Menu

AruArt

dziennik niecodzienny

Romantyczne ruiny

aruart

Szukając inspiracji do kolejnego wpisu, trafiłem na bardzo ciekawą informację. Jak się dowiedziałem władze gminy Ujazd dążą do przynajmniej częściowej renowacji zamku Krzyżtopór. Wzniesiony przez rodzinę Ossolińskich pałac-twierdza posiadał 4 boczne baszty, 12 dużych sal, miał 52 pokoje i 365 okien. W 1655 roku podczas „potopu” zamek został złupiony przez Szwedów, a ostatecznie zniszczyły go wojska rosyjski w roku 1770, kiedy stał się punktem oporu konfederatów barskich. Do dziś zachowało się 90% murów i 10% sklepień więc istnieje baza, na której takiej rekonstrukcji można dokonać. Chciałbym zobaczyć tę niesamowitą budowlę w całej okazałości, ale z drugiej strony stracimy piękne ruiny.

 

 

Uwielbiam takie miejsca. Nieco dzikie, tajemnicze. Dawne siedziby ludzkie, które przygarnęła przyroda. Zaakceptowała, oswoiła. Niegdyś dumne, murowane, czasem ponure i groźne, dziś wtopiły się w krajobraz, tworząc wraz okoliczną fauną integralną część. Dają schronienie licznym ptakom, i gryzoniom, a czasem również pijakom czy romantykom, którzy przychodzą w takie miejsca, by nieco pokontemplować. Ruiny są świadkami historii, one są żywym źródłem, często bardzo tragiczny dziejów danego miejsca. Obcowanie z nimi może przynieść znacznie więcej doznań niż przebywanie w odpicowanych pałacach rodem z Disneya. Więc może nie trzeba ich ruszać. Pozostawmy ruiny w takim stanie, w jakim się znajdują. Dzięki nim, pewne miejsca nabrały jedynego i niepowtarzalnego klimatu.

Takich miejsc jak Krzyżtopór jest w Polsce znacznie więcej. Dla mnie takim niesamowitym miejscem są Kopice, które również miały być odbudowywane, jednak inwestor w końcu się wycofał. Szkoda tylko, że jakiś czas temu przestały być ogólnodostępne.


„Nie jesteś już w stanie Kansas, witamy na Pandorze”

aruart

Słowa pułkownika Quaritcha, bohatera filmu „Avatar” można by było sparafrazować w odniesieniu do samego filmu „nie jesteśmy już w XX stuleciu, witamy w XXI wieku”. Dokładnie takie wrażenie odnosi się niemal od samego początku, oglądając dzieło Jamesa Camerona. Film powala. Prawie trzy godziny, a wychodząc ma się wrażenie, że był zbyt krótki. Szczególnie strona wizualna tego niezwykłego widowiska, robi ogromne wrażenie. Nikt jeszcze nie stworzył, czegoś tak doskonałego. Dopóki akcja filmu toczy się w ziemskiej bazie, można nawet żałować, że wybrało się wersję 3D, ale kiedy bohaterowie przenoszą się do dżungli, porastającej planetę Pnadorę, to co widzimy na ekranie zapiera dech. Przepiękny, magiczny i jednocześnie niemal namacalnie realny świat. Aż chciałoby się zerwać z fotela i wskoczyć w ten cudowny las. W tym świecie istota wielkości człowieka czuje się jak mrówka w wysokiej trawie. Jak zagubiony żuk na polu kukurydzy. Tylko bogactwo i niezwykłość zarówno fauny, jak i flory jest nieporównywalnie większe. I jakby tego było mało, świat ten okazuje się rajem, w którym wszystkie zamieszkujące go istoty są ze sobą połączone. Planeta związała je w doskonałej harmonii idealnego ekosystemu. Od momentu, kiedy opuściłem kino minęła już ponad doba, ale ja nadal mam w głowie obraz tego niesamowitego świata. Jakby mi ktoś wszczepił do głowy czip, wciąż przekazujący do mojego mózgu wizję świata wymyślonego przez Camerona. „Avatar”, to pierwsza od 12 lat fabuła tego twórcy. W tym czasie zajął się on rozwijaniem technologii 3D, eksperymentując z nowymi technikami, konstruując zupełnie nowy typ kamery, czego efektem jest właśnie jego najnowsze dzieło, film, który stać się może krokiem przełomowym w historii kina. Myślę, że już wkrótce posypią się kolejne filmy wykorzystujące jego doświadczenie z 3D oraz animacjią. Miejmy również nadzieję, że i on sam nie zaszyje się na kolejną dekadę i już wkrótce zgotuje nam następną ucztę.... a co tam, uczta, to słowo nie oddaje, tego co można przeżyć oglądając „Avatara”... lepiej pasuje tu „wizualna orgia”.

Avatar” jest z pewnością arcydziełem pod względem wizualnym. Nieco słabiej wypada jednak sama fabuła filmu. Nie mamy tutaj niczego odkrywczego. Cameron czerpie garściami nie tylko z własnych dokonań, ale również z kanonu popkultury. Zderzenie dwóch obcych cywilizacji, eksploatowane jest przez twórców literatury, komiksu i kinematografii od dziesięcioleci, więc niewiele nowego można na ten temat jeszcze powiedzieć. Mamy więc tutaj żądnych zysków i bogactw naturalnych ziemian, którzy zadufani w potęgę własnej techniki, wszelkimi dostępnymi środkami dążą do osiągnięcia swojego celu. Przeciw nim stają szlachetni i prymitywni pod względem technologicznym tubylcy, po których stronie opowiada się nawrócony konkwistador. Myślę, że reżyserowi udało się jednak, dzięki tej baśni przekazać ważne przesłanie. W pogoni za zyskiem, rozwojem naszej cywilizacji, zbyt daleko odeszliśmy od własnych korzeni. Od ścisłego związku z przyrodą, której przecież jesteśmy częścią. Niszczymy rodzimą planetę, co w przyszłości może doprowadzić do jej zagłady, a co za tym idzie również kresu naszej cywilizacji. I nie chodzi o to, żebyśmy teraz wyrzucili nagle nasze komputery, jeansy zastąpili spódniczkami z trawy i zamieszkali na drzewach. Trzeba jednak nieco przystopować, opamiętać się w tej niekończącej się konsumpcji. Zacząć szukać najbardziej optymalnych rozwiązań. Zacząć żyć świadomie, wykorzystywać zdobytą dotąd wiedzę, do tego, żeby żyć nie tylko wygodniej, ale również w celu zachowania bogactwa naszej niezwykłej planety. Bo cud jakim jest Ziemia, z jej bogatym ekosystemem, może stanowić bardzo rzadki przykład we wszechświecie. Kiedy baczniej zaczniemy obserwować przyrodę, dostrzeżemy, że to wszystko, co sami tworzymy, wszystko, co jesteśmy w stanie wymyślić jest tylko kiepskim naśladownictwem przyrody.

Gorąco polecam „Avatara” bo jest to nie tylko świetna rozrywka, gdzie nasz zmysł wzroku zostanie mocno podrażniony, doznając niemal rozkosznych wrażeń, jest to również mądra przypowieść. Szkoda tylko, że w naszym tak bardzo przesyconym konsumpcjonizmem świecie mało kto, ma ochotę słuchać.


Nagrody Darwina

aruart

Przyznane zostały Nagrody Darwina, czyli rodzaj hołdu dla osób, które przyczyniły się do przetrwania gatunku, poprzez wyeliminowanie „wadliwego” genotypu. Darwina za rok 2009 przyznano dwóm Belgom, którzy chcieli dokonać włamania do bankomatu, wysadzając go. Chcąc mieć jednak pewność, że się uda, podłożyli zbyt dużą ilość materiałów wybuchowych. Wysadzili nie tylko bankomat, ale i połowę banku, sami przy okazji ponieśli śmierć, kryjąc się zbyt blisko upatrzonego przez siebie bankomatu. A takich jest, czy raczej było znacznie więcej. Kolejny geniusz, to facet, który chcąc się pozbyć os, wlał do ich gniazda, które znajdowało się pod jego domem, 5 galonów benzyny, a później podpalił. Co się stało nietrudno przewidzieć. Kto zaś wierzy w sny niech uważa. Pewnemu mieszkańcowi Indii przyśnił się skarb zakopany pod jego domem. Zaczął więc kopać, lecz do skarbu nie dotarł przygnieciony ziemią, kiedy zawaliły się na niego ściany tunelu. Gdy prześledzi się nagradzanych i nominowanych w poprzednich latach, aż poraża brak granic ludzkiej głupoty. Kilkakrotnie wymieniani są amatorzy bandżi, którzy z braku specjalistycznych lin używali do skoków, a to grubego kabla, albo też połączonych ze sobą lin holowniczych. Jeszcze inny przykład skrajnej głupoty to napad na samolot na Filipinach. Bandzior obłowił się na 25 tys. dolarów po czym wyskoczył na skonstruowanym przez siebie spadochronie. Dodatkowo wyskakując z samolotu przez pomyłkę wrzucił do kabiny pilotów zawleczkę granatu, którym sterroryzował załogę i pasażerów. Policji udało się odnaleźć tylko jego dłonie. No i mój faworyt, francuski samobójca. Facet postanowił skończyć ze sobą skacząc do morza ze skał. Dla pewności zażył truciznę, podpalił się, a podczas lotu zamierzał do siebie strzelić. Pech chciał, że pocisk przeciął linę, do której przymocowany był kamień, który miał go pociągnąć na dno. Woda ugasiła pożar, i wywołała nudności, w końcu organizm pozbył się trucizny. Francuza wyłowili rybacy. Samobójca zmarł w szpitalu z powodu wyziębienia organizmu.

Ogromny jest bezmiar ludzkiej głupoty. Ewolucja jest jednak bezwzględna dla idiotów, eliminując złe geny.


Subiektywne podsumowanie roku czyli Paździerze 2009 cz. II

aruart

MUZYKA, jeszcze kilka lat temu gdybym przyznawał tego typu wirtualne wyróżnienia, z pewnością byłaby to pierwsza z kategorii. Jednak od jakiegoś czasu, zacząłem się coraz bardziej oddalać od tej dziedziny sztuki. Nie żebym nie słuchał muzyki, po prostu zazwyczaj to co leci jest mi całkowicie obojętne, pod warunkiem, że nie drażni. Nie mam również ambicji bywania na koncertach. Przejdę jednak do muzycznych Paździerzy. W tym roku nie było nic tak powalającego jak zeszłoroczna płyta Lao Che, jednak na wyróżnienie z pewnością zasługuje zespół Łąki Łan za swoja płytę „ŁąkiŁanda”. Energia, dowcip i mieszanie gatunków, a zresztą, co ja się będę rozpisywał, to trzeba usłyszeć:



Specjalnego Paździerza chciałbym przyznać zespołowi Napalm Death, za najnowszy album „Time waits for no slave”. Przeszło dwadzieścia lat na scenie i wciąż w doskonałej formie. Ta nagroda to rodzaj hołdu dla całego gatunku, bo chociaż death metal i pokrewne nie należą do głównego nurtu muzycznego, to wciąż zaznaczają swoją obecność, a tego typu muzyka jest potrzebna (przynajmniej mi). Dziękuję panom z Napalm Death za świetny album i czekam na następne. Poniżej, tylko dla odważnych:

Kolejne wyróżnienie wędruje do twórcy szczególnego, który stał się istnym objawieniem mijającego roku, do Boba Dylana. To postać niezwykła, a jego twórczość, cóż wspaniała, inspirująca, natchniona... to niesamowite, co się dzieje z moją żoną kiedy usłyszy piejący głos Dylana przerywany piskliwymi dźwiękami harmonijki. Wpada wówczas w trans, chwyta ją jakaś nieznana moc twórcza, kolejne pomysły zaczynają kotłować się w jej umyśle. Nie wiem co jest w tej muzyce, ale to naprawdę działa. Po co się upalać, truć alkoholem, wystarcza Dylan, by doznać niezwykłych wizji. Paździerz dla Boba Dylana za całokształt.


 

I jeszcze jeden, mały, muzyczny Paździerz, tym razem dla kanadyjskiego komika, Jona Lajoie'a, którego piosenki bawiły nas przez kilka kolejnych tygodni. Facet świetnie śpiewa, pisze niezłe teksty, wyśmiewając najważniejsze kierunki współczesnej muzyki popularnej. Jest w tym naprawdę świetny. A teledyski!



Kolejna kategoria to WYDARZENIE. Tym razem jednak nie przyznaję, żadnej nagrody, w postaci statuetki Paździerza. W tej kategorii, podsumowując mijający rok jedno wydarzenie, tym razem z życia osobistego, wysuwa się na pierwsze miejsce. To ślub. Wydarzenie uroczyste, ekscytujące, i pełne znaków zapytania, jeśli chodzi o jego skutki. Puki co, jest super i mam nadzieję, że tak pozostanie.

Przejdę więc może do kolejnych Paździerzy, tym razem kategoria, którą nazwałem OSOBOWOŚĆ. Tutaj numer jeden to Jaś Kapela. Poeta (slamer), bloger i pisarz. Wnikliwy obserwator naszego życia społecznego oraz komentator wydarzeń i zjawisk kulturalnych, właściwie popkulturalnych. Niejeden film obejrzałem dzięki recenzjom Jaśka, to on zachęcił mnie do sięgnięcia po „Dextera”. Jego wpisy, niejednokrotnie były natchnieniem do moich własnych przemyśleń zamieszczanych na blogu. Jaś Kapela jest też żywym dowodem na to, by nie osądzać nikogo po wyglądzie. Ostatnio jednak zrobił sobie świąteczno – noworoczną przerwę w pisaniu, mam jednak nadzieję, że kiedy tylko minie sylwestrowy kac, pojawi się kolejny felieton Jaśka.


Początkowo planowałem nadać tylko jednego Paździerza za osobowość, pisząc jednak stwierdziłem, że jeszcze dwie postacie zasługują na szczególne wyróżnienie. Pierwszą z nich jest Woody Allen, postać, której nikomu nie trzeba przedstawiać. To nie tylko wybitny twórca, niezwykłych filmów, ale również niesamowity pisarz. Jego opowiadania są rewelacyjne. Dowcipne, pomysłowe. Woody jest świetnym obserwatorem i nie waha się wykpić, często aż do bólu tego, co go razi. Ale to nie wszystko, bo Woody Allen jest też świetnym muzykiem i chociaż jazz orleański nie jest moim ulubionym gatunkiem, to przyjemnie się tego słucha. I jedno jest zastanawiające, jak on to robi, że ma na to wszystko czas.


Ostatnią osobowością minionego roku jest bez wątpienia Homer Simpson. Piwny filozof. Pączkowy smakosz. Postać nie tuzinkowa, przynajmniej z postury. Ciekawe, czy ktoś zastanawiał się ile tuzinków zmieści się w jednym Homerze? Brak mózgu, nadrabia posiadaniem ogromnego serca. Uwielbiam faceta.

Przejdźmy do kolejnej kategorii ODKRYCIE ROKU

Największych odkryciem roku 2009 jest „Górowski Full” zwany również „Ryśweiserem”, czyli piwo ważone przez mojego teścia. Myślę, że należy mu się specjalny Paździerz za ten wynalazek. Coś wspaniałego. Piwko najwyższej klasy, tak pod względem smaku, jak i walorów specjalnych. Cudowny specyfik, już w połowie kufelka przechodzi ból głowy, po całym, zaczynają znikać troski. Zaiste, szlachetny, mistyczny napitek.

Kolejnym, ważnym odkryciem mijającego roku są komiksy, zwłaszcza te autorstwa Naila Gaimana. Pod ich wpływem oraz rysunków Edwarda Goreya, sam zacząłem nieco eksperymentować z tą formą ekspresji „artystycznej.”

No i pozostała mi ostatnia kategoria, którą właściwie powinienem nazwać antykategorią, ROZCZAROWANIE - PORAŻKA ROKU

Tu postanowiłem przyznać dwa Różowe Paździerze, które mają symbolizować mój szczególny niesmak wywołany przez wydarzenie lub zjawisko. Pierwszy należy się komitetowi noblowskiemu (celowo nazwę tego gremium piszę małą literą), za przyznanie pokojowego Nobla, Barakowi Obamie. Wiele nad tym myślałem, sporo na ten temat przeczytałem i wciąż nie mam przysłowiowego, zielonego pojęcia, za co otrzymał on tę nagrodę. Inna sprawa, że facet, gdyby miał nieco rozumu, przyzwoitości i poczucia honoru, po ładnych podziękowaniach, odmówiłby przyjęcia tej nagrody. Czyż nie pięknie wyglądałby taki scenariusz: Obama na wieść o nagrodzie zwołuje specjalną konferencję prasową w miejscu gdzie stały wieże WTC, podczas której mówi o tym jak czuje się zaszczycony owym wyróżnieniem i pokładanymi w nim nadziejami, jednak mówi również, że nie może przyjąć nagrody, ponieważ nie czuje, by w jakikolwiek sposób na nią zasłóżył, następnie wskazuje jako ewentualnych beneficjentów pokojowego Nobla, chińskich więźniów politycznych, na zakończenie zaś mówi o tym, że ma nadzieję, że w czasie sprawowania urzędu prezydenckiego uda mu się, poprzez podejmowane zadania , zapracować na Pokojową Nagrodę Nobla, w każdym bądź razie podejmie wszelkie możliwe działania, by to osiągnąć. Piękne? Jednak nie realne. Nie dziś. Brak jest mężów stanu. Nie ma już ludzi honoru (wymarli wraz z dinozaurami). Bo przecież, jak ładnie wygląda w życiorysie to, że w przeciągu roku osiąga się najwyższy urząd, w największym imperium współczesnego świata, a następnie otrzymuje się najważniejszą, najbardziej prestiżową nagrodą, jaką można dziś być uhonorowanym (pomijając oczywiście statuetkę Paździerza).

Postanowiłem przyznać jeszcze jednego Różowego Paździerza. Jednym z największych rozczarowań w ostatnim czasie jest polskie piwo. Jest ono coraz gorsze. Już nie tylko wywołuje potwornego kaca, nie spotykanego po żadnym innym, to jeszcze trudno znaleźć takie, które nie byłoby paskudne w smaku. Właściwie trudno je nazywać tą szlachetną nazwą, jego producenci opierają się na chemii, której skutki są straszliwe. Jak to dobrze, że w ostatnim czasie, coraz łatwiej jest kupić wytwory czeskich piwowarów, tam naprawdę, jak mało gdzie znają się na ważeniu piwa. To prawdziwi arcykapłani, chmielowej religii.

I na zakończenie jeszcze jeden, specjalny, złoty Paździerz – uwaga będę słodził. Tym ostatnim Paździerzem chciałbym uhonorować moją żonę. Basiu dziękuję Ci za wsparcie i wiem, że życie ze mną nie należy do najprostszych. Mam charakterek i to w tym złym znaczeniu. Będę się starał, żeby nasz związek przetrwał, by burz po drodze było jak najmniej, bo jesteś dla mnie objawieniem nie tylko ostatniego roku, nie tylko tych przeszło trzech lat naszej znajomości, lecz mojego życia.

I tym pozytywnym akcentem chciałbym zakończyć galę wręczenia Paździerzy, galę podsumowującą mijający rok 2009. Niestety, zaproszone gwiazdy, mające wystąpić dziś wieczorem nie dotarły, ale może to i lepiej, bo skromne fundusze nie pozwoliły nam na wynajęcie Sali Kongresowej oraz opłacenie Grażyny Torbickiej, bez której żadna gala w naszym cudownym kraju, odbyć się nie może. Spotkamy się za rok, na gali wręczenia Paździerzy 2010!

 

Subiektywne podsumowanie roku czyli Paździerze 2009 cz. I

aruart

Pozostały już tylko dwa dni do końca roku i w związku z tym postanowiłem podsumować go. Nie będę się jednak rozwodził nad tym, co mi się przydarzyło, a trzeba przyznać, że pod tym względem był to rok dość ciekawy i w życiu osobistym bardzo udany. Moje podsumowanie roku, to rodzaj nagród. Zastanawiałem się jakby takie nagrody, gdyby istniały, miały się nazywać i po dość długich rozmyślaniach postanowiłem nazwać je Paździerzami. Oczywiście Paździerze, to tylko nagroda fikcyjna, nieco wirtualna, bo istnieje jedynie na moim blogu i jak najbardziej subiektywna, bo "otrzymują" ją dzieła, filmowe, muzyczne, czy literackie, które akurat mi szczególnie w ostatnim roku się spodobały. Regulamin Paździerzy dopuszcza rzeczy powstałe znacznie wcześniej, warunkiem jest jedynie to, że zapoznałem się z nimi akurat w mijającym roku i właśnie w wówczas wywarły one na mnie wilki wpływ.

Przejdę zatem do pierwszej kategorii, jaką jest LITERATURA

W tej kategorii chciałbym wyróżnić nieistniejącą statuetką, drewnianego Paździerza, bo zapomniałem wspomnieć, że Paździerz, statuetka niezbyt piękna, wykonany jest właśnie z tego jakże szlachetnego materiału. A jakby ktoś chciał wiedzieć z jakiego drzewa został wyrzeźbiony, to odpowiedź na to pytanie jest oczywista, z dębu.

tak by wyglądała statuetka Paździerza, gdyby istaniała

Wracając jednak do Paździerzy z dziedziny literatury, uważam, że na szczególną uwagę zasługuje proza Chucka Palahniuka. Dla mnie to istne objawienie literackie mijającego roku. Wystarczy wspomnieć tytuł jego najsłynniejszego dzieła „Fight Club”. We wcześniejszych wpisach wspomniałem już o „Opętanych”, no i niesamowitym „Rozbitku”. Palahniuk, mistrz szyderstwa, objawiający największe wady współczesnego społeczeństwa, wywołujący swoją prozą sprzeciw, chęć wyrywania bruku i rzucania w przedstawicieli establishmentu Anarchistyczny! Wspaniały!


Kolejnego literackiego Paździerza chciałbym przyznać Oldze Tokarczuk, tym razem za konkretną książkę, „Bieguni”. Wiem, to pozycja sprzed dwóch lat, ale latem dzięki niej mogłem odbyć niezwykłą podróż. Muszę, przyznać, że była to jedna z najbardziej fascynujących wypraw 2009 roku. Kto nie czytał, niech uczyni to jak najszybciej, bo w książce tej Tokarczuk pokazuje prawdziwe mistrzostwo literackie.

I jeszcze jeden autor zasługuje na Paździerza, Arkadij Babczenko za „Dziesięć kawałków o wojnie”, książkę, która mnie zdruzgotała, sponiewierała, zszokowała (pisałem o niej w sierpniu). Nadal, kiedy myślę o tej książce przechodzą mnie zimne ciary.

Książek ważnych było oczywiście znacznie więcej. Nie można zapomnieć o „Błaźnie” Moore'a, „Historii brzydoty” Eco, „Historii świata w sześciu szklankach” Standege'a, twórczości Eduardo Mendozy, „Cieni wiatru” Zafona, no i oczywiście „Głowie Minotaura” Krajewskiego. Niestety ilość kawałków dębowej kory, z której wykonane są Paździerze, jest dość ograniczona, a zostało mi jeszcze kilka kategorii.

Kategoria druga, FILM

Myślę, że dla kinematografii, pomimo kryzysu, był to rok bardzo ciekawy. Ja osobiście mam kilku faworytów. Pierwszeństwo, przynajmniej z racji wieku należy się Clintowi Eastwoodowi, za jego niezwykłe dzieło „Gran Torino”. Już sama kreacja głównej postaci, Walta Kowalskiego zasługuje na uwagę. Wspaniała gra twarzą i Eastwoodowskie „Mhrrr”, coś pięknego. Eastwood, który ponad połowę swojego życia grał twardzieli w filmach klasy „B”, czyli westernach i kiepskich sensacjach, kiedy wziął się za reżyserię zaczął nam serwować coraz poważniejsze dzieła. On nie musi się przejmować poprawnością polityczną hollywoodu. Wali prosto z mostu, w jego filmach czarne jest czarne, a białe jest białe. Filmy te, co jest rzeczą rzadko spotykana w Ameryce, po prostu, o czymś mówią.


Kolejnego, filmowego Paździerza otrzymuje mój faworyt, ekranizacja niezwykłego komiksu Alana Moore'a, „Watchman: Strażnicy”, grupa emerytowanych superbohaterów musi po raz ostatni ratować świat przed zagładą. Tu nie wiadomo kto jest dobry, a kto zły. Najbardziej brutalny i psychopatyczny Komediant, najtrafniej potrafi ocenić ludzi i stworzoną przez nich rzeczywistość. Film świetnie zrealizowany, wspaniale oddający klimat komiksu i bardzo polityczny, do tego jeszcze niesamowita muzyka z lat 80 – tych i mamy wspaniałą rozrywkę i małe arcydzieło zarazem. Kto nie widział, niech jak najszybciej go zdobędzie, bo jest to na pewno jeden z najlepszych filmów 2009 roku, dla mnie osobiście numer jeden.


Prawdziwym odkryciem minionego roku jest dla mnie twórczość Takeshi Kitano. Pisałem już o nim kilka tygodni temu przy okazji filmu „Achilles i żółw”, jednak najbardziej niesamowity film tego twórcy, to „Niech żyje reżyser!” - specjalny Paździerz dla Takeshiego za całokształt twórczości.

Wśród całej masy naprawdę świetnych filmów, które w tym roku obejrzałem na uwagę zasługuje jeszcze „Zapaśnik” z niesamowitą Marisą Tomei, która zapracowała na Paździerza dla tego filmu  ;)

I jeszcze jeden, specjalny Paździerz, na życzenie mojej czujnej małżonki (sam nie wiem jak mogłem zapomnieć o tym filmie). Wyróżnienie, za najlepszą komedie roku otrzymuje "Kac Vegas". O filmie już pisałem i myslę, że nie trzeba wyjaśniać. Mam nadzieję, że historia tam opowiedziana, pozostanie dla mnie filmową fikcją.

I na koniec Paździerz dla filmu polskiego, którego otrzymuje bezapelacyjnie najlepszy film minionego roku „Wojna polsko – ruska”. Film, do którego długo się przymierzałem, okazał się totalnym zaskoczeniem. Powalający, niesamowity, oryginalny, czegoś takiego w rodzimej kinematografii właśnie mi brakowało.

Trzecia kategoria, w której postanowiłem przyznawać Paździerze, pokrewna jest poprzedniej, to SERIALE, które trzeba jednak traktować oddzielnie. Zresztą tym tematem zamierzam się szerzej zająć w przyszłości. Przejdę więc do Paździerzy dla seriali.

Pierwszy z nich, to prawdziwe objawienie, „Dexter”, opowieść o techniku policyjnym zajmującym się analizą krwi, będącym jednocześnie psychopatycznym mordercą, wzbudzającym jednak w widzu sporą sympatię, bo przecież morduje tylko tych złych i to takich, którzy wywinęli się prawu. Zwłaszcza pierwsza seria „Dextera” zasługuje na szczególną uwagę. Później robi się zbyt... normalnie.


Kolejnego Paździerza chciałbym przyznać świetnemu serialowi komediowemu „Nazywam się Earl”. Zabawny, aż do bólu brzucha. Bohaterowie serialu to istna galeria niesamowitych dziwaków. Szkoda tylko, że TVP nadawała go w niedzielę późnym wieczorem, no ale ta instytucja na pewno nie zasługuje na żadne wyróżnienie, za swoje działania.

Nie mógłbym nie przyznać Paździerza „Simpsonom”, ten serial jest nieśmiertelny, a Homer jest moim idolem. Jestem właśnie przy 8 serii, w Stanach właśnie leci 20 sezon, więc jeszcze długo będę się świetnie bawił przy Simpsonach.

 

 


Dobrych seriali jest znacznie więcej niż te trzy przeze mnie wyróżnione. Z pewnością na uwagę zasługuje „Sześć stóp pod ziemią” - opowieść o perypetiach rodziny grabarzy, „Dr House”, czy też „Californication”, z którym ostatnio zacząłem się zapoznawać. Brak jednak dobrych seriali polskich. Ostatni dobry serial to „Ekipa”, którego realizację jednak przerwano. Jeszcze tylko „Ranczo” wyróżnia się z całej plejady mniej lub bardziej nudnych tworów naszych stacji telewizyjnych.

Na tej kategorii zakończę pierwszą część wielkiej gali, wręczenia Paździerzy nagród jak najbardziej subiektywnych. W drugiej części czekają nas jeszcze statuetki w takich kategoriach jak, muzyka, wydarzenie, osobowość, odkrycie i rozczarowanie.

Śnieg

aruart

Chciałem śniegu i już następnego dnia po moim wpisie świat przykrył się białym puchem. Jak to zwykle z pogodą w naszym cudownym kraju bywa, wszystko musi być z przesadą. Jak już przyszła zima, to od razu sroga. Mrozik chwycił i to całkiem spory. Znów mam problem z dotarciem do pracy, bo mi szyby w aucie od środka całkiem zamarzają. Ale nie mam co narzekać, przecież sam tego chciałem. Wraz ze śniegiem zrobiło się nieco bardziej optymistycznie. Nawet słońce zaczęło przebijać się przez chmury, a szarość została zastąpiona bielą. Dzięki temu jest jaśniej i tak jak się tego spodziewałem, nastrój znacznie mi się poprawił.

Dawniej, czyli w czasach liceum i studiów, w dzień, kiedy spadł pierwszy śnieg, robiłem sobie wolne od zajęć i ruszałem w las. Uwielbiałem ten niezwykły stan w lesie. Cudowna cisza i biel. Las był wówczas jak nowy, miejsca, które bardzo dobrze znałem, wydawały się obce, tajemnicze, przyciągające. Czemuś takiemu nie można się oprzeć, więc ruszałem, będąc pierwszą istotą wytyczającą leśne trakty. Czasem tylko spotykało się ślad lisa, lub przedstawiciela ptasiej drobnicy. Poza tym jednak wszędzie wokół biały, nienaruszony puch. Uśpiony las, dzielił się swoim spokojem, koił. Szkoda, że teraz obowiązki zawodowe nie pozwalają mi na zrobienie sobie takich wagarów. Dopiero dzisiaj mogłem nacieszyć się zimową aurą, jednak siarczysty mróz już po kilkunastu minutach przegonił mnie do domu. Trzeba chyba zaopatrzyć się w jakąś odzież mrozoodporną.

Puki co jest pięknie i należy się z tego cieszyć, bo jest to wspaniała odmiana, po dwóch tygodniach ciągłej szarzyzny i półmroku.


Gdy sen zapada nad miastem

aruart

 

Kiedy powala mnie zmęczenie, gdy w końcu postanawiam zawlec się do łóżka, przez tych kilka godzin, kiedy twój mój organizm odpoczywa, umysł udaje się do krainy snów. W krainie tej włada Sandman, Morfeusz, Pan Marzeń Sennych, Tkacz Snów. W Śnieniu nie obowiązują ziemskie zasady, nie działają tu prawa fizyki. Wszystko dzieje się według woli Sandmana. Wchodząc do tej krainy całkowicie zdaję się na jego łaskę. Staję się jedynie marionetką Pana Snów. To on kreuje rzeczywistość w której wędruję, to on sprawia, że wyniesione stamtąd przeżycia mogą być bardzo trwałe lub ledwie wyczuwalne, ulotne. Sen jest jednym z siedmiorga Nieskończonych, nadprzyrodzonych istot, które powstały wraz z narodzinami świata. Poza Snem do Nieskończonych należą Śmierć, Los, Zniszczenie, Rozpacz, Pożądanie i najmłodsa z nich Maligna, reprezentująca marzenia, niosąca pierwiastek chaosu, stanowiąca okruch dziecka w każdym z nas. Każde z nich wpływa na nasz los. W każdej chwili naszego życia znajdujemy się pod wpływem, któregoś spośród Nieskończonych. To oni kierują naszym życiem, a przynajmniej w istotny sposób na nie wpływają.

Sandman - Pan Snów

„Sandman”, to tytuł serii komiksów autorstwa Neila Gaimana, opowiadających o świecie Pana Snów i jego wpływu na ludzi. To najgenialniejsze komiksy z jakimi przyszło mi się zetknąć. Gaiman udowadnia, że komiks może być sztuką, że może stać się wspaniałym narzędziem do przekazywania głębokich treści. Komiks to nie tylko opowieści o superbohaterach ratujących świat przed super-złoczyńcami. Początkowo wydawnictwo DC Comics, nie chciało wydawać komiksu pod tym tytułem, byłoby to w pewnym sensie ożywienie serii z lat siedemdziesiątych, lecz kiedy wydawcy zobaczyli pomysły Gaimana, dali mu całkowicie wolną rękę i dzięki temu powstało komiksowe arcydzieło. Gaiman jest twórcą niezwykłym. Autor komiksowych scenariuszy, oraz powieści s-f. Podobnie jak w Sandmanie miesza ze sobą wszelkie mitologie oraz historię, przyprawiając to wszystko swoją nieograniczona wyobraźnią, dzięki czemu powstają dzieła tak niezwykłe, jak „Sandman”, „1602”, czy też „Gwiezdny pył”. To kolejny sztukmistrz wzbogacający nasz szary świat, swoimi dziełami, umiejętnie balansujący pomiędzy popkulturą, a sztuką. Postawiłbym go w jednym szeregu wraz z takimi mistrzami jak Terry Gillam, czy Tim Barton. Ciekawe, co by też mogło powstać, gdyby któryś z wymienionych tu reżyserów zdecydowałby się na współpracę z Geimanem. Ach marzenia! Puki co pozostają nam niezwykłe komiksy Neila Geimana.

 

Nieskończeni. Po środku Sen, a później idąc wg ruchu wskazuwek zegara: Zniszczenie, Pożądanie, Maligna, Rozpacz, Śmierć i Los.

Życie w mroku

aruart

Od mniej więcej dwóch tygodni żyję w mroku. Kiedy ruszam do pracy słońce ledwie zaczyna wstawać, kiedy wracam do domu zaczyna zmierzchać. Gdy w pracy wyglądam przez okno świat pogrążony jest w półmroku. Dominującym kolorem jest szary, we wszelkich odmianach, czasem tylko przyozdobiony czernią. Szare, bezlistne drzewa, na których siedzą szare lub czarne ptaki. Szare, bezbarwne samochody, pędzą po szarych zakurzonych ulicach. Szarzy ludzie, pędzą pogrążeni w szarych myślach. Po szarym niebie suną szare chmury. Gdzie skryło się słońce? Ciągły półmrok męczy. Jestem stworem solarnym i chociaż nie przepadam za upałami, to nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez słońca. To ono wydobywa barwy, rozgrzewa serce i pobudza umysł. Chciałbym przespać zimę. Zahibernować się na tych kilka, okrutnie szarych miesięcy. Obudzić się wiosną, kiedy to świat na nowo ożyje. Przecież ja czuję się jak żywy trup, jakby wybebeszono mnie z sił. Otępiały, ciągle zmęczony i lekko rozdrażniony. CHCĘ SŁOŃCA!!! ŚWIATŁA!!! KOLORÓW!!! A to dopiero połowa grudnia i do wiosny przyjdzie mi czekać jeszcze przynajmniej przez trzy miesiące. No ale przecież zima potrafi również być piękna. Wystarczy trochę śniegu, lekkiego mrozu i kilka słonecznych promieni. Jak na razie to chyba o takiej zimie możemy sobie pomarzyć.

 


Szaleństwa staruszka

aruart

Każdemu, kogo najdzie strach przed starością, polecam czeski film pt."Babie lato". W ogóle bardzo polecam czeską kinematografię, zawsze to jakaś odskocznia dzieł naszych rodzimych twórców, po obejrzeniu których pozostaje już tylko dylemat, żyletka, czy gaz.

Film ten opowiada historię siedemdziesięciosześciolatka, który jakby nie zauważa swojego wieku i po prostu, dobrze się bawi. Jako były aktor praskiej operetki, wraz z przyjacielem wcielają się w różne persony, tak dla hecy, by przeżyć jakąś przygodę. Zupełnie inaczej niż jego małżonka, która martwi się przede wszystkim za co, gdzie i w jaki sposób zostaną pochowani. Ona żyje już zbliżającą się śmiercią, czytając pilnie nekrologi, oraz śledząc najnowsze trendy dotyczące pochówku, on stara się przede wszystkim wykorzystać jak najlepiej czas, który mu pozostał. Mimo tych różnic łączy ich głęboka miłość, której tylko pozazdrościć, aż mi się łezka w oku zakręciła, a nawet, z tego oka pociekła (ale o tym sza). Puki co, po przekroczeniu trzydziestki jakoś nie specjalnie myślę o starości. Kolejne choroby, rozgoryczenie wynikające z niespełnionych ambicji i wizja niedalekiej śmieci, jak na razie to coś bardzo odległego.

"Babie lato" zmusiło mnie jednak do refleksji na ten temat. Bardzo bym chciał żeby nas, z Basią, za czterdzieści lat łączyło podobne uczucie, jak głównych bohaterów filmu, ale nad tym przyjdzie nam popracować. Najważniejsze by nie stać się marudzącym, zgorzkniałym starcem. Mamy tylko jedno życie na tym świece i nie można go zmarnować. Trzeba chwytać dzień, nie tracąc ciekawości świata. Trzeba potrafić się bawić, nie wolno się tego bać „bo to nie wypada”. Nie ma czegoś takiego jak „nie wypada”. Żyć należy na wesoło, nigdy nie można bać się śmiechu. Obawiać się własnych wygłupów. To najbardziej normalne i zupełnie naturalne rzeczy, bez względu na wiek, jedna z tych, które sprawiają, że życie jest naprawdę piękne. Nikt z nas nie prosił się na ten świat, ale skoro już tu jesteśmy, to bawmy się, nie marnujmy żadnej chwili. Życie jest po to by marzyć, a później starać się po te marzenia sięgnąć. Życie jest piękne! I nigdy nie można o tym zapominać!


 

Piwo, dar bogów!

aruart

Pewnego razu Ozyrys, bóg zaświatów i rolnictwa przygotował sobie polewkę z wody i kiełkującego ziarna. Niestety coś oderwało go od tej czynności i pozostawił naczynie z woda i ziarnem na słońcu. Kiedy przypomniał sobie o porzuconej, pożywnej potrawie, okazało się, że zawartość naczynia sfermentowała. Ciekawy bóg zdecydował się spróbować dziwnej polewki. Efekt był cudowny, polewka zmieniła się w przepyszny napój. Uradowany bóg, postanowił podzielić się tym przypadkowym, lecz niezwykłym odkryciem z ludźmi.

W ten sposób, według egipskiego mitu, ludzie zostali obdarzeni tak zacnym trunkiem, jak piwo. Mit ten zawiera cząstkę prawdy. Piwo musiało narodzić się w dość podobny sposób, no może z pominięciem boskiego pośrednictwa. Kiedy na Bliskim Wschodzie powstawała cywilizacja, pomiędzy rzekami Eufratem a Tygrysem gdzie narodziło się rolnictwo, przypadkowo odkryto piwo. Zebrane zborze gromadzone było w smołowanych koszach i z pewnością niejednokrotnie zdarzyć się musiało, że w wyniku nieszczelności dachu pomieszczenia, w którym owe kosze były przechowywane, podczas deszczu ziarno namokło i zaczęło kiełkować. Jeśli później przyszły upalne dni, a w tamtym regionie świata nie jest to rzecz niezwykła, ziarno zaczynało fermentować i po kilku dniach powstawał dość niezwykły napój, tym bardziej atrakcyjny, że jego jedyną konkurencją była woda. O tym jak ważny dla starożytnych Sumerów stał się tak wynaleziony napój świadczyć może to, że osoby zatrudnione na dworach królów sumeryjskich, od wysokich urzędników, po zwykłego ogrodnika, jako zapłatę za swoją pracę otrzymywali zborze i piwo. W najstarszym utworze literackim „Eposie o Gilgameszu” umiejętność wyrobu piwa jest wyznacznikiem cywilizacji. Dla Egipcjan napój ten był na tyle ważny, że dzbany z piwem były wkładane do grobowców. W grobowcu Tutenchamona odnaleziono komplet narzędzi do warzenia piwa. Tak jak my dziś pozdrawiamy się życząc sobie dobrego dnia, Egipcjanie pozdrawiali się słowami „chleba i piwa”. Piwo, zwłaszcza kiedy zaczęto udoskonalać sposoby jego wytwarzania, wpłynęło bardzo pozytywnie na na zdrowie ludzi, woda mogła być zatruta, ważone piwo było jak najbardziej zdrowym napojem. Stanowiło bezcenne źródło witamin z grupy B. No i najważniejsze, wprowadzało w łagodny, piwny stan. Skłaniało do dyskusji. Przy piwie, tak jak i dziś można było przyjemnie spędzać czas. W Mezopotamii istniał nawet zwyczaj spożywania piwa ze wspólnego dzbana.

I szkoda tylko, że jakość współczesnego piwa, przynajmniej w Polsce jest coraz gorsza. Nie taki napój dostaliśmy od Ozyrysa.


Strefa rokendrola wolna od angola

aruart

Kochasz rocka? Takich jak ty są miliony. Niezliczona rzesza zespołów na całym świecie, wykorzystuje rockowy żywioł do wyrażenia swoich emocji, bo nie ma lepszego sposobu na wyrzucenie z siebie gniewu, buntu, sprzeciwu wobec rzeczywistości. Większość z tych kapel pozostaje jednak zupełnie anonimowa, do nas docierają głównie kapele anglojęzyczne. Jest jednak jedna audycja radiowa, nadawana w każdą sobotę pomiędzy godziną 22 a północą, w programie trzecim polskiego radia, w której można usłyszeć zespoły rockowe z całego świata, od Bałkanów po Chiny, od Skandynawii po Indie, główna zasada, która wyróżnia puszczane tam zespoły to, to że wykonywane przez nie utwory nie mogą być po angielsku. Audycja ta nosi chlubne miano „Strefa rokendrola wolna od angola” i w 100% od tego języka jest wolna. Kiedy pewnej soboty usłyszałem chiński death metal, po prostu wymiękłem, z wdzięczności klękając przed głośnikami. Szkoda tylko, że większość kapel, które można tam usłyszeć jest właściwie nieosiągalna. Ale tym bardziej chce się słuchać w sobotni wieczór strefy, bo to jedyny sposób poznać coś zupełnie nowego. I chociaż prowadzący audycję Michał Owczarek, nie jest w pełni profesjonalnym dziennikarzem radiowym i czasami po prostu męczy, to chwała mu za popularyzację międzynarodówki rockowej. Muszę przyznać, że jest to jedna z najlepszych audycji muzycznych jakie można znaleźć w polskim eterze.

I mały cytat z redaktora Owczarka:

Strefa – czas to niespokojny
Trzeba stan wprowadzić wojny
Dziś generał Wilk* ma wolę
Powojować fest z angolem

*chodzi o red. Owczarka Michała
co psioczy, warczy, lecz prężnie działa


redaktor Owczarek

Międzynarodowy Dzień Ziem Górskich

aruart

W dniu wczorajszym obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Ziem Górskich. Tereny górskie zajmują 1/3 Europy i należą do najpiękniejszych tworów natury. Góry wyciągają z człowieka to co najlepsze, mogą dać prawdziwego kopa, ale jak się wytrwa, czeka nas wspaniała nagroda, w postaci zapierających dech widoków i ogromnej satysfakcji. Nic tak nie oczyszcza umysłu jak górska wyprawa, podczas której z głowy wylatują wszelkie niepotrzebne myśli. Jest tylko czysty wysiłek fizyczny i przyroda. Szkoda tylko, że w tym roku aż tak bardzo zaniedbałem góry. Mam nadzieję, że następny będzie stał pod znakiem górskich wypraw.


 

 


Zemsta zwierząt

aruart

A gdyby tak okazało się, że zwierzęta, które dotąd pokornie znosiły panowanie człowieka zbuntowały się i zaczęły odpłacać tym, którzy w szczególny sposób roszczą sobie prawo do panowania nad przyrodą – myśliwym? Gdyby zwierzęta nagle zaczęły mordować myśliwych. Zastawiać na nich pułapki, wystawiać przynętę, polować na nich? Niemożliwe? Czy te kilkadziesiąt tysięcy lat panoszenia się człowieka nie wystarczy. Szczególnie brutalny dla zwierząt okres ostatnich kilku stuleci, podczas których ich przestrzeń została ograniczona do maleńkich obszarów, w których żyją nieliczne niedobitki, w ciągłym zagrożeniu. I nagle ginie kłusownik, dławiąc się kosteczką niedawno upolowanej sarny, szef policji przewodzący myśliwym z okolicznego koła łowieckiego zostaje wepchnięty przez sarny do studni, hodowca lisów i właściciel ubojni wpada we wnyki goniąc za pięknym, rudym okazem. Niemożliwe? No, tak to tylko literacka fikcja, stworzona przez mistrzynię prozy Olgę Tokarczuk. To zresztą jak się okazało wspaniały pomysł na wstęp do kryminału „Prowadź swój pług przez kości umarłych” - bunt zwierząt wisi w powietrzu, to ostrze sprawiedliwej zemsty, która wisi nad gatunkiem ludzkim.


Główna bohaterka Janina Duszejko, wkurzająca stara baba, jest postacią, która irytuje, ale jednocześnie przez to, że jest bardzo odjechana wzbudziła we mnie sporo sympatii. Ma w sobie to coś, czego brakuje większości z nas, pasję. Mocno w coś wierzy i jest bardzo konsekwentna w swoich działaniach. Ma również pewien niezwykły dar, potrafi wydobyć pasję z innych, na pozór szarych, niczym się nie odznaczających ludzi. Tokarczuk w swojej książce nie tylko zwraca uwagę na okrutny los zwierząt, rozprawia się z ludzką głupotą, nietolerancją, ciemnotą i buractwem, a także pseudo etyką katolicką. Nie jest to jednak książka metafizyczna, jak wcześniejsze, genialne „Bieguni”. Jest dosyć prosta, przystępnym językiem mówi o sprawach ważnych, o których niestety mówi się niewiele. Jak mówi sama autorka uzasadniając napisanie tej książki „Chciałam poruszyć czytelnika i wzbudzić w nim opowiadaną historią pewien rodzaj moralnej niewygody. Chodziło mi o to, żeby czytelnika przeszedł naprawdę dreszcz – gniewu i grozy” Czy się udało? Niech każdy przekona się sam. Wspomnieć należy o świetnych ilustracjach wykonanych przez Jaromira 99, nie często zdarza się by proza dla dorosłych była ilustrowana.


Mam nadzieję, że przynajmniej u kilku osób książka ta wzbudzi niepokój, że wchodząc do lasu poczują się dziwnie, wciąż obserwowani, przez niezbyt przychylne im oczy. Bo może nie będzie to bunt, o jakim pisze Tokarczuk, może bardziej będzie to przypominało wizję Gray Snydera :

Raz do roku jelenie łowią ludzi. Robią różne rzeczy, które nieodparcie przyciągają do nich ludzi. Każdy jeleń upatruje sobie jakiegoś człowieka. Bierze go na cel, a wtedy człowiek zmuszony jest zabić jelenia, zdjąć z niego skórę, zanieść mięso do domu i zjeść je. Tym sposobem jeleń znajduje się wewnątrz człowieka. Czeka tam i ukrywa się, ale człowiek nic o tym nie wie. I kiedy już dostateczna ilość jeleni opanuje dostateczną ilość ludzi, zastrajkują wszystkie naraz. Ludzie nie mający w sobie jeleni również zostaną wzięci przez zaskoczenie. W ten sposób wszystko się jakoś odmieni. To się nazywa otoczenie od wewnątrz”

Sierpień 1968

aruart

21 sierpnia 1968 roku, wojska Układu Warszawskiego (ZSRR, Polski i Węgier) wkroczyły do Czechosłowacji, by ochronić bratni naród czechosłowacki, przed próbą reform i uniezależnieniem od Związku Radzieckiego. W krótkim czasie sytuacja została opanowana, Czesi i Słowacy znów mogli cieszyć się z demokracji ludowej. Udział w tzw. operacji „Dunaj” należy do najczarniejszych kart polskiego oręża. Udziału w niej odmówili Rumuni, w ostatniej chwili wycofało się NRD, a my jak te osły poszliśmy za naszym wielkim bratem dławić wolność: „Bo społeczeństwo czechosłowackie, to wiecie, poprosili nas o pomoc, a my już tacy jesteśmy, że jak nas ktoś o coś prosi, to żeby skały srały… my nie zawiedziemy. Nie po to bohaterska noga polskiego żołnierza zatknęła sztandar w samym sercu hitlerowskiej hordy… U nas nie ma miętkiej gry. Od tego macie sojuszników, żeby tu na was stanęli murem” jak pięknie uzasadnił nasz udział jeden z bohaterów filmu „Operacja Dunaj”. Film ten, to rzadki przykład próby podejścia do ciężkiego tematu z przymrożeniem oka. Rzecz w naszej kinematografii wyjątkowa. Podoba mi się pomysł, podczas inwazji gubi się jeden z polskich czołgów, weteran z czasów II wojny światowej o wdzięcznej nazwie „Biedroneczka”. Tu polscy „herosi” spotykają się z czeskimi „Szwejkami”, którzy nie są w stanie pojąć o co okupantom z północy w ogóle chodzi. Polscy czołgiści, jakoś jednak pod względem charakteru bardziej podobni są do Czechów niż do potomków zdobywców Moskwy. Reżyser w swojej opowieści oparł się na legendzie, mówiącej o tym, że w sierpniu 1968 roku na terytorium Czechosłowacji zaginął polski czołg. Jedna z hipotez mówi o tym, że dowódca czołgu miał narzeczoną w Czechach i po przekroczeniu granicy maszynę opuścił i zdezerterował. Czy jest to prawda czy też nie.. w sumie nieważne, po prostu wówczas wszyscy powinni tak zrobić by nie być bezmyślnym narzędziem w rękach sowietów. Wracając jednak do filmu, nie wiem dlaczego został on tak chłodno przyjęty przez krytykę. Czytam kolejne recenzje i nikt nie zauważa jednej istotnej rzeczy, w końcu ktoś zrobił film, w którym nie ma rozdzierania szat, płaczu, jacy to my jesteśmy biedni i zawsze pokrzywdzeni, nie ma heroizmu, a jest ironia, śmiech z naszych ułańskich przywar narodowych.

 

Achilles i żółw

aruart

Grecki filozof Zenon z Elei próbował pokonać trudności w rozumieniu czasu i przestrzeni jako wielkich ciągłych, które można dzielić w nieskończoność. Jest on twórcą kilku paradoksów, w których rozważa problem dzielenia czasu i przestrzeni. Jednym z nich jest paradoks Achillesa i żółwia: Achilles ściga się z żółwiem, a będąc pewnym zwycięstwa daje mu fory, Achilles potrafi biegać 2 razy szybciej od żółwia i dlatego na starcie pozwala mu się oddalić o 1/2 całego dystansu. Achilles, jako biegnący 2 razy szybciej od żółwia, dobiegnie do 1/2 dystansu w momencie, gdy żółw dobiegnie do 3/4 dystansu. W momencie gdy Achilles przebiegnie 3/4 dystansu, żółw znowu mu "ucieknie" pokonując 7/8 dystansu. Gdy Achilles dotrze w to miejsce, żółw znowu będzie od niego o 1/16 dystansu dalej, i tak dalej w nieskończoność. Wniosek: Achilles nigdy nie dogoni żółwia, mimo że biegnie od niego dwa razy szybciej, gdyż zawsze będzie dzieliła ich zmniejszająca się odległość. Nie zamierzam się jednak rozwodzić na temat tego paradoksu, pisze o nim tylko dlatego, że stał się on wyjściem do filmu Takeshi Kitano „Achilles i żółw”, który miałem przyjemność obejrzeć.

Zapowiadała się dosyć nudnawa historia syna bogacza, który marzy o tym by zostać wielkim malarzem. Chłopak od najmłodszych lat nie zajmuje się niczym innym niż malowaniem, szkicowaniem rysowaniem... Już jako dorosły próbuje sprzedać swoje obrazy, lecz uznany zostaje za zbyt surowego, niedojrzałego, dlatego udaje się na studia malarskie, i za wszelką cenę stara się doścignąć największych mistrzów, całkowicie kopiując ich styl. Bohater poświęca całe swoje życie by stać się wielkim, w czym przez długi czas wspiera go żona. W końcu i ona odchodzi. Główny bohater, jak Achilles próbuje dogonić żółwia, czyli sukces i jak Achilles z paradoksu Zenona z Elei, skazany jest na porażkę. Film jest niesamowity. Świetnie opowiedziany. Ile człowiek jest w stanie poświecić by osiągnąć cel? Gdzie jest granica szaleństwa? No i czym w ogóle jest sztuka? Te pytania stawia Kitano. Jego odpowiedzi są zarazem ostrzeżeniem, gonitwa za sukcesem może stać się przyczyną naszej klęski. Ale może warto podjąć takie ryzyko, być może potomni docenią nasze wysiłki? O ile uboższy byłby nasz świat gdyby van Gog, Beethoven, czy Dostojewski daliby sobie spokój ze sztuką. Wniosek jest dość brutalny, niektórzy muszą poświęcić swoje życie, doprowadzić się do upadku, by nam żyło się piękniej. Ale, czy to przypadkiem nie za wysoka cena?



Takeshi Kitano, swoją karierę rozpoczął jako komik, później dał się poznać jako twórca filmów o japońskiej mafii, nazywany czasem japońskim Tarantino. Z czasem okazał się twórcą zaskakujących i zmuszających do myślenia filmów, takich jak „Lalki”, czy „Hana – bi”. Oprócz tego maluje, pisze książki i wiersze. Jego najbardziej niezwykłym filmem jest „Niech żyje reżyser!” - rodzaj komicznej autobiografii, w której Kitano wyśmiewa się ze swojej twórczości. Film mistrzowski. Kitano pokazał wielki dystans jaki ma do swoich filmów. Myślę, że niewielu twórców byłoby w stanie wyśmiać własne dzieła, do tego jeszcze w tak inteligentny sposób. Kitano to jeden z najbardziej orginalnych twórców współczesnego kina, którego filmy są alternatywą wobec tego co oferuje nam Hollywood.

 


© AruArt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci