować, dojrzewać i każda kolejna książka będzie lepsza. Myślę, że dla pisarza to wielka pokusa pójść dobrze sprawdzoną drogą i powtórzyć poprzedni sukces. Czasami może to również wynikać z przywiązania do bohaterów, do świata, który się wykreowało.

W 2001 roku, hiszpański pisarz Carlos Ruiz Zafon opublikował powieść „Cień wiatru”, której wydanie okazało się wielkim sukcesem. Łącznie w 45 krajach, sprzedano około 14 mln egzemplarzy. Ten sukces skłonił Zafona do napisania kolejnej książki, która mimo wielu podobieństw, nie jest zwyczajną kontynuacją . „Gra anioła” to zupełnie nowa historia, z nowym głównym bohaterem, chociaż jej akcja toczy się dokładnie w tym samym czasie, w Barcelonie początków XX wieku. Pojawiają się tu również bohaterowie z poprzedniej książki, ale są to tylko postacie drugoplanowe. Książkę czyta się wspaniale. Błyskawicznie przeskoczyłem przez te przeszło 600 stron. Panujący w niej klimat jak z dziewiętnastowiecznej powieści gotyckiej, tajemnica, groza, wciąga szybko i bezwzględnie. No i nie można zapominać również o tym, że do głównych bohaterów zaliczyć trzeba, podobnie jak w poprzedniej powieści Zafona, same książki, a książki o książkach, zazwyczaj są bardzo ciekawe. Autor nie uniknął jednak pewnych błędów z poprzedniej książki, chodzi mi tutaj przede wszystkim o wątek miłosny, który podobnie jak w „Cieniu wiatru” jest bardzo nierzeczywisty i męczący. To właściwie jedyna rzecz, do której mogę się przyczepić. Poza tym książka jest rewelacyjna. Miejmy tylko nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy zniszczenie tego niezwykłego świata poprzez filmową adaptację.

Gorąco polecam stronę poświęconą książce, jest naprawdę świetnie zrobiona i choćby dlatego zasługuje na uwagę.

Woody Allen gra jazz.

aruart

Woody Allen nie może być człowiekiem. To pierwszy znany nam android. Przecież to jest fizycznie niemożliwe, żeby jeden człowiek potrafił zrobić tak wiele. Czo roku mamy kolejny film Allena, którego jest nie tylko reżyserem, ale także scenarzystą. Poza tym jest świetnym pisarzem, czego najlepszym dowodem są niedawno wydane dwa zbiory opowiadań. I jakby tego było mało, gra jeszcze w zespole jazzowym Woody Allen and his New Orleans Jazz Band, z którym zresztą w zeszłym roku gościł w Polsce. A gra naprawdę dobrze.

Nie wiem kiedy ten człowiek znajduje na to wszystko czas, przecież doba ma tylko 24 godziny. A może Woody Allen, to wcale nie jest jedna osoba. Jest ich dwóch, a może nawet trzech. Bo jakby to było możliwe, że jeden człowiek robi tak wiele, a inni (np. ja), niemal nic, bo może pomysłów jest wiele, to na ich realizację zawsze brakuje czasu. Inna sprawa, że pisanie czy kręcenie filmów to również jego praca, więc nie musi tracić czasu na inne rzeczy. Lecz jeśli tak na to spojrzymy, to dlaczego pozostali twórcy nie są w stanie zrobić chociaż części z tego, co tworzy Allen. Może po prostu nie starcza im talentu. A może nie mają klonów-bliźniaków?

Pomijając życie prywatne, mam ogromny szacunek do Allena. Uwielbiam jego filmy (większość z nich), jego poczucie humoru, facet wspaniale pisze, ma niesamowitą wyobraźnie. A jako muzyk, muszę przyznać jest bardzo dobry. Zazdrościć Allenowi talentów to nie grzech. Mieć ich chociaż niewielką cząstkę...cóż od czego są marzenia?

Miesięcznica

aruart

Minął już miesiąc, odkąd założyłem mojego bloga. Jak na razie udaje mi się dosyć regularnie zamieszczać na nim kolejne wpisy. Ukształtował się również jego charakter. Dominują wpisy dotyczące obejrzanych filmów, czy też przeczytanych książek i tak już chyba zostanie. Czasem tylko pojawi się jakieś wynurzenie, do którego zachęcą mnie wydarzenia z mojego skromnego życia. Myślę, że założenie bloga nie było złym pomysłem. Przynajmniej sam sobie udowadniam, że nie marnuję czasu, że i we mnie jest coś ciekawego. A jeśli ktoś jeszcze tak pomyśli, to bardzo się cieszę.

 

Kamieniem w twarz

aruart

„ – Jesteśmy drapieżną firmą marketingową, wprowadzającą totalny pomysł. Zgłaszamy patent na lek. Zastrzegamy nazwę. Jak tylko ktoś opracuje nowy produkt, przychodzi do nas. Czasem dobrowolnie, a czasami nie – mówi.

Dlaczego czasem nie? pytam.

– To działa w ten sposób, że zastrzegamy wszystkie kombinacje słów. Greckich, łacińskich, angielskich, jakich chcesz. Jesteśmy właścicielami praw do wszystkich dających się pomyśleć słów, jakich firma farmaceutyczna może użyć do nazwania swojego nowego produktu. Na samą cukrzycę mamy listę stu czterdziestu nazw – mówi i podaje mi z aktówki, którą trzyma na kolanach, stos zszytych kartek.

GlucoCure, czytam.

InsulinEase.

PancreAid. Hemazine. Glucodan. Growdenase. Przewracam kartkę, buteleczki spadają mi z kolan i toczą się po podłodze, grzechocząc pigułkami.

– Jeśli firma farmaceutyczna znajdzie kiedyś lek na cukrzycę i będzie chciała wykorzystać kombinację słów choćby z grubsza odnoszących się do tego schorzenia, będzie musiała wynająć ją od nas.”

Straszna wizja? Na szczęście to tylko literacka fantazja. Przynajmniej mam taką nadzieję. Cytowany fragment pochodzi z książki „Rozbitek” Chucka Palahniuka. Zresztą to nie jedyna, szokująca wizja, którą możemy znaleźć w tej niezwykłej powieści. Podobnie jak poprzedzający ją „Fight Club”, „Rozbitek” zaczyna się od końca, nawet rozdziały i strony, ponumerowane są w odwrotnej kolejności. Główny bohater Tender Branson, porwawszy samolot wypuszcza wszystkich pasażerów i leci w samobójczą podróż, w kierunku Australii. Ma zamiar rozbić się, w momencie, kiedy skończy się benzyna w zbiornikach samolotu. Nim to nastąpi, postanawia opowiedzieć historię swojego życia, które rozpoczyna w tajemniczej i odizolowanej wspólnocie religijnej, przedstawiając siebie jako ofiarę, „amerykańskiego snu”. Podobnie jak w swojej poprzedniej książce, Palahniuk daje wyraz antykonsumpcjonizmowi. Opisuje amerykański styl życia, jako ciągłą pogoń za sławą, bo tylko ona może nadać sens życiu:

„Muszę być fotografowany. Nie jestem taki jak zwykli ludzie: żeby przeżyć muszę nieustannie udzielać wywiadów. Muszę żyć w swoim naturalnym środowisku, na ekranie telewizorów. Muszę żyć na swobodzie i rozdawać autografy. Nienawidzę być zwykłym śmiertelnikiem.”

Według Palahniuka, nie tylko społeczeństwo amerykańskie jest chore. Wspólnota religijna, która stara się żyć zgodnie z prawami natury, odrzucając całkowicie współczesną cywilizację, okazuje się zwyrodniała. Świat nie jest idealny, nawet nie ma szans na normalność, bo chorzy są sami ludzie, którzy ten świat tworzą.”Rozbitek” jest wspaniale anarchistyczny. To porządny kopniak, a raczej uderzenie kamieniem brukowym w twarz, który przynosi przebudzenie. Zakończę słowami głównego bohatera:

„Jest tyle rzeczy, które chciałbym zmienić, ale nie mogę.

Wszystko jest zrobione. Teraz to tylko opowieść.

Macie tu życie i śmierć Tendera Bransona, a ja mogę już sobie pójść.

A niebo jest błękitne i słuszne w każdym kierunku.

Słońce jest absolutne i płonie, i jest tam gdzie ma być. I dzień dzisiaj jest piękny. Próba mikrofonu. Raz, dwa...”

Ps.

Dodam jeszcze tylko, że prawa do filmu na podstawie „Rozbitka” wykupiła jedna z amerykańskich wytwórni, ale po zamachach z 11 września, nie odważyła się na realizację obrazu, w którego integralną część odgrywa porwanie samolotu.


Norton I Cesarz Stanów Zjednoczonych i Protektor Meksyku.

aruart

Chociaż w swojej historii Stany Zjednoczone nigdy nie były monarchią, miały jednak swojego cesarza, Nortona I.

Właściwie nazywał się Joshua Abraham Norton (1819 – 1880). W 1859 roku ogłosił się „Cesarzem Stanów Zjednoczonych i Protektorem Meksyku”. Jego „ekscentryzm” był powszechnie tolerowany i z czasem stał się prawdziwą atrakcją San Francisco. Władze miasta ufundowały mu galowy mundur, w którym Norton I pokazywał się na ulicach, pomimo braku pieniędzy stołował się w najlepszych restauracjach w mieście, które umieszczały specjalne tabliczki z informacją, że u nich jada amerykański cesarz. Jak głosi legenda, podczas zamieszek pomiędzy białą ludnością miasta a chińskimi robotnikami, stanął w obronie Chińczyków, nie dopuszczając do linczu. Norton I wydawał własne pieniądze, które traktowane były w mieście jako lokalna waluta. Co jakiś czas, w lokalnej prasie, pojawiały się również cesarskie dekrety. Część z nich uważa się jednak za oszustwo wydawców, którzy w ten sposób chcieli zwiększyć sprzedaż swoich gazet. Cesarzowi towarzyszyły zazwyczaj dwa psy, Bummer i Łazarz, które on uważał za swoich najwierniejszych poddanych. Z jego postacią związane były liczne plotki. Jedna z nich mówiła, że jest on synem cesarza Ludwika Napoleona, inna sugerowała, że zamierza poślubić królową Wiktorię, z którą prowadził korespondencje. Pojawiały się również insynuacje, że posiada on wielką fortunę, a jego ekscentryczny sposób życia wywołany jest wynikiem skąpstwa. O wielkiej sympatii mieszkańców San Francisco, niech świadczy fakt, że na pogrzebie Nortona I, który odbył się 10 I 1880 r., zjawiło się około 30 tys. osób. W setną rocznicę śmierci cesarza, odbyły się w mieście liczne uroczystości, poświęcone jego postaci.

dziesięcio dolarowy banknot Nortona I


*

A gdybym tak ogłosił się królem, naszego pięknego kraju. Albo jeszcze lepiej, Cesarzem Europy. Nasz kontynent nareszcie miałby swojego władcę, który rozprawiłby się z wciąż rosnącą machiną biurokratyczną rezydującą w Brukseli. Artur I, cesarz który przywrócił Europie dumę, monarcha który zapoczątkował „Złotą Erę” w dziejach naszego zmęczonego kontynentu. Ale z drugiej strony, musiałbym udźwignąć niesamowity ciężar obowiązków. Ani chwili spokoju, praca od wschodu do zachodu słońca i nigdzie nie mógłbym być osobą prywatną. Każdy mój krok bacznie śledzony byłby przez rzeszę dziennikarzy. Życie na świeczniku, to jednak nie dla mnie. Wolę zrzec się korony, abdykować, zanim zostałem pomazańcem i żyć skromnie, lecz szczęśliwie. A kiedy ludzkość stanie na przepaści, bliska zagłady, wówczas nie będę unikał swych monarszych obowiązków i stanę jako jej przewodnik, ratując ją przed zniszczeniem.      ;-)

 

Honor samuraja

aruart

Kino japońskie, na ogół kojarzy nam się z Kurosawą, ktoś może wspomni jeszcze dokonania Kitano Takeshiego, no i horrory, „Ring” czy „Dark Water”. To jednak nie cały obraz filmografii wywodzącej się z kraju kwitnącej wiśni. Kiedy się poszuka, odnaleźć można prawdziwe perełki. W końcu japońska kinematografia liczy już grubo ponad sto lat. Pierwszy japoński film powstał już w 1899 roku., po czym nastąpił prawdziwy rozkwit tej gałęzi sztuki. Tylko w roku 1924, powstało 900 filmów. Ciekawostka, Japonia znana z filmów anime przodowała również w dziedzinie animacji. Pomiędzy 1905 a 1907 rokiem powstał krótki film animowany, przedstawia on chłopca zdejmującego czapkę z głowy. Nie będę się tutaj rozwodził na temat dość fascynującej historii kina japońskiego. Zainteresowanych odsyłam do serii artykułów Rafała Pawłowskiego. Przejdę od razu do arcydzieł, a właściwie do arcydzieła, jakim bez wątpienia jest film „Harkiri” w reżyserii Masaki Kobayashiego, z 1962 r.


Akcja filmu toczy się w Japonii, w XVII wieku. Na dwór jednego z bardziej szacownych rodów przybywa ubogi ronin prosząc o pozwolenie popełnienia rytualnego samobójstwa. Jest podejrzewany o to, że chce w ten sposób wyłudzić jałmużnę, dlatego opowiedziano mu historię innego samuraja, który jak on, kilka miesięcy temu przybył z podobną prośbą... Więcej nie opowiem, bo musiałbym zbyt dużo zdradzić. „Harakiri” to wspaniale opowiedziana historia o wartości honoru i życia. O przyjaźni i zemście. Film został nakręcony prawie 50 lat temu, ale upływ czasu nie wyrządził mu żadnej krzywdy. Trwa przeszło dwie godziny, ale fabuła jest tak wciągająca, że czas przestaje się liczyć. Film ten najlepiej świadczy o tym, że warto poszukiwać, bo prawdziwe skarby mogą być głęboko ukryte, lecz kiedy uda nam się do nich dotrzeć, wówczas czeka nas nieopisana przyjemność.


Badminton

aruart

Do największych odkryć kończącego się lata, należeć będzie badminton. Kilkakrotnie moja ukochana namawiała mnie na kupno kompletu rakietek i lotek, lecz ja za każdym razem odpowiadałem „Nie”. I jak to najczęściej bywa, kiedy bardzo się przy czymś upieram, racja była po stronie Basi.. Musiałem się przekonać jaka to frajda podczas wizyty u znajomych (pozdrawiam Krzyśka i Lucynę), żeby już bez wahania nabyć potrzebny sprzęt.

Badminton to wyjątkowo tania gra, za rakietki i komplet lotek zapłaciłem niecałe 20 złotych. Jak się okazuje, to bardzo stara gra. W różnej formie występowała ona już od kilku tysięcy lat, o czym świadczą rysunki pochodzące z Chin oraz Ameryki prekolumbijskiej. Dla mnie gra ta, kojarzy się przede wszystkim ze szkołą podstawową i koloniami. To w tym okresie, zwłaszcza latem spędzało się godziny na odbijanie lotki. Istniały przeróżne sposoby na to by lotka zyskała odpowiednią ciężkość. Nie jedna zresztą kończyła później na drzewie, lub jakimś dachu.

Szkoda, że jestem taki uparty i tak późno dałem się przekonać do zakupu badmintonowego sprzętu. Od połowy sierpnia większość wieczorów spędziliśmy na grze, a i teraz, zdarza się nam chwycić za rakietki, by odreagować po pracy. Muszę przyznać, że to naprawdę świetna zabawa. Trzeba się trochę poruszać, więc można mówić o aktywnym wypoczynku. No i najważniejsze, można się porządnie pośmiać. Zwłaszcza kiedy lotka dziwnym trafem poleci w zupełnie innym kierunku, niż ten, w którym zamierzaliśmy ją posłać. Albo, kiedy nie odbierze się pewniaka, bo uderzyliśmy o ułamek sekundy za szybko. Gorąco polecam wszystkim ten sposób spędzania wolnego czasu.

Komiksowe inspiracje

aruart

Podczas ostatnich wakacji ponownie zafascynowałem się komiksem. Opowieści obrazkowe mają ogromną siłę, a co najważniejsze, nie są to tylko historie o super bohaterach, chociaż przyznać muszę, że i te lubię. Komiks stał się środkiem wyrazu, który pozwala twórcą dokonanie wizualizacji pewnych wydarzeń, problemów, a nawet idei. Najlepszym przykładem jest „Sandman”, komiks, który jest prawdziwym arcydziełem. Rozprawia się z kulturą świata zachodniego, sięga do tematów egzystencjalnych, trąci herezją. Kiedy uporam się z całą serią napiszę o nim coś więcej.

Coraz częściej, po komiksy sięgają twórcy filmowi. Są to często ekranizacje bardzo udane, najlepiej o tym świadczy mój ulubiony „Watchmen”. Podobnie jest z francuskim filmem „Largo Winch”. Autorem komiksowego pierwowzoru jest Jean Van Hamme, znany jako twórca kultowego „Thorgala”. Jak dotąd nie miałem okazji czytać komiksu, więc mogę wypowiedzieć się jedynie na temat filmu, który właśnie obejrzałem. Muszę przyznać, że robi wrażenie (jak rzadko która rozrywkowa produkcja z Francji). Świetnie zrealizowany, od samego początku, aż do liter końcowych nie pozwala się nudzić. Reklamowany jest jako mieszanka Bonda z Bornem, chociaż poza tym, że są to nieco fantazyjne filmy akcji, niewiele je łączy. No, może główny bohater, jest nieco podobny do Borna, również dużo biega i poszukuje śladów swojej przeszłości. Odnaleźć tu możemy wszystko, czego oczekujemy od filmu sensacyjnego, pościgi, strzelaninę, intrygi. W tym filmie dobry okazuje się czarnym charakterem, a zły chce się stać dobrym. Do tego jeszcze wspaniałe zdjęcia i przebój gotowy. I najważniejsza rzecz, nie jest to kolejny film o niczym. W fabułę wpleciono poważne tematy, poszukiwania tożsamości, konfliktu międzypokoleniowego, moralności i żądzy władzy. I jeśli ktoś miałby dylemat idąc do kina, „Largo Winch” czy „Bękarty wojny”, niech od razu zapomni o tym drugim, a na pewno nie będzie żałował.

Muszę teraz zdobyć komiksowy pierwowzór, bo już tylko nazwisko autora gwarantuje ciekawą rzecz. Zawsze też dobrze jest porównać, ekranizację z oryginałem.


Wojna wg Tarantino

aruart

Temat II wojny światowej, jest wciąż obecny w kinematografii. Wystarczy tutaj wspomnieć świetne obrazy "Sztandar chwały" i "Listy z Iwo Jimy" Clinta Eastwooda sprzed trzech lat. Korzystając z okrągłej rocznicy, z tym trudnym tematem postanowił się również zmierzyć Quentin Tarantino, w swoim najnowszym filmie "Bękarty wojny". Oczywiście, nie można się spodziewać, że Quentin stworzy film skłaniający do przemyśleń i refleksji. Dzieło głębokie i poruszające. Nie, przecież to Tarntino. To kolejna z jego brutalnych bajek, tym razem jednak scenerią jest nie amerykańska prowincja, a Francja podczas II wojny światowej. Film ten, ma być przede wszystkim rozrywką i jak to u Tarantino, pełną przemocy. Niewielki oddział składający się z żołnierzy amerykańsko – żydowskich, zostaje zrzucony na tereny okupowanej Francji gdzie sieją teror wśród okupantów, wyłapując i skalpując nazistów. "To maniacy masowych mordów, którzy nienawidzą Żydów i dlatego muszą zostać zniszczeni. Każdy sukinkot, w nazistowskim mundurku, który stanie nam na drodze pożegana się z żywotem." - taki cel misji przedstawia swojemu oddziałowy, porucznik Aldo Raine. Pomysł ciekawy, na tej bazie można zbudować niezłą fabułę. Czegoś jednak zabrakło. Trudno jest się przyczepić do Qeuntina pod względem warsztatowym. Świetne zdjęcie, reżyseria, bardzo dobra gra aktorska, zwłaszcza Christophera Waltza, wcielającego się w postać demonicznego pułkownika SS Hansa Landy. Jedynie dobór muzyki, z którego trafności słynie Tarantino, był nie najlepszy. Powinien powstać całkiem dobry obraz, jednak Tarantino stworzył po prostu nudny film. Trwa przeszło dwie i pół godziny, ale spokojnie możana było go upchnąć w 90 minut. Jest dużo, zbędnej gadaniny, najlepszym przykładem jest scena w tawernie, trwająca 20 minut, chociaż bez żadnej straty dla fabuły filmu, można by ją skrócić do 5 - 7 minut. Na szczęście wszystkie mankamenty, zwłaszcza nudę, wynagradza końcówka filmu. Właściwie, gdyby zostawić początek i zakończenie, jakoś zgrabnie je ze sobą łącząc, powstałby niezły film.

A tak przy okazji, znalazłem w sieci dosyć ciekawe zestawienie najgorszych fimów o II wojnie światowej.

"Żyć za wszelką cenę"

aruart

Jakiś czas temu pisałem o tym, jak potwornie nudnym miastem jest Opole. Są tutaj jednak rzeczy, właściwie instytucje, które zasługują na szczególną uwagę. Jedną z nich jest Teatr Eko Studio Andrzeja Czernika. Teatr, który już wielokrotnie podejmował niezwykłe i niebanalne działania. Tym razem mieliśmy okazję obejrzeć niezwykłe przedstawienie, „Żyć za wszelką cenę”. Powstała ona na podstawie wspomnień więźnia obozu jenieckiego, Łambinowice/Lamzdorf, Siergieja Woropajewa. To potworny obraz męki, jaką przeżywali więźniowie sowieccy w obozach jenieckich. Opuszczeni przez własne państwo, w którym uznani zostali za zdrajców, nieludzko traktowani przez Niemców. Zmuszani do ciężkiej pracy, często bez posiłków, śpiący w dołach wykopanych w ziemi, by w ten sposób ochronić się przed zimnem.

 

„Dwa lata jestem na terenie Niemiec.
Ile przeżyłem grozy i koszmaru,
A ile jeszcze przede mną...
Strasznie, życie złamane, sam okaleczony.
Przez dziesięć dni spania pod gołym niebem
Z zimna i wycieńczenia zmarła połowa z nas.

Głód! Głód! Głód!

Zjadłbym padlinę, paskudztwo, trawę...”

W przedstawieniu, w bardzo realistyczny sposób pokazano okropność wojny. Makabryczność scen, pogłębiało jeszcze to, że przedstawienie odbywało się na terenie obozu w Łambinowicach, w miejscu, w którym do tych zbrodni doszło. Przedstawienie bardzo sugestywne. Wojny nie skończyły się w 1945 r. i jak się okazuje, wciąż upodla się drugiego człowieka. Robią to nawet żołnierze krajów, które głoszą walkę o wolność i demokrację, dehumanizując wroga, wydobywając z siebie najgorsze instynkty.

© AruArt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci