Menu

AruArt

dziennik niecodzienny

Nieskończone wszechświaty.

aruart

A gdyby tak istniał nie jeden świat, tylko nieskończona ilość światów równoległych. W 1957 roku, Hugh Everett III obronił prace doktorską, w której tworzy rewolucyjną, kwantową teorię wielu świtów. W latach 50-tych, fizycy kwantowi zauważyli, że niewielkie obiekty (cząstki, atomy itd.) pozostają w tzw. superpozycji stanów kwantowych, czyli , że ich parametry przyjmują jednocześnie wszystkie dopuszczalne przez prawa fizyki wartości aż do chwili, gdy dokonujemy pomiaru. Wówczas przybierają jedną i przypadkową wartość. Według teorii Everetta każdy stan superpozycji jest tak samo realny, i każdy zdarza się w innym, równoległym wszechświecie. Każdy z nas składa się z atomów, więc w myśl tej teorii, istnieje niekończona ilość wersji nas samych w innych, równoległych wszechświatach. Czyli gdzieś tam istnieją inni ja, niektórzy mądrzejsi, inni zaś mniej bystrzy. Grubsi lub chudsi, wszelkie możliwe kombinacje. Pewnie kilka tysięcy moich odpowiedników pisze właśnie teraz wpis na swoim blogu, mniej lub bardziej podobny do tego.

Teoria Everetta nie została zbyt przychylnie przyjęta wśród fizyków kwantowych, co uniemożliwiło mu dalszą karierę naukową. Sam Hugh Everett III, to dość ciekawa osoba. Już jako dwunastolatek korespondował z Einsteinem. Kiedy kariera naukowa legła w gruzach, by uniknąć wcielenia do wojska i wysłania na wojną w Korei, rozpoczął pracę dla Pentagonu. Jako człowiek był osobą zimną, nie zwracająca uwagi na uczucia innych. O jego teorii przypomniano sobie dopiero na początku lat 70-tych, sam jednak już do niej nie powrócił.


Myślę, że koncepcja Everetta jest dosyć intrygująca. Nasze życie, nasz świat w nieskończonych wariantach, wszystko jest więc możliwe, nawet najbardziej niewiarygodna rzecz mogłaby się wydarzyć w którymś z bliźniaczych światów. Teoria ta jest świetną pożywką dla literatury i filmu s-f, czego przykładem może być serial „Sliders” czy książki z cyklu „Kroniki Amberu” Zelaznego. Nie wiem czy będzie to dla nas jakimś pocieszeniem, ale jeśli odniesiemy jakąś klęskę, coś nam się nie powiedzie, to na pewno istnieje chociaż jeden równoległy wszechświat, w którym nasze działanie zakończyło się sukcesem.

Jesienne impresje

aruart

I zaczęła się na dobre, tak przeze mnie znienawidzona, pora jesienno – zimowa. Dopadła mnie w tym tygodniu i zniewoliła. Pozbawiła sił. Nic, kompletnie nic nie było w stanie mnie wyrwać ze stanu odrętwienia. Nie potrafiłem skupić się na dłużej na żadnej rzeczy. Ani książka, ani film, nawet na gry nie mogły mnie zainteresować na dłużej. Kiedy zabierałem się za pisanie wychodziły mi tylko bezładne zdania, bez większego sensu. Zaczynam tęsknić za słońcem, brak mi zieleni. Coś wyssało ze mnie wszystkie siły. Jakoś ciężko mi wykrzesać chociaż odrobinę optymizmu. Mam nadzieję, że to tylko chwilowy spadek formy i powoli zacznę przyzwyczajać się do szarzyzny i zimna za oknem. Mój umysł znów ekspoloduje kolejnymi pomysłami, a i aura zacznie być nieco bardziej przyjazna pozwalając na zaczerpnięcie chociaż kilku życiodajnych promieni słonecznych i za nim się spostrzegę znów będzie wiosna i ponownie poczuję potężny przypływ życiodajnej siły.


Nowa Villa Diodati

aruart

W pobliżu szwajcarskiej miejscowości Cologny, nad samym Jeziorem Genewskim, znajduje się Villa Diodati. Miejsce to odegrało dość szczególną rolę w historii literatury. Z początkiem XIX stulecia przebywał tam lord Byron. Wraz z nim deszczowe lato 1916 roku w Villa Diodati spędzali Mary Shelley, Percy Shelley, John Polidori i kilka innych osób. By rozwiać nudę Byron zaproponował konkurs na najlepszą makabreskę. Rozpoczęły się dyskusje, na tematy fantastyczne, tak jak choćby to, czy elektryczność jest w stanie wskrzesić życie w martwych tkankach. Z samego pobytu w Villa Diodati nie pozostał żaden utwór literacki, ale dysputy, które wówczas miały miejsce musiały być dosyć inspirujące. Dwa lata po tym spotkaniu Mery Shelley publikuje dzieło pod tytułem „Frankenstein, czyli nowy Prometeusz”. W 1819 roku, inny gość Villi, John Polidori pisze opowiadanie „Wampir”, bez którego Stocker nigdy nie napisałby „Drakuli”.

A gdyby dzisiaj odizolować kilka osób by skłonić ich do stworzenia nowych dzieł, które będą inspiracją na kolejnych 200 lat. Na taki pomysł wpadł Chuck Palahniuk pisząc swoją powieść „Opętani”. Mamy tu odseparowane kilkanaście osób, które wciągu trzech miesięcy, mają stworzyć nowe arcydzieła, które odcisną piętno na współczesnej kulturze. Nie są to jednak zawodowi pisarze. Mamy tu przekrój amerykańskiego społeczeństwa, a każdy z bohaterów przeżył jakąś traumę. Każdy wnosi ze sobą jakąś straszliwą historię. Z założenia, to taki „Big Brather” z wyzszym motywem. Tylko jak się okazuje, zamknięci tam ludzie nie koniecznie o wyższych celach myślą. Dla nich liczy się tylko sława, sława, która przyniesie potężne zyski. I właśnie w tym momencie zaczyna się rzeźnia. Nie będę opisywał tego, co działo się w owej Nowej Villi Diodati, bo może ktoś po „Opętanych” zechce sięgnąć, więc nie będę psuł zabawy. Zacytuję tylko jeszcze autora, który tak uzasadnia napisanie tej książki:

Postanowiłem stworzyć nowy rodzaj horroru – opartego na rzeczywistym świecie. Bez nadprzyrodzonych potworów ani magii. To ma być książka, której nie będziecie chcieli trzymać przy łóżku. Książka, która stanie się zapadnią, bramą do najmroczniejszych miejsc. Do takich miejsc, do których tylko wy będziecie mogli wejść – sami – gdy ją otworzycie. Tylko książki mają tę moc.”

Myślę, że mu się to udało. Świat Palahniuka jest naprawdę zdrowo porąbany, tylko kiedy się zastanowić, jest on dziwnie podobny do tego, w którym żyjemy.


 

Bo w mieście jest wojna, wojna polsko - ruska

aruart

W końcu miałem okazję obejrzeć "Wojnę polsko - ruską". Dobrze pamiętam jaką sensację wywołała w 2002 roku książka 18 letniej wówczas Doroty Masłowskiej. Książka była naprawdę świetna i wszelkie nagrody, które zgarnęła młoda autorka, były jak najbardziej zasłużone. Myślę, że Masłowska swoimi późniejszymi dziełami udowodniła wszystkim, że "Wojna..." nie była przypadkiem, że ma dziewczyna wielki talent. Wspomnę tylko jeszcze, że plotka głosi, jakoby miała teraz napisać dramat na zlecenie Muzeum Powstania Warszawskiego.

Wracając jednak do filmu. Muszę przyznać, że trochę się go bałem. Obawa ta wiązała się z tym, że nie potrafiłem sobie wyobrazić ekranizacji książki, której najistotniejszą częścią jest język. Myślałem, że reżyser podobnie jak to zrobił Kubrick z "Mechaniczną pomarańczą" poruszy jedynie temat bezsensownej przemocy, pomijając bogatą resztę. Jak się okazało niepotrzebnie. Xawery Żóławski świetnie wywiązał się z podjętego zadania. "Wojna polsko - ruska" to z pewnością jeden z lepszych polskich filmów ostatnich lat, i jedna z najlepszych ekranizacji powieści jaką przyszło mi obejrzeć. Było w tym filmie coś z teatru telewizji, z drugiej zaś strony można dopatrzeć się w nim podobieństwa do klipu. Reżyserowi udało się zachować wszystko to, co stanowiło o sukcesie książkowego pierwowzoru. Język, którego możemy posłuchać w każdym autobusie, w którym znajdzie się grupa nastolatków. Właściwie jego parodia, luz połączony z wulgaryzmami, w którym znajdziemy pseudo intelektualne wstawki. Kilka niezłych rozwiązań, jak choćby to, w którym pisząca swoją książkę Masłowska dyktuje głównemu bohaterowi, Silnemu co ma mówić. Do tego jeszcze świetna gra Szyca, choć przyznać muszę, że wszyscy aktorzy dobrze poradzili sobie ze swoimi rolami, no może z pominięciem Masłowskiej, która w filmie jest narratorem, ale może właśnie tak jest najlepiej. I jeszcze jeden plus, realizacja. Ciekawe zdjęcia, kilka zaskakujących efektów, wartka akcja i co w polskich filmach stanowi rzadkość, całkiem dobry dźwięk, może to i dziwne, ale słychać dialogi wypowiadane przez aktorów. Kto nie miał okazji zobaczyć "Wojny polsko - ruskiej" w kinie niech sięgnie po DVD, bo naprawdę warto. Myślę, że reżyserowi udało się stworzyć nie tylko obraz współczesnego polskiego nastolatka. W pewnym momencie uświadamiamy sobie, że ten, na pozór wyimaginowany, chory świat istnieje naprawdę. No tak, ale to przecież niemożliwe, żeby rzeczywistość była aż tak surrealistyczna, by świat ludzi był aż tak antyludzki. Więc może nasz świat to tylko zły sen, koszmar, z którego wkrótce się przebudzimy. Wszystko wskazuje jednak na to, że albo to wszystko dzieje się na serio, albo zapadliśmy w śpiączkę.

I na koniec fragment dedykowany mojej żonie - jej ulubienica, Natasza Blokus, dziewczyna naprawdę wymiata :)


Muzeum? Nuda!

aruart

Ostatnich kilka dni spędziłem w Krakowie. Była to podróż służbowa - wycieczka szkolna z moimi dzieciakami. Z tego typu wyprawami zawsze związane jest zwiedzanie muzeów. Dla mnie było to dość męczące, a co dopiero ma powiedzieć osiemnastolatek, który wychował się na mediach elektronicznych.

NUDA, NUDA i jeszcze raz NUDA!!!

Zakurzone eksponaty w brudnych gablotach. Oderwane fragmenty dawnej rzeczywistości, pozbawione jakiegokolwiek kontekstu. Tu grecka waza, obok fragment rzymskiej rzeźby, a nieco dalej mumia kota. Brakuje jednak opowieści. To tylko leżące zupełnie bez sensu przedmioty. A spróbuj tylko podejść zbyt blisko, zaraz osoba pilnująca danej sali zrobi ci awanturę. Trochę współczuję tym paniom. Wykonują jedno z najnudniejszych zajęć na ziemi. Muszą przez cały dzień sterczeć w sali wystawowej i pilnować zgromadzonych tam dóbr. Chyba bym oszalał. Ciekawe czy istnieje jakaś rotacja sal, bo stać ciągle w jednej, przez kolejnych 20 – 30 lat, byłoby prawdziwą torturą. Czy jedynym celem istnienia muzeów jest przechowywanie starych rzeczy? To po co w ogóle je wystawiać? Można by je załadować do skrzynek, a wówczas wszystko zmieściłoby się w jednym miejscu. Pozostałe budynki, które znajdują się najczęściej w najatrakcyjniejszych częściach miasta można by było sprzedać ze sporym zyskiem. I tylko Muzeum Powstania Warszawskiego odstaje o całe lata świetlne od innych polskich muzeów. Tam każdy przedmiot ma nam coś do powiedzenia. Zaangażowanie przewodników, sprawia, że możemy wczuć się w dramat powstańców. Nic dziwnego, że rezerwacji do tego muzeum trzeba dokonywać na kilka miesięcy do przodu. Pozostałe będą świecić pustkami, czekając, aż jakiś nauczyciel przyprowadzi kolejną znudzoną grupę uczniów, która już po kilku godzinach, nie będzie mogła sobie przypomnieć, co takiego zwiedzała.

A teraz, coś z zupełnie innej beczki...

aruart

„Witajcie ponownie. Zapraszamy na nasz program. Dziś dalszy ciąg przeglądu słynnych, historycznych śmierci. Na początek cudowna śmierć Dżingis Chana , zdobywcy Indii. Strzelaj w kalendarz Dżingis.

Masz pecha Dżingis ale miło, że wystąpiłeś. A oto wyniki.

Mamy dotychczasowe wyniki. Na pierwszym miejscu święty Szczepan i jego ukamienowanie. Potem król Ryszard III na polu pod Bosworth. Kapitalna śmierć. Następnie prześliczna Joanna d'Arc, dalej Marat w wannie, a potem w sztuce najlepszy kumpel Charlotty. Dalej Abraham Lincoln ze Stanów Zjednoczonych. Na miejscu szóstym Czingis Chan. I na końcu listy król Edward VII. Ponownie łączymy się z Wolfgangiem. Dziękuję. „

...a teraz

coś

z zupełnie

innej beczki...

Mija już 40 lat od kiedy to w brytyjskiej telewizji BBC ze swoim programem pojawili się panowie Graham Chapman, John Cleese, Eric Idle , Terry Jones, Michael Palin oraz Terry Gilliam, wraz ze swoim autorskim programem pt. „Latający Cyrk Monty Pythona”. To była prawdziwa rewolucja. Dzieło wręcz genialne. I pomimo że owi panowie nie mieli zamiaru poruszać tematów politycznych, doskonale ukazali (wyśmiali) społeczeństwo brytyjskie przełomu lat 60-tych i 70-tych. Od Pythonów dostawał każdy. Wyśmiewali wszelkie świętości i autorytety, obrywało się wojskowym, księżom, nauczycielom, mleczarzom, sprzedawcom w sklepach zoologicznych, królowej. Prześmiewczo podchodzili do dziejów Imperium Brytyjskiego, jak i do historii w ogóle. Ostro krytykowali ówczesne media. O ironio, chociaż byli wrogo nastawieni wobec popkultury, z czasem sami stali się jej ikoną. Po nich rozrywka już nigdy nie wyglądała tak samo. I za to należy się im ogromny szacunek. Za to i za mistrzostwo w posługiwaniu się absurdem. A... i za niezwykłe animacje Terrego Gilliama, któremu jako jedynemu spośród Pythonów, udało się w późniejszym czasie stworzyć coś wielkiego. I trochę żal, że dzisiaj brak godnych następców panów z „Latającego Cyrku”. Aż trudno uwierzyć, 40 lat, a nadal śmieszy. 40 lat i nie ma się dosyć, 40 lat i wciąż inspirują.

„Niektórzy urodzili się normalni, inni stali się normalni z biegiem lat. Od ludzi takich jak państwo czy ja, którym to szajba kompletnie odbiła, zależy czy tym biedakom uda się przezwyciężyć ich stan. Możemy zacząć od drobiazgów takich jak wytrzeszczanie oczu lub popiskiwanie. Potem możemy połowę ciała pomalować na czerwono, a drugą połowę na zielono i zacząć skakać w miednicy pełnej melasy.”


Polecam stronkę poświęconą „Latającemu Cyrkowi”, można tam znaleźć wiele ciekawych informacji na temat grupy, oraz część spośród Pythonowskich skeczów.


Inteligentne science fiction

aruart

Science fiction w kinie to nie tylko prosta, bezmyślna rozrywka w stylu „Transformersów”. Science fiction to również, albo nawet przede wszystkim, sposób na zadanie sobie ważnych pytań dotyczących rozwoju naszej cywilizacji. Poprzez science fiction, można również opowiadać o najważniejszych, problemach współczesności, o których w sposób bezpośredni trudno jest nam mówić. Tak było w przeszłości i jak się okazuje, tak jest i dziś. I oby tak było w przyszłości. Dowodem, że można tworzyć ambitne kino science fiction , jest film „Dystrykt 9”. Na ziemię, w pobliże Johannesburga przybywają kosmici. Ludzie wyznaczają im specjalną dzielnicę, która wkrótce zaczyna przypominać slamsy, dokładnie takie, jakie dziś możemy znaleźć w pobliżu wielkich miast Afryki czy Ameryki Łacińskiej. Ludzie nie rozumieją obcych, brzydzą się ich wyglądu, eksperymentują na nich, chcą zdobyć broń, którą tamci dysponują. Najbardziej przerażający w tym filmie jest realizm. Całość została zrealizowana w konwencji paradokumentu. Są wywiady ze świadkami opisywanych wydarzeń, reporterska kamera wkracza do dzielnicy obcych wraz z oddziałami, które mają za zadanie dokonać przesiedlenia obcych. Zdjęcie przypominają te, które znamy z Iraku, czy Afganistanu, kiedy to Amerykańscy żołnierze przeszukują chaty tamtejszej biedoty w poszukiwaniu terrorystów i broni. Realizm jest wręcz porażający. Myślę, że tak właśnie wyglądałoby spotkanie z pozaziemską cywilizacją, gdyby ta okazała swoją słabość. Dokładnie w taki sam sposób traktujemy przedstawicieli własnego gatunku, więc nie mielibyśmy żadnych oporów w stosunku do obcych.


Nagły atak zimy

aruart

Wczoraj, nasz piękny kraj został całkowicie zaskoczony przez zimę, która o tej porze roku raczej się nie zdarza. Zaskoczeni zostali drogowcy, energetycy, którym tym razem można wybaczyć brak przygotowania. Jeszcze tydzień temu mieliśmy pogodę jakby to było późne lato, lub wczesna jesień, a tu bez ostrzeżenia, śnieg, wichury, mróz. U nas (Opole), nie jest najgorzej. Głównie pada deszcz, czasem tylko zmienia się w deszcz ze śniegiem. Tylko ten przeraźliwie mroźny wiatr. Kiedy termometry wskazywały jakieś 2 stopnie w plusie, temperatura odczuwalna wynosiła zaledwie minus dziesięć. Wystarczyła chwila spędzona poza domem, by się przeziębić. Kiedy jednak widzę w sieci, co dzieje się w Małopolsce, w górach czy na Wybrzeżu to zaczynam doceniać listopadową aurę za oknem.

Wraz z pogorszeniem się pogody, nastąpiło pogorszenie nastroju. Mam totalny zjazd samopoczucia. Czuję się całkowicie pozbawiony sił. Kompletnie nic mi się nie chce, na niczym nie potrafię się skupić. Nie wróży to zbyt dobrze na najbliższe miesiące. Niewielką nadzieję rodzą tylko prognozy, które informują, że już w przyszłym tygodniu ma nastąpić ocieplenie i powrót „złotej jesieni”. Oby tylko się sprawdziły.


Nobel alternatywny.

aruart

W ostatnich dniach fascynowaliśmy się kolejnymi Nagrodami Nobla. Niektóre nic nam nie mówiły, inne, jak pokojowa przyznana obecnemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych (zupełnie za nic), wzbudziły sporo kontrowersji. Niestety, znacznie mniejszym zainteresowaniem cieszyły się tak zwane „alternatywne Noble” czyli Right Livelihood Award, nagroda ufundowana po raz pierwszy w 1980 roku, przez szwedzkiego pisarza Jakoba von Uexküll. Nagroda przyznawana co roku czterem osobom lub instytucjom "pracującym nad praktycznymi i godnymi naśladowania rozwiązaniami najbardziej pilnych wyzwań, przed którymi staje dzisiaj świat". W tym roku otrzymali ją Kongijczyk Rene Ngongo za kilkunastoletnią walkę przeciwko dewastacji lasów tropikalnych i budowanie politycznego poparcia dla ich zachowania i prawidłowego wykorzystania. Nowozelandka Alyn Were za działalność przeciwko rozprzestrzenianiu broni jądrowej i za starania o zawarcie globalnej konwencji antyatomowej. Pracującą w Etiopii od 50 lat Australijkę Katherine Halin będącą lekarzem położnikiem, nagrodzono za wysiłki mające poprawić w Afryce warunki sanitarne dla rodzących kobiet. Każdy z laureatów otrzyma wraz z dyplomem nagrodę w wysokości 50 tysięcy euro. Natomiast David Suzuki, kanadyjski genetyk i działacz ekologiczny za upowszechnienie wiedzy na temat zmian klimatycznych na naszej planecie, otrzymał nagrodę honorową, czyli nie związaną z gratyfikacją pieniężną. Wcześniej nagrodą tą wyróżniano m.in. organizację Memoriał, za odwagę w szerzeniu prawdy historycznej, Komitet Matek Żołnierzy Rosji za zwrócenie uwagi na warunki w rosyjskich siłach zbrojnych oraz działania na rzecz zakończenia wojny w Czeczenii, Astrid Lindgren za uświadomienie praw dzieci i szacunku dla ich indywidualności, czyli są to osoby i instytucje, które w przeciwieństwie, do tych nagradzanych prawdziwym Noblem, poświęcają swoje życie na ulepszanie świata. Szkoda tylko, że tak mało mówi się o tej nagrodzie, bo na pewno inicjatywa, a zwłaszcza sprawy, którymi zajmują się laureaci owej nagrody, zasługują na szeroki rozgłos.

Jak już jestem przy Noblach alternatywnych, to należałoby wspomnieć jeszcze o tzw. Antynoblach czyli Nagrodzie Ig Nobla wręczanej na Uniwersytecie Harwarda, przez komisję w skład której wchodzą autentyczni laureaci nobliści. Nagrodą Antynobla wyróżniane są prace naukowe które „najpierw śmieszą, a później skłaniają do myślenia”. W tym roku nagrodę przyznano brytyjskim naukowcom, którzy udowodnili, że krowy posiadające imiona dają więcej mleka od bezimiennych. Wśród laureatów znalazł się też amerykański naukowiec, który analizował dlaczego niektórzy noszą czapeczki daszkiem do przodu, a inni daszkiem do tyłu. Najciekawszy był jednak akcent polski, czyli nagroda literacka przyznana irlandzkiej Policji za wypisanie ponad 50 mandatów dla pirata drogowego o nazwisku Prawo Jazdy. Nie wiem na ile idiotyzmy zasługują na wyróżnianie, ale jak poczyta się o głupotach, nad którymi potrafią pracować poważni naukowcy, marnując czas i ogromne środki finansowe, przysłowiowy nóż otwiera się w kieszeni.

Internet morderca?

aruart

Serfując po sieci natknąłem się na artykuł o dość ciekawym tytule „Internet zabija”. Nie dotyczy on śmiertelnych ofiar internetu, lecz zmian jakie w naszym życiu wprowadził internet. Zmian w wyniku których przekształceniu ulegają nasze przyzwyczajenia, a niektóre firmy i wynalazki przestają istnieć. Jako pierwsze ofiary internetu autor wymienia fax i listy. Szczerze mówiąc nie pamiętam kiedy ostatnio wysyłałem tradycyjny list. Listy miały w sobie pewną tajemniczość. Chwila kiedy otwieramy kopertę, a później zagłębiamy się w treść. Cudowne, niezapomniane uczucie, zwłaszcza, jeśli był to list, na który długo czekaliśmy. Wygoda i szybkość, jaką oferują maile pokonały, pisany odręcznie list. Teraz w swojej skrzynce pocztowej możemy jedynie odnaleźć rachunki i foldery reklamowe. Trochę żal listów, ale do ich pisania, nic mnie chyba już nie zmusi. Kolejna ofiarą, ma być czytelnictwo, i nie chodzi tutaj o samo czytanie, ale o sposób zapoznawania się z tekstem. Osoby korzystające z internetu coraz częściej czytają tylko nagłówki, w ogóle nie wgłębiając się w treść. Przynajmniej na razie nie dotyczy to mojej osoby. Owszem, przeszukując sieć śledzę nagłówki, ale jeśli coś mnie zaciekawi, to wówczas czytam cały artykuł. Jak dla mnie sama informacja, to zbyt mało. Chcę wiedzieć, co? dlaczego? kto? i po co? Mój głód informacji bywa czasem wręcz nienasycony i jeśli trafię na coś naprawdę interesującego, zmusza mnie to do tego, by zacząć drążyć temat. Niestety tacy jak ja wśród internautów są w mniejszości. Ja wychowałem się na prasie drukowanej, w której pojawiały się obszerne artykuły, których autorzy starali się dokładnie opracować temat. Pokolenie wychowane tylko na internecie, w zupełnie inny sposób korzysta z informacji. Szkoda tylko, że stanowią oni większość, bo to może stać się przyczyną tego, że właśnie pod nich zaczną zmieniać się portale. Następna ofiara, to prasa. W ostatnich kilku latach gwałtownie spada nakład kolejny tytułów prasowych. Sam już w ogóle nie korzystam z prasy drukowanej. I chociaż niemal każdy dzień zaczynam od prasówki, robię to poprzez sieć. Dzięki temu jednak czytam znacznie więc, no i ważna informacje docierają do mnie znacznie szybciej. Mam nadzieję, że portalom poszczególnych tytułów, uda się na stałe zakorzenić w sieci, bo artykuły prasowe odgrywają ważną rolę, trudno gdzie indziej znaleźć tak wyczerpujące informacje, z dodanym komentarzem, tych, którzy się na rzeczy znają. Dzisiejszym gazetom, by mogły przetrwać nie pozostaje nic innego jak twardo walczyć o trwałe miejsce w internecie. Czwarta ofiara, to dość interesująca rzecz, aplikacje i oprogramowanie, do ich tworzenia. Już dziś można tworzyć i edytować teksty bez użycia specjalistycznych programów, robiąc to w sieci. Google pracuje zaś nad wirtualnym systemem operacyjnym, opartym na Linuksie. Ten OS miałby przede wszystkim służyć do korzystania z internetu z komputerów o niewielkich parametrach. Myślę, że pomysł iście genialny. Dzięki takiemu systemowi i sieci WiFi, można by przy pomocy niewielkiego komputerka mieć ciągły kontakt ze światem. Ofiara piąta, nośniki. Kto jeszcze pamięta dyskietki. Czasem szukając czegoś natknę się jeszcze na jakąś zagubioną 3,5 calową dyskietkę, z którą i tak nie miałbym co zrobić, bo mój komputer nie posiada odpowiedniego czytnika. Zresztą, co można by na niej zmieścić, przy pojemności 1,44 MB. Coraz częściej też korzystam ze skrzynki pocztowej, by przenieść potrzebne mi dane. Jest to wygodne, bo nie trzeba nic ze sobą nosić,a do tego mam wówczas łatwy dostęp do interesujących mnie plików. Ofiara nr 6, sama sobie zasłużyła na śmierć. To okienko w banku. Ile to czasu straciłem stojąc w kolejce do tego okienka. Dzisiaj siadam przed komputerem i szybko mogę dokonać przelewu, sprawdzić czy wpłynęła wypłata, dokonać opłat, bez czyjegokolwiek pośrednictwa. Mam nadzieję, że ofiarą internetu, wraz z rozwojem szybkości łącz padnie także telewizja. Dzisiejsze kanały telewizyjne są nudne, oferują ogłupiające programy rozrywkowe, a jeśli znajdzie się tam coś interesującego, to i tak zbyt późno, by móc to obejrzeć. Ktoś za mnie decyduje, co i kiedy mam oglądać. Mam nadzieję, że już wkrótce pojawi się nowy typ telewizji internetowej, gdzie użytkownik sam wybiera, z dostępnej oferty, co i kiedy chce obejrzeć.

Jak jeszcze zmieni się nasze życie dzięki internetowi? Trudno jest to przewidzieć. Mam tylko nadzieję, że będzie łatwiejsze. Rozliczanie pitów i inne sprawy urzędowe, załatwiane we własnym domu, może głosowanie przez internet. Szybszy rozwój społeczeństwa obywatelskiego? Cokolwiek byśmy gdybali i tak przyszłość potoczy się swoim własnym torem.

Jesień?

aruart

W ostatni wtorek 22 września o godzinie 23:18, Słońce znalazło się w punkcie równonocy i weszło w znak wagi. Tego wieczoru rozpoczęła się astronomiczna jesień. Muszę przyznać ,że początek, nowa pora roku miała całkiem niezły. Cały wrzesień był bardzo ciepły i wciąż mam wrażenie, że nadal mamy lato. Drzewa zaczynają zmieniać kolory, ale nadal dominuje zieleń. Ostatni weekend był wyjątkowo piękny. Temperatura przekraczająca 20 stopni, bezchmurne, lazurowe niebo i delikatny wiaterek. Aż miło było wsiąść na rower i ruszyć w las. Żeby tylko taka pogoda mogła się utrzymać jak najdłużej. Zresztą jakby to ode mnie zależało, to idealne warunki klimatyczne, wyglądałyby w ten sposób:  podobna pogoda jak teraz utrzymywałaby się do grudnia, kiedy to w końcu drzewa pozbyłyby się reszty liści. Na jakieś dwa, może trzy tygodnie pomiędzy świętami, a końcem roku, spadłoby nieco śniegu, przez ten czas panowałby lekki mrozik W styczniu zaś rozpoczynałaby się wiosna, która trwałaby do czerwca. A później lato, ciepłe, słoneczne, z przelotnym deszczem. Tak wyglądać musiał Eden. Niestety, w życiu już tak jest, że jest jak jest i trzeba się cieszyć każdą słoneczną chwilą, ładować akumulatory, na zbliżające się kolejne pół roku, kiedy to będzie dominować pochmurne szare niebo, wiatr, czasami mróz i deszcz przeplatany śniegiem.

Koniec książki?

aruart

Co jakiś czas można usłyszeć biadolenie o końcu tradycyjnej, drukowanej książki. Brrr... już sama myśl o tym jest straszna. Czyżby nie miało być tego cudownego podniecenia, kiedy zakupimy książkę i pierwszy raz zaczynamy ją oglądać. Najpierw okładka, powoli otwieramy i po czym kartkujemy ją. Wspaniały, jedyny w swoim rodzaju zapach papieru i farby drukarskiej. Kiedy zaznajomimy nasz dotyk, wzrok i powonienie z nowym nabytkiem, przychodzi czas na lekturę. Najpierw pierwsze zdania, które powoli wprowadzają nas w inny świat, by po chwili, jak za sprawa teleportu, znaleźć się w tym nowym, innym świecie. Uczucie, którego nie dostarczy żaden film, nawet zrealizowany w technologii 3 D. Kiedy zaczynam czytać, świat realny przestaje istnieć. Wirtualna rzeczywistość istnieje. Jest nią własnie książka. Inne media to tylko namiastki, które nie są w stanie aż tak mocno oddziaływać na nasz umysł. Dlatego trudno jest mi przyjąć, że książek mogłoby nie być. W ostatnim czasie, dzięki przenośnym odtwarzaczom mp3, bardzo popularne stały się audiobooki. Problem tylko w tym, że nie potrafię skupić się na słuchaniu. Już po kilku minutach, mój umysł szuka jakiegoś innego zajęcia. Jestem wzrokowcem i niewiele wiem z przesłuchanej książki.

Na szczęście zapowiadany kres tradycyjnej książki, nie oznacza jeszcze końca słowa pisanego. E-booki, są całkiem ciekawym wynalazkiem. Coraz częściej powstają, bardzo bogate bazy książek w internecie, niech tylko wspomnę Polską Bibliotekę Internetową czy Wielkopolską Bibliotekę Cyfrową i jej pochodne. Jakoś nie mam problemów z czytaniem w komputerze. Oczywiście znika dodatkowa, „magiczna” otoczka, ale da się bez tego żyć. Z czasem może i do tego sposobu zapoznawania się z literaturą uda mi się dorobić jakąś filozofię: „Magiczny dźwięk powitalny windows xp wprowadza mnie w drżenie, kiedy czekam, aż mój komputer będzie gotowy, bym mógł rozpocząć kolejną literacka przygodę. Później jeszcze tylko chwila by otworzyć plik pdf. z najnowszą pozycją autorstwa X, na którą przyszło nam czekać przeszło trzy lata, i już błyszczy przede mną kolorowa strona wstępna, e-książki. Jeszcze tylko jedno kliknięcie, dzieli mnie od kolejnej, niezwykłej podróży, w głąb wyobraźni autora” - to, albo coś podobnego, w końcu trzeba sobie jakoś uprzyjemniać życie.

Nie mam żadnych oporów by sięgać po książkę elektroniczną. Daje ona zresztą szansę, na ewolucję samej powieści. Najlepszym przykładem jest tzw. powieść hipertekstowa. Do tej pory by móc przeczytać książkę, trzeba było trzymać się jej liniowości, czyli czytać od początku do końca. Zdarzały się czasem wyjątki, jak „Gra w klasy” Julio Cortázara, ale sama forma książki znacznie utrudniała takie eksperymenty. Książka hiperaktywna znosi te ograniczenia. Książce taka, która istnieje tylko w internecie, zawiera zwykły tekst, w którym co jakiś czas pojawiają się hiperteksty czyli linki, które rozwijają niektóre wątki, w nich z kolei mogą pojawić się kolejne hiperteksty. W ten sposób książka zaczyna być prawdziwym labiryntem, w którym to czytelnik zaczyna tworzyć kolejność fabuły. To prawdziwa powieściowa anarchia! Są już nawet dostępne specjalne programy do tworzenia hipertekstów. Kto wie, może i ja kiedyś się pokuszę na stworzenie hiperpowieści (wolno pomarzyć). Puki co, zostaje nam cieszyć się jedną z pierwszych polskich powieści hiperaktywnych. Jej autorem jest Sławek Shuty, co mnie akurat nie dziwi, wystarczy wspomnieć jego zinowski „Produkt polski”. W książce „Blok”, Shuty zabiera nas do z pozoru zwyczajnego, dziesięciopiętrowego bloku, zamieszkałego przez 30 rodzin. Możemy dowolnie wybrać którąkolwiek spośród mieszkańców, by zapoznać się z jego życiem, rodziną, dostając dosyć ciekawy obraz naszego społeczeństwa. Książka może nie jest porywająca, ale czytanie jej to dość ciekawe doświadczenie. Shuty przeciera szlaki i z czasem zaczną powstawać coraz ciekawsze pozycje, a wśród nich może się narodzić dzieło genialne. Już nie mogę się doczekać. Przykłady innych hipertekstów:

- AE - Roberta Szczerbowskiego

- Koniec świata wg Emeryka - Roberta Coovera

- Carlos - Jarosława Szatkiewicza

Książka elektroniczna posiada jeszcze jedną zaletę. Autor może pominąć pośredników i swobodnie poprzez sieć docierać do czytelników. Nie potrzebne stają się wydawnictwa, literatura będzie wreszcie wolna. Ale to dość odległa przyszłość.

Można dyskutować, czy książka tradycyjna umrze, czy też nie. A jeśli tak, czy to źle. Czy nowe formy będą w stanie ją zastąpić? Najważniejsze jednak jest to, żeby ludzie w ogóle odczuwali potrzebę czytania, bo bez tego książka przestanie istnieć, bez względu na to jaką postać przyjmie.


Ostatnia rewolucja w muzyce

aruart

Był rok 1991. Grupa Pearl Jam właśnie wydała jeden z najgenialniejszych albumów w historii muzyki rockowej, „Ten”, we wszystkich stacjach radiowych królował zaś utwór Nirvany „Smells Like Teen Spirit”. Tak z podziemia muzycznego Seattle wypłynął grunge, ostatnia rewolucja muzyczna. To był ostatni okres, w którym świat muzyki został zdominowany przez rocka i to rocka alternatywnego. Charakterystyczny dla tej muzyki był bunt, agresja, ostre i brudne brzmienia. Wszechobecna była również chęć autodestrukcji wyrażana w tekstach. Z muzyką związany był także odpowiedni styl ubioru: sprane jeansy, flanelowe koszule, trampki lub martensy i wojskowa kurtka. Rewolucja trwała krótko i w roku 1995 można zauważyć powolne zanikanie kapel grających tę odmianę rocka. Jak się okazuje grunge nie umarł całkowicie. Właśnie ukazały się dwa albumy legend tego gatunku. Pearl Jam wydał płytę „Beckspacer”. Nie jest to tak powalający album jak te pierwsze, ale znajdziemy tam sporo niezłego, gitarowego grania, a odnoszę wrażenie, że dziś coraz trudniej jest usłyszeć taką muzykę. Płyta nie powala, ale całkiem dobrze się jej słucha.

Druga płyta, która się ostatnio pojawiła, to już prawdziwy powrót do stylu grunge. Alice In Chains po 14 latach, uraczył nas nową płytą („Black Gives Way To Blue”). I pomimo braku charakterystycznego głosu Layne'a Staleya, to od pierwszych dźwięków, nie ma wątpliwości, że jest to Alice In Chains. Dodać należy, że nowy wokalista całkiem dobrze sobie radzi. To bardzo miłe zaskoczenia, bo szczerze mówiąc nie spodziewałem się zbyt wiele dobrego, kiedy usłyszałem o nowej płycie Alicji. Muzyka nie jest może odkrywcza, ale ma to coś, co w rocku najważniejsze, tę drapieżność, która zostawia długotrwałe blizny na duszy. Strasznie mi tego brakuje w muzyce, którą możemy na co dzień usłyszeć w radiu.

Czarna Wołga i inne opowieści

aruart

W grotowickim lesie (las w pobliżu dzielnicy Opole – Grotowice), znajduje się tajemnicza mogiła. Czas zatarł napis wyryty na kamieniu, można się jednak domyśleć, że wypisano tam czyjeś imię i nazwisko. Za to dobrze widoczna jest data 1881 – 1904. Przez lata palono tam znicze, co jakiś czas ktoś kład przy kamieniu kwiaty. Kiedyś nawet znalazłem tam wyrzeźbione z brzozy „świeczki”. Kiedy się tam ostatnio wybrałem, inskrypcja na kamieniu została odnowiona, a w pobliżu ustawiono tablicę, na której napis w języku polskim, angielskim i niemieckim głosi:

„ Pomnik upamiętniający wybitnego leśnika niemieckiego Hugo von Ehrensteina, nadleśniczego pruskich lasów państwowych. Hugo von Ehrensteina w latach 1881 – 1904 pełnił obowiązki nadleśniczego Nadleśnictwa Grudzice (obecnie Nadleśnictwo Opole). (...)

Czas zatarł nie tylko napis na kamieniu, ale również w ludzkiej pamięci. Powszechnie błędnie uważano, iż głaz postawiono w miejscu tragicznej śmierci leśnika, który zginął z ręki kłusownika. (...)”

Przekonanie, że miejsce to związane jest z odległą tragedią było niezwykle silne. Ja sam taką informację otrzymałem od leśnika, który tam pracował. Jak się okazuje, pamięć ludzka jest bardzo zawodna, ale za to wyobraźnia niczym nie ograniczona. Skoro nikt nie pamiętał, dlaczego w środku lasu postawiono wspominany głaz, ktoś na podstawie tajemniczych dat stworzył własną wersję, o podstępnie zamordowanym, młodym leśniczym, która została przyjęta jako oficjalna. Powstawanie tego typu legend uzupełniających pewne braki w ludzkiej wiedzy jest dość ciekawe. Skąd się biorą, kto jest ich autorem? Zazwyczaj nie jesteśmy w stanie tego stwierdzić. Chyba najciekawszym rodzajem tego typu legend, są tak zwane legendy miejskie. Najsłynniejszą polską legendą tego typu, były krążące w czasach PRL opowieści o czarnych wołgach, jeżdżących po ulicach polskich miast i porywających ludzi. Co ciekawe, ta legenda żyje do dzisiaj, tylko, że wołga zamieniła się w BMW z zaciemnionymi szybami. Wspólnym mianownikiem tego typu opowieści, jest ich anonimowość, są zazwyczaj dość prawdopodobne i dotyczą ważnych spraw w życiu człowieka i mają sensacyjny wydźwięk. Dzięki internetowi i telefonom komórkowym, miejskie legendy dosyć szybko się rozpowszechniają i często trudno jest sprawdzić ich autentyczność. Zjawisko legend miejskich jest szczególnie rozpowszechnione w Stanach i na Wyspach Brytyjskich. U nas jest ich znacznie mniej, chociaż być może lokalnie pojawia się częściej. Jak słynna opowieść z Opola, kiedy to rzekomo w jednym z centrów handlowych nieznani mężczyźni porwali dziewczynkę i dla niepoznaki ogolili ją na łyso oraz przebrali w jakieś łachmany, żeby łatwiej ją wyprowadzić ze sklepu. Kierownictwo, poinformowane przez przerażonych rodziców, nakazało zamknięcie centrum i poszukiwania dziewczynki. Jak się okazało, sytuacja, w której zarządzający sklepem zdecydowało się zamknąć kilkaset osób, nigdy nie miała miejsca. Kto wie, lokalnie podobnych opowieści może pojawiać się znacznie więcej.

Kilka ciekawych legend:

  1. Amerykańskie małżeństwo w piwnicy niedawno kupionego domu, znajduje kilka beczek z winem. Uradowani z niezwykłego spadku po poprzednich właścicielach, zaczynają kosztować zawartość jednej z beczek. Dosyć szybko beczka została opróżniona, choć jej ciężar nadal pozostawał znaczny. Po rozpiłowaniu beczki, która miała posłużyć jako doniczka na kwiaty okazało się, że znajdują się w niej zwłoki mężczyzny. - jest to jedna z najstarszych legend miejskich, funkcjonujących w Stanach w przeróżnych konfiguracjach.

  2. Panna młoda postanawia udać się na solarium by nieco się opalić przed planowanym ślubem. Niezadowolona z efektu, naświetla się kilkakrotnie. Wkrótce po powrocie do domu umiera. Sekcja zwłok wykazuje, że jej wnętrzności w wyniku kolejnych prób opalenia się po prostu się ugotowały, a skórę przed spaleniem ochroniła ogromna ilość kremów do opalania.

  3. Po atakach z 11 września coraz częściej zaczęły pojawiać się opowieści o skruszonych terrorystach, którzy ostrzegają przed kolejnymi zamachami. Jedną z popularniejszych była opowieść o Afgańczyku, narzeczonym pewnej Amerykanki, który ostrzegł ukochaną, by pod żadnym pozorem 11 września nie korzystała z transportu lotniczego, oraz zrezygnował z wszelkich zakupów w centrach handlowych w dniu 31 października. Opowieść ta pojawiła się niedługo po atakach na WTC i wywołała w końcu października 2001 r, prawdziwą panikę.

  4. Znacznie więcej podobnych opowieści, często przynajmniej z pozoru bardzo prawdziwych znaleźć można na stronce.

I można wierzyć bądź nie w krokodyle żyjące w kanałach Nowego Jorku, które wyrosły ze spuszczanych w toalecie, przez hodowców – amatorów, małych gadów, ale ja na własne oczy widziałem żółwia pływającego w dawnej fosie, na wrocławskim Podwalu.

Czarna Wołga

 

© AruArt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci