Menu

AruArt

dziennik niecodzienny

Badminton

aruart

Do największych odkryć kończącego się lata, należeć będzie badminton. Kilkakrotnie moja ukochana namawiała mnie na kupno kompletu rakietek i lotek, lecz ja za każdym razem odpowiadałem „Nie”. I jak to najczęściej bywa, kiedy bardzo się przy czymś upieram, racja była po stronie Basi.. Musiałem się przekonać jaka to frajda podczas wizyty u znajomych (pozdrawiam Krzyśka i Lucynę), żeby już bez wahania nabyć potrzebny sprzęt.

Badminton to wyjątkowo tania gra, za rakietki i komplet lotek zapłaciłem niecałe 20 złotych. Jak się okazuje, to bardzo stara gra. W różnej formie występowała ona już od kilku tysięcy lat, o czym świadczą rysunki pochodzące z Chin oraz Ameryki prekolumbijskiej. Dla mnie gra ta, kojarzy się przede wszystkim ze szkołą podstawową i koloniami. To w tym okresie, zwłaszcza latem spędzało się godziny na odbijanie lotki. Istniały przeróżne sposoby na to by lotka zyskała odpowiednią ciężkość. Nie jedna zresztą kończyła później na drzewie, lub jakimś dachu.

Szkoda, że jestem taki uparty i tak późno dałem się przekonać do zakupu badmintonowego sprzętu. Od połowy sierpnia większość wieczorów spędziliśmy na grze, a i teraz, zdarza się nam chwycić za rakietki, by odreagować po pracy. Muszę przyznać, że to naprawdę świetna zabawa. Trzeba się trochę poruszać, więc można mówić o aktywnym wypoczynku. No i najważniejsze, można się porządnie pośmiać. Zwłaszcza kiedy lotka dziwnym trafem poleci w zupełnie innym kierunku, niż ten, w którym zamierzaliśmy ją posłać. Albo, kiedy nie odbierze się pewniaka, bo uderzyliśmy o ułamek sekundy za szybko. Gorąco polecam wszystkim ten sposób spędzania wolnego czasu.

Komiksowe inspiracje

aruart

Podczas ostatnich wakacji ponownie zafascynowałem się komiksem. Opowieści obrazkowe mają ogromną siłę, a co najważniejsze, nie są to tylko historie o super bohaterach, chociaż przyznać muszę, że i te lubię. Komiks stał się środkiem wyrazu, który pozwala twórcą dokonanie wizualizacji pewnych wydarzeń, problemów, a nawet idei. Najlepszym przykładem jest „Sandman”, komiks, który jest prawdziwym arcydziełem. Rozprawia się z kulturą świata zachodniego, sięga do tematów egzystencjalnych, trąci herezją. Kiedy uporam się z całą serią napiszę o nim coś więcej.

Coraz częściej, po komiksy sięgają twórcy filmowi. Są to często ekranizacje bardzo udane, najlepiej o tym świadczy mój ulubiony „Watchmen”. Podobnie jest z francuskim filmem „Largo Winch”. Autorem komiksowego pierwowzoru jest Jean Van Hamme, znany jako twórca kultowego „Thorgala”. Jak dotąd nie miałem okazji czytać komiksu, więc mogę wypowiedzieć się jedynie na temat filmu, który właśnie obejrzałem. Muszę przyznać, że robi wrażenie (jak rzadko która rozrywkowa produkcja z Francji). Świetnie zrealizowany, od samego początku, aż do liter końcowych nie pozwala się nudzić. Reklamowany jest jako mieszanka Bonda z Bornem, chociaż poza tym, że są to nieco fantazyjne filmy akcji, niewiele je łączy. No, może główny bohater, jest nieco podobny do Borna, również dużo biega i poszukuje śladów swojej przeszłości. Odnaleźć tu możemy wszystko, czego oczekujemy od filmu sensacyjnego, pościgi, strzelaninę, intrygi. W tym filmie dobry okazuje się czarnym charakterem, a zły chce się stać dobrym. Do tego jeszcze wspaniałe zdjęcia i przebój gotowy. I najważniejsza rzecz, nie jest to kolejny film o niczym. W fabułę wpleciono poważne tematy, poszukiwania tożsamości, konfliktu międzypokoleniowego, moralności i żądzy władzy. I jeśli ktoś miałby dylemat idąc do kina, „Largo Winch” czy „Bękarty wojny”, niech od razu zapomni o tym drugim, a na pewno nie będzie żałował.

Muszę teraz zdobyć komiksowy pierwowzór, bo już tylko nazwisko autora gwarantuje ciekawą rzecz. Zawsze też dobrze jest porównać, ekranizację z oryginałem.


Wojna wg Tarantino

aruart

Temat II wojny światowej, jest wciąż obecny w kinematografii. Wystarczy tutaj wspomnieć świetne obrazy "Sztandar chwały" i "Listy z Iwo Jimy" Clinta Eastwooda sprzed trzech lat. Korzystając z okrągłej rocznicy, z tym trudnym tematem postanowił się również zmierzyć Quentin Tarantino, w swoim najnowszym filmie "Bękarty wojny". Oczywiście, nie można się spodziewać, że Quentin stworzy film skłaniający do przemyśleń i refleksji. Dzieło głębokie i poruszające. Nie, przecież to Tarntino. To kolejna z jego brutalnych bajek, tym razem jednak scenerią jest nie amerykańska prowincja, a Francja podczas II wojny światowej. Film ten, ma być przede wszystkim rozrywką i jak to u Tarantino, pełną przemocy. Niewielki oddział składający się z żołnierzy amerykańsko – żydowskich, zostaje zrzucony na tereny okupowanej Francji gdzie sieją teror wśród okupantów, wyłapując i skalpując nazistów. "To maniacy masowych mordów, którzy nienawidzą Żydów i dlatego muszą zostać zniszczeni. Każdy sukinkot, w nazistowskim mundurku, który stanie nam na drodze pożegana się z żywotem." - taki cel misji przedstawia swojemu oddziałowy, porucznik Aldo Raine. Pomysł ciekawy, na tej bazie można zbudować niezłą fabułę. Czegoś jednak zabrakło. Trudno jest się przyczepić do Qeuntina pod względem warsztatowym. Świetne zdjęcie, reżyseria, bardzo dobra gra aktorska, zwłaszcza Christophera Waltza, wcielającego się w postać demonicznego pułkownika SS Hansa Landy. Jedynie dobór muzyki, z którego trafności słynie Tarantino, był nie najlepszy. Powinien powstać całkiem dobry obraz, jednak Tarantino stworzył po prostu nudny film. Trwa przeszło dwie i pół godziny, ale spokojnie możana było go upchnąć w 90 minut. Jest dużo, zbędnej gadaniny, najlepszym przykładem jest scena w tawernie, trwająca 20 minut, chociaż bez żadnej straty dla fabuły filmu, można by ją skrócić do 5 - 7 minut. Na szczęście wszystkie mankamenty, zwłaszcza nudę, wynagradza końcówka filmu. Właściwie, gdyby zostawić początek i zakończenie, jakoś zgrabnie je ze sobą łącząc, powstałby niezły film.

A tak przy okazji, znalazłem w sieci dosyć ciekawe zestawienie najgorszych fimów o II wojnie światowej.

"Żyć za wszelką cenę"

aruart

Jakiś czas temu pisałem o tym, jak potwornie nudnym miastem jest Opole. Są tutaj jednak rzeczy, właściwie instytucje, które zasługują na szczególną uwagę. Jedną z nich jest Teatr Eko Studio Andrzeja Czernika. Teatr, który już wielokrotnie podejmował niezwykłe i niebanalne działania. Tym razem mieliśmy okazję obejrzeć niezwykłe przedstawienie, „Żyć za wszelką cenę”. Powstała ona na podstawie wspomnień więźnia obozu jenieckiego, Łambinowice/Lamzdorf, Siergieja Woropajewa. To potworny obraz męki, jaką przeżywali więźniowie sowieccy w obozach jenieckich. Opuszczeni przez własne państwo, w którym uznani zostali za zdrajców, nieludzko traktowani przez Niemców. Zmuszani do ciężkiej pracy, często bez posiłków, śpiący w dołach wykopanych w ziemi, by w ten sposób ochronić się przed zimnem.

 

„Dwa lata jestem na terenie Niemiec.
Ile przeżyłem grozy i koszmaru,
A ile jeszcze przede mną...
Strasznie, życie złamane, sam okaleczony.
Przez dziesięć dni spania pod gołym niebem
Z zimna i wycieńczenia zmarła połowa z nas.

Głód! Głód! Głód!

Zjadłbym padlinę, paskudztwo, trawę...”

W przedstawieniu, w bardzo realistyczny sposób pokazano okropność wojny. Makabryczność scen, pogłębiało jeszcze to, że przedstawienie odbywało się na terenie obozu w Łambinowicach, w miejscu, w którym do tych zbrodni doszło. Przedstawienie bardzo sugestywne. Wojny nie skończyły się w 1945 r. i jak się okazuje, wciąż upodla się drugiego człowieka. Robią to nawet żołnierze krajów, które głoszą walkę o wolność i demokrację, dehumanizując wroga, wydobywając z siebie najgorsze instynkty.

Trudny powrót

aruart

I pierwszy tydzień pracy już za mną. Ciężko wrócić do pracy po długiej nieobecności. Oj ciężko. Wszystko boli, wczesne wstawanie, jazda samochodem, mniej wolnego czasu, obowiązki. Najgorsze jest chyba to, że pierwszy raz, nie chce mi się pracować. Pozostaje tylko mieć nadzieje, że szybko wpadnie się w nowy rytm. Tylko czasu trochę żal. Zwłaszcza, że pogoda w tym tygodniu była całkiem niezła, wręcz wymarzona na rowerową wyprawę. Słonecznie, lecz nie upalnie. Ile zdjęć umknęło, kiedy siedziałem w pracy. Słyszałem wyraźnie, jak wołały mnie nieprzeczytane książki. Nie prędko, będę mógł oddać się słodkiemu lenistwu, ale może dzięki temu, że czasu wolnego będę miał teraz znacznie mniej, zacznę go efektywniej wykorzystywać. Przynajmniej tak powinienem robić. Zresztą, nie ma, co się przejmować, przecież mam już o tydzień mniej do kolejnych wakacji.

*

Postanowiłem zmienić nazwę mojego bloga. Wpisując w wyszukiwarce hasło „silva rerum” wyskoczy kilka blogów o tym tytule, wobec tego, żeby być oryginalnym nazwałem moje wpisy po prostu AruArt (Basiu, jesteś niekończącą się inspiracją).

Komedie nie śmieszą :-(

aruart

Wczoraj miałem okazję przypomnieć sobie film „Młody Einstein”. Obraz już nie młody, bo stworzony w 1988 r., ale pomimo upływu czasu, wciąż śmieszny. Kilka zabawnych sytuacji, śmiesznych dialogów, odrobina gagów i w ten sposób powstał film, który potrafi rozbawić.

Film ten, natchnął mnie jednak do refleksji. Zacząłem się zastanawiać, na jakim to filmie ostatnio tak się pośmiałem. No, nie licząc „Borata”, ale tu przyjemność sprawiało obserwowanie, jak Amerykanie robią z siebie idiotów. Dzisiaj ciężko jest znaleźć film, który opiera się na zabawnych i inteligentnych dialogach, którego podstawę będzie stanowił dobry żart. Ostatnio dominuje chamstwo, wyśmiewanie się z innych, wyzywanie, to zdaniem twórców jest śmieszne. Chociaż, kiedy zaczynam obserwować moich uczniów, to chyba jest to śmieszne. Dla nich najzabawniejsze żarty polegają na obrażaniu innych, a jeszcze lepiej siebie nawzajem. Nie ma już zdrowego śmiechu? Pewną odmianę stanowią jeszcze filmy czeskie (np. „Butelki zwrotne”), chociaż i tam zdarzają się filmy debilne, czego najlepszym przykładem jest „Hrubeš i Mareš są kumplami na dobre i na złe”. Tytułu dobrej polskiej komedii nie potrafię podać. Był kiedyś zabawny serial „Świat według Kiepskich”, w którym w krzywym zwierciadle (chociaż nie zawsze było ono krzywe) pokazywano pewne zjawiska, pojawiające się w naszym społeczeństwie, ale z czasem zaczął obniżać loty i dziś jest to tylko zbiór dziwacznych scen, w których aktorzy robią z siebie coraz większych idiotów.

Aaa…! Przepraszam, jest jedna perełka, „Ranczo”, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni, i filmy komediowe, które powinny bawić, męczą. Od czasu filmu „Chłopaki nie płaczą”, kolejni twórcy, próbują stworzyć obraz pełen „kultowych haseł”, czego najbardziej chyba absurdalny przykładem był „Job”, film bez fabuły, którego scenarzyści pozbierali dowcipy krążące od wielu lat po kraju i spróbowali, z żałosnym zresztą skutkiem, upchnąć w jednym filmie. No i są jeszcze komedie romantyczne. Dziwaczny gatunek filmów, których ja akurat nie czuję, a ich polskie kalki są właściwie groteskowe.

Dobrze jednak, że istnieją jednak zabawne filmy, które powstały jakiś czas temu, a do których zawsze można wrócić. Dobrze, że był Chaplin, Allen, bracia Marx i wielu innych. No i najważniejsze, na całe szczęście zawsze jeszcze pozostaje nieśmiertelny :


Koszmarna wizja przyszłości.

aruart

Liczba ludności Ziemi, na dzień dzisiejszy wynosi około 6,77 mld osób, a w roku 2012 przekroczy 7 mld. Niektóre prognozy mówią, że do 2050 r. będzie nas 10 mld. Czy możemy już mówić o przeludnieniu? Jak wiele ludzi, jest w stanie pomieścić nasza planeta? Konsekwencje przeludnienia, będą straszliwe dla całej populacji, a przede wszystkim dla samej Ziemi. Trzeba jakoś wyżywić taką masę ludzi. Coraz więcej miejsc, często bardzo cennych przyrodniczo, zamienianych jest na pola uprawne i pastwiska. Zwiększa się również produkcję żywności modyfikowanej genetycznie, po to by pozyskiwać większe plony. Trudno jest przewidzieć, jaki wpływ spożywanie takich roślin, może mieć na nasze organizmy. Już nie wspomnę o żywności wysoko przetworzonej, która szpikowana jest chemią i stała się podstawą naszej diety.

Co jednak stanie się, w momencie, kiedy nie będziemy w stanie wyprodukować odpowiedniej ilości jedzenia, lub co gorsza nastaną kolejne klęski żywiołowe, pozbawiając nas części plonów? Aż strach pomyśleć. Analizując dzieje ludzkości, dokładnie widzimy, że człowiek, zmuszony do walki o własne życie, sięgnie po wszelkie możliwe środki. Nie cofnie się przed niczym.

Co mnie skłoniło do tak katastroficznych myśli? Lektura książki Anthony’ego Burgessa, „Rozpustne nasienie”. To kolejna, obok „Mechanicznej Pomarańczy” przerażająca wizja przyszłości, stworzona przez tego autora. Pomimo, że jest ona nieco archaiczna (książka wydana w 1962 r.), jeśli chodzi o wyobrażenie świata przyszłości, nie umniejsza to w żaden sposób jej autentyczności, i skłonny jestem twierdzić, że przedstawione przez Burgessa sposoby walki z przeludnieniem, z chęcią podchwyci wielu rządzących, w momencie, kiedy stanie się ono realnym problemem. I miejmy nadzieję, że nie dane nam będzie dożyć czasów, w których wizja ta przerodzi się w rzeczywistość.



To już jest koniec...

aruart

No to kończą się dla mnie wakacje. Największą zaleta w byciu belfrem są właśnie te wolne dni. Pierwszy raz, od kiedy uczę, nie chce mi się wracać do pracy. Muszę przyznać, że kończące się właśnie wakacje, należały do jednych z najlepszych, jakie do tej pory przeżyłem. Nie obfitowały one w wyjazdy, ale te, które się zdarzyły, były wyjątkowo udane. Wiele bym mógł napisać o Thassos, a i tak nie dałbym radę opisać wszystkiego, co tam przeżyliśmy. Wspomnieć również należy o spontanicznym wypadzie do Pragi. Ale w spędzaniu wolnego czasu nie te wyjazdy są najważniejsze, chociaż dały nam sporo energii. Najważniejsze jest nie marnować czasu. Odpoczywać, ale nie leniuchować, nie dać się nudzie. Tak wiele przez te dwa miesiące się wydarzyło. Mam nadzieję, że pomimo sporej liczby obowiązków, uda się kontynuować kilka rzeczy, rozpoczętych latem. Kilka wydarzeń będzie miało tez poważne konsekwencje już w niedalekiej przyszłości.

To były piękne wakacje.

Horror

aruart

Wyobraźcie sobie taki scenariusz. Wstajecie rano, za oknem świeci słońce, zapowiada się kolejny, piękny, letni dzień. Robicie sobie herbatę i zasiadacie przed komputerem, by sprawdzić, co takiego dzieje się na świecie, a tu okazuje się, że ekran waszego komputera jest czarny.

Sprawdzacie kable, wszystko działa, a ekran dalej czarny. Bierzecie się za rozkręcanie kompa, ale tam też niby wszystko dobrze. Ekran? Wciąż czarny. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że dzieje się to naprawdę. To nie żadna mara senna, która rozpłynie się zaraz po przebudzeniu. Jest tak samo rzeczywiste jak ta herbata na biurku i słońce za oknem. Komputer jest na gwarancji. Można go przecież oddać do serwisu. Ale strata komputera na tydzień, albo dwa, o zgrozo.. może nawet na dłużej… Nie! To nie możliwe. Ta przerażająca myśl natchnęła mnie do działania. Użyłem wszelkich znanych mi sztuczek i w końcu mi się udało. Na razie działa. Tylko jak długo?

I pomyśleć, że dostęp do sieci mam zaledwie od pięciu lat. Jak ja sobie wcześniej radziłem? Przecież doskonale obywałem się bez sieci, bez ciągłego korzystania z komputera. Dziś, jest to dla mnie nie do wyobrażenia. Przecież ja za nim wyjdę do pracy przeglądam serwisy informacyjne, by być na bieżąco. Mam niezaspokojony głód informacji. A może jednak poradziłbym sobie? Przecież podczas wakacyjnych wyjazdów obywałem się bez kompa przez kilkanaście dni. Może znów czytałbym więcej książek, które piętrzą się na stale rosnących stosach czekając cierpliwie, aż w końcu raczę poświęcić im swój bezcenny czas.

Tak, dałbym sobie radę, ale na szczęście, przynajmniej na razie nie muszę tego robić.

Moje miasto.

aruart

Wczoraj miałem okazję spędzić trochę czasu w Opolu. Jako dzieciak uwielbiałem moje miasto, później… cóż. Opole jest dziwne, tylko wegetuje. Niewiele się tu dzieje, no i mentalność samych Opolan, którzy niechętnie w cokolwiek się angażują, przypomina wieśniaków, którym się wydaje, że jak zaczną jeść ze złotych talerzy od razu zostaną uszlachceni.

Wczoraj jednak, chyba za sprawą pogody, Opole wydało mi się całkiem ładnym miastem. Strasznie żałowałem, że akurat nie wziąłem aparatu, bo można było zrobić kilka naprawdę dobrych zdjęć. Kilka sytuacji aż prosiło się o utrwalenie. Nauczka na przyszłość. Z drugiej jednak strony nie planowałem tego spaceru, jakoś tak wyszło, że się przeszedłem po moim mieście.

No tak, jest kilka ładnych, zadbanych uliczek, ciekawych zakątków, tylko żeby zaczęło się coś dziać. Za miast tego Miasto zaczyna wycofywać finansowanie kolejnych imprez kulturalnych, które ubarwiały tu życie. Dobrze, że mamy jeszcze teatr, ze świetnym zespołem, który, jak mam nadzieję, zaskoczy nas w nadchodzącym sezonie kolejną, zachwycającą premierą. Jest filharmonia, galeria, czyli nie tak źle, ale przecież mogłoby być znacznie lepiej. Na całe szczęście, do mojego ukochanego Wrocławia jest tylko nieco ponad 80 km, więc zawsze można skorzystać z tego, co tam się dzieje, a dzieje się naprawdę wiele.

"WOJENKO, WOJENKO..."

aruart

Kiedy będąc w księgarni dostrzegam książkę ze znakiem „Terra incognita” wyd. WAB, kupuję ją w ciemno. Nigdy się jeszcze nie naciąłem, za każdym razem czytając kolejną książkę odbywałem niezwykłą podróż do miejsc, do których nie dane będzie mi dotrzeć (czasami na szczęście). Kiedy więc krążąc po księgarni rzuciła mi się w oczy książka „Dziesięć kawałków o wojnie. Rosjanin w Czeczenii” Arkadija Babczenki, kupiłem ją bez zastanowienie. W tym przypadku w grę wchodziła jeszcze tematyka książki, wojna w Czeczenii. Posiadam niezaspokojony głód wiedzy na temat współczesnych konfliktów.


Muszę przyznać, że bardzo mną wstrząsnęła ta lektura. Wojna to piekło, i to piekło, bez ubarwiania opisuje Babczenko. A wie on dokładnie, o czym pisze. Mając 18 lat został powołany do wojska, a po odbyciu szkolenia wysłano go do Czeczenii. Tam przeszedł przeżył prawdziwy koszmar, które dokładnie opisuje w swojej książce. Co ciekawe, kiedy w 1999 r. wybucha druga wojna w Czeczenii zgłasza się do wojska na ochotnika.

Tysiące takich jak ja po pierwszej wojnie wróciło do Czeczenii. Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, czemu pojechałem tam znowu. Nie wiem. Po prostu nie mogłem nie pojechać, ciągnęło mnie z powrotem z niewiarygodną siłą. Może dlatego, że tam została moja przeszłość, całe moje życie – z tamtej wojny wróciło tylko ciało, ale nie dusza. Wojna to najsilniejszy narkotyk na świecie

Babczenko urodził się w tym samym roku co ja, i kiedy ja przygotowywałem się do matury, przeżywałem swoje młodzieńcze lęki i załamania, jeździłem na koncerty on, jak wielu innych Rosjan w naszym wieku musi przerwać studia, przechodzi brutalne szkolenie i zostaje wysłany na wojnę. I nie była to romantyczna wojna, gdzie żołnierze jak bracia walczą ramię przy ramieniu, niosąc wolność mieszkańcom dalekiego Kaukazu. W rosyjskiej armii panuje niewyobrażalna fala, złodziejstwo, bark tam jakiegokolwiek porządku. To zupełni inny, zdehumanizowany świat. Fala dotyczy nie tylko zwykłych żołnierzy, ale dotyka również oficerów.

Czego można oczekiwać po oficerów oprócz bicia, skoro sami dostawali w koszarach? Bito ich kiedy uczyli się na kursach, teraz też ich biją w oddziałach frontowych. Co drugi pułkownik umie już tylko skomleć i bić, na oczach podwładnych zmieniając porucznika, kapitana i nawet majora w jęczącego rozczochranego gówniarza. (…)

Nasza armia jest robotniczo – chłopska, doprowadzona do rozpaczy wieczna biedą, zezwierzęcona głodem, bez mieszkań, oberwana i bita przez wszystkich na odlew niezależnie od rangi, pozbawiona praw – nie armia, lecz horda, która przejęła od przestępców i lumpów, wszystko co najgorsze, cały ten burdel, i rządzi się wilczymi prawami

Babczenko pokazuje, w jaki sposób ludzie zmieniają się w bezduszne potwory. Zagrożeniem jest nie tylko wróg, ale również współtowarzysze z oddziałów stacjonujących w jednej jednostce. A najgorsze jest to, że w żaden sposób nie można się temu przeciwstawić, trzeba jak najszybciej się przyzwyczaić, bo to jest jedyny sposób, dzięki któremu można jakoś to przeżyć. Pisząc tę książkę musiał zdobyć się na wielką odwagę. I to nie tylko dlatego, że Rosję trudno nazwać wzorcową demokracją, w której można głosić to co się chce, ostro krytykując własne państwo, oskarżając rządzących o potworne cierpienia jakich się doświadczyło. Przede wszystkim musiał sięgnąć do bardzo bolesnych wspomnień, jeszcze raz dokładnie je przeżyć. Przyznać się do tego, że zostało się pozbawionym sporej części siebie, przynajmniej na chwilę utraciło się człowieczeństwo, a wszystko po to, by przelać je na papie, by dać świadectwo prawdzie.

Podsumoując, moją krótką recenzję „Dziesięciu kawałków o wojnie”, jeszcze raz posłużę się cytatem:

Kocham cię, wojno.

Kocham cię za to, że masz w sobie moją młodość, moje życie, moją śmierć, mój ból i strach. Za to, czego mnie nauczyłaś: że najpaskudniejsze życie jest tysiąc razy lepsze od śmierci. Za to, że w tobie żyli jeszcze Igor, Paszka… Jesteś moja pierwszą kobietą, moją pierwszą miłością. Minęło wiele czasu, ale nikogo nie pokochałem tak jak ciebie. Miałem osiemnaście lat, kiedy wrzucono mnie w ciebie, naiwnego szczeniaka, i zabito mnie w tobie. I zmartwychwstałem jako stuletni starzec, chory, z poszarpaną psychiką, pustymi oczyma, wyżętą duszą.

Na zawsze pozostaniesz we mnie.


POCZĄTEK

aruart

Czytając mój ulubiony blog „Listy z [pop]kultury” poczułem ogromną chęć by się uzewnętrznić. By podzielić się swoimi przemyśleniami, wrażeniami po przeczytanej książce, obejrzanym filmie, czy odbytej podróży. Czasem, kiedy trafi się w sieci na jakiś interesujący artykuł, zdjęcie, chciałbym się tym podzielić z innymi i w tym celu właśnie powstaje ten blog. Do tej pory prowadziłem tradycyjny dziennik, w którym zapisywałem swoje przemyślenia, a do którego dostęp ma tylko moja Basia. Może po trochu tworzenie bloga ma służyć zaspakajaniu potrzeby by coś świadczyło o moim istnieniu. Całkiem naturalna jest chęć pozostawienia czegoś po sobie, jakiegoś śladu. Pewnie dlatego robię zdjęcia i piszę dziwaczne opowiadanka, a teraz będę prowadził internetowy dziennik. Dziennik, to zresztą zbyt szumne określenie, bo wątpię by udało mi się zmusić siebie do codziennych wpisów, ale przynajmniej raz w tygodniu pokażę światu, co w ogóle o nim myślę.

Tytuł „Silna Rerum” to również tytuł mojego dziennika, który prowadzę od paru dobrych lat. Z łaciny las rzeczy, to również rodzaj pamiętnika prowadzonego przez szlachtę, zbiór rozmaitych utworów, wiadomości, księga rodzinna, w której zapisywano ważniejsze informacje z życia rodu. Taki też będzie mój blog, zawierający przeróżne informacje, które akurat mnie w danej chwili poruszyły, których jedynym wspólnym mianownikiem jest moja osoba.

Tych, którzy chcieliby się zapoznać z moją prymitywną „twórczością” zapraszam na moją stronkę http://www.aruartcorp.pl/

 

WITAJCIE W MOIM SWIECIE!!!

 

 

P.S.

Pierwotnie ten wpis nosił datę 18 sierpnia, ale bawiąc się w edycję coś pomyliłem i go wykasowałem :-)

 


© AruArt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci