Menu

AruArt

dziennik niecodzienny

Zemsta zwierząt

aruart

A gdyby tak okazało się, że zwierzęta, które dotąd pokornie znosiły panowanie człowieka zbuntowały się i zaczęły odpłacać tym, którzy w szczególny sposób roszczą sobie prawo do panowania nad przyrodą – myśliwym? Gdyby zwierzęta nagle zaczęły mordować myśliwych. Zastawiać na nich pułapki, wystawiać przynętę, polować na nich? Niemożliwe? Czy te kilkadziesiąt tysięcy lat panoszenia się człowieka nie wystarczy. Szczególnie brutalny dla zwierząt okres ostatnich kilku stuleci, podczas których ich przestrzeń została ograniczona do maleńkich obszarów, w których żyją nieliczne niedobitki, w ciągłym zagrożeniu. I nagle ginie kłusownik, dławiąc się kosteczką niedawno upolowanej sarny, szef policji przewodzący myśliwym z okolicznego koła łowieckiego zostaje wepchnięty przez sarny do studni, hodowca lisów i właściciel ubojni wpada we wnyki goniąc za pięknym, rudym okazem. Niemożliwe? No, tak to tylko literacka fikcja, stworzona przez mistrzynię prozy Olgę Tokarczuk. To zresztą jak się okazało wspaniały pomysł na wstęp do kryminału „Prowadź swój pług przez kości umarłych” - bunt zwierząt wisi w powietrzu, to ostrze sprawiedliwej zemsty, która wisi nad gatunkiem ludzkim.


Główna bohaterka Janina Duszejko, wkurzająca stara baba, jest postacią, która irytuje, ale jednocześnie przez to, że jest bardzo odjechana wzbudziła we mnie sporo sympatii. Ma w sobie to coś, czego brakuje większości z nas, pasję. Mocno w coś wierzy i jest bardzo konsekwentna w swoich działaniach. Ma również pewien niezwykły dar, potrafi wydobyć pasję z innych, na pozór szarych, niczym się nie odznaczających ludzi. Tokarczuk w swojej książce nie tylko zwraca uwagę na okrutny los zwierząt, rozprawia się z ludzką głupotą, nietolerancją, ciemnotą i buractwem, a także pseudo etyką katolicką. Nie jest to jednak książka metafizyczna, jak wcześniejsze, genialne „Bieguni”. Jest dosyć prosta, przystępnym językiem mówi o sprawach ważnych, o których niestety mówi się niewiele. Jak mówi sama autorka uzasadniając napisanie tej książki „Chciałam poruszyć czytelnika i wzbudzić w nim opowiadaną historią pewien rodzaj moralnej niewygody. Chodziło mi o to, żeby czytelnika przeszedł naprawdę dreszcz – gniewu i grozy” Czy się udało? Niech każdy przekona się sam. Wspomnieć należy o świetnych ilustracjach wykonanych przez Jaromira 99, nie często zdarza się by proza dla dorosłych była ilustrowana.


Mam nadzieję, że przynajmniej u kilku osób książka ta wzbudzi niepokój, że wchodząc do lasu poczują się dziwnie, wciąż obserwowani, przez niezbyt przychylne im oczy. Bo może nie będzie to bunt, o jakim pisze Tokarczuk, może bardziej będzie to przypominało wizję Gray Snydera :

Raz do roku jelenie łowią ludzi. Robią różne rzeczy, które nieodparcie przyciągają do nich ludzi. Każdy jeleń upatruje sobie jakiegoś człowieka. Bierze go na cel, a wtedy człowiek zmuszony jest zabić jelenia, zdjąć z niego skórę, zanieść mięso do domu i zjeść je. Tym sposobem jeleń znajduje się wewnątrz człowieka. Czeka tam i ukrywa się, ale człowiek nic o tym nie wie. I kiedy już dostateczna ilość jeleni opanuje dostateczną ilość ludzi, zastrajkują wszystkie naraz. Ludzie nie mający w sobie jeleni również zostaną wzięci przez zaskoczenie. W ten sposób wszystko się jakoś odmieni. To się nazywa otoczenie od wewnątrz”

Sierpień 1968

aruart

21 sierpnia 1968 roku, wojska Układu Warszawskiego (ZSRR, Polski i Węgier) wkroczyły do Czechosłowacji, by ochronić bratni naród czechosłowacki, przed próbą reform i uniezależnieniem od Związku Radzieckiego. W krótkim czasie sytuacja została opanowana, Czesi i Słowacy znów mogli cieszyć się z demokracji ludowej. Udział w tzw. operacji „Dunaj” należy do najczarniejszych kart polskiego oręża. Udziału w niej odmówili Rumuni, w ostatniej chwili wycofało się NRD, a my jak te osły poszliśmy za naszym wielkim bratem dławić wolność: „Bo społeczeństwo czechosłowackie, to wiecie, poprosili nas o pomoc, a my już tacy jesteśmy, że jak nas ktoś o coś prosi, to żeby skały srały… my nie zawiedziemy. Nie po to bohaterska noga polskiego żołnierza zatknęła sztandar w samym sercu hitlerowskiej hordy… U nas nie ma miętkiej gry. Od tego macie sojuszników, żeby tu na was stanęli murem” jak pięknie uzasadnił nasz udział jeden z bohaterów filmu „Operacja Dunaj”. Film ten, to rzadki przykład próby podejścia do ciężkiego tematu z przymrożeniem oka. Rzecz w naszej kinematografii wyjątkowa. Podoba mi się pomysł, podczas inwazji gubi się jeden z polskich czołgów, weteran z czasów II wojny światowej o wdzięcznej nazwie „Biedroneczka”. Tu polscy „herosi” spotykają się z czeskimi „Szwejkami”, którzy nie są w stanie pojąć o co okupantom z północy w ogóle chodzi. Polscy czołgiści, jakoś jednak pod względem charakteru bardziej podobni są do Czechów niż do potomków zdobywców Moskwy. Reżyser w swojej opowieści oparł się na legendzie, mówiącej o tym, że w sierpniu 1968 roku na terytorium Czechosłowacji zaginął polski czołg. Jedna z hipotez mówi o tym, że dowódca czołgu miał narzeczoną w Czechach i po przekroczeniu granicy maszynę opuścił i zdezerterował. Czy jest to prawda czy też nie.. w sumie nieważne, po prostu wówczas wszyscy powinni tak zrobić by nie być bezmyślnym narzędziem w rękach sowietów. Wracając jednak do filmu, nie wiem dlaczego został on tak chłodno przyjęty przez krytykę. Czytam kolejne recenzje i nikt nie zauważa jednej istotnej rzeczy, w końcu ktoś zrobił film, w którym nie ma rozdzierania szat, płaczu, jacy to my jesteśmy biedni i zawsze pokrzywdzeni, nie ma heroizmu, a jest ironia, śmiech z naszych ułańskich przywar narodowych.

 

Achilles i żółw

aruart

Grecki filozof Zenon z Elei próbował pokonać trudności w rozumieniu czasu i przestrzeni jako wielkich ciągłych, które można dzielić w nieskończoność. Jest on twórcą kilku paradoksów, w których rozważa problem dzielenia czasu i przestrzeni. Jednym z nich jest paradoks Achillesa i żółwia: Achilles ściga się z żółwiem, a będąc pewnym zwycięstwa daje mu fory, Achilles potrafi biegać 2 razy szybciej od żółwia i dlatego na starcie pozwala mu się oddalić o 1/2 całego dystansu. Achilles, jako biegnący 2 razy szybciej od żółwia, dobiegnie do 1/2 dystansu w momencie, gdy żółw dobiegnie do 3/4 dystansu. W momencie gdy Achilles przebiegnie 3/4 dystansu, żółw znowu mu "ucieknie" pokonując 7/8 dystansu. Gdy Achilles dotrze w to miejsce, żółw znowu będzie od niego o 1/16 dystansu dalej, i tak dalej w nieskończoność. Wniosek: Achilles nigdy nie dogoni żółwia, mimo że biegnie od niego dwa razy szybciej, gdyż zawsze będzie dzieliła ich zmniejszająca się odległość. Nie zamierzam się jednak rozwodzić na temat tego paradoksu, pisze o nim tylko dlatego, że stał się on wyjściem do filmu Takeshi Kitano „Achilles i żółw”, który miałem przyjemność obejrzeć.

Zapowiadała się dosyć nudnawa historia syna bogacza, który marzy o tym by zostać wielkim malarzem. Chłopak od najmłodszych lat nie zajmuje się niczym innym niż malowaniem, szkicowaniem rysowaniem... Już jako dorosły próbuje sprzedać swoje obrazy, lecz uznany zostaje za zbyt surowego, niedojrzałego, dlatego udaje się na studia malarskie, i za wszelką cenę stara się doścignąć największych mistrzów, całkowicie kopiując ich styl. Bohater poświęca całe swoje życie by stać się wielkim, w czym przez długi czas wspiera go żona. W końcu i ona odchodzi. Główny bohater, jak Achilles próbuje dogonić żółwia, czyli sukces i jak Achilles z paradoksu Zenona z Elei, skazany jest na porażkę. Film jest niesamowity. Świetnie opowiedziany. Ile człowiek jest w stanie poświecić by osiągnąć cel? Gdzie jest granica szaleństwa? No i czym w ogóle jest sztuka? Te pytania stawia Kitano. Jego odpowiedzi są zarazem ostrzeżeniem, gonitwa za sukcesem może stać się przyczyną naszej klęski. Ale może warto podjąć takie ryzyko, być może potomni docenią nasze wysiłki? O ile uboższy byłby nasz świat gdyby van Gog, Beethoven, czy Dostojewski daliby sobie spokój ze sztuką. Wniosek jest dość brutalny, niektórzy muszą poświęcić swoje życie, doprowadzić się do upadku, by nam żyło się piękniej. Ale, czy to przypadkiem nie za wysoka cena?



Takeshi Kitano, swoją karierę rozpoczął jako komik, później dał się poznać jako twórca filmów o japońskiej mafii, nazywany czasem japońskim Tarantino. Z czasem okazał się twórcą zaskakujących i zmuszających do myślenia filmów, takich jak „Lalki”, czy „Hana – bi”. Oprócz tego maluje, pisze książki i wiersze. Jego najbardziej niezwykłym filmem jest „Niech żyje reżyser!” - rodzaj komicznej autobiografii, w której Kitano wyśmiewa się ze swojej twórczości. Film mistrzowski. Kitano pokazał wielki dystans jaki ma do swoich filmów. Myślę, że niewielu twórców byłoby w stanie wyśmiać własne dzieła, do tego jeszcze w tak inteligentny sposób. Kitano to jeden z najbardziej orginalnych twórców współczesnego kina, którego filmy są alternatywą wobec tego co oferuje nam Hollywood.

 


Siejąc postrach na Karaibach

aruart

Zdarzyć się morze, że znajdzie się gra, która szczególnie wciąga. Przez ostatnich kilka dni zupełnie odleciałem dzięki gierce „Sid Meier's Pirates”. Grę kupiłem jakiś czas temu za 15 zł i odłożyłem na półkę zupełnie o niej zapominając. Ostatniej nudnej, jesiennej niedzieli sięgnąłem po nią i ku mojemu zaskoczeniu, zupełnie mnie pochłonęła. Bardzo prosta fabuła – sterujemy statkiem pirackim, atakujemy inne okręty pływające po Karaibach, czasem wykonujemy jakieś zadania, a to złupienie jakiejś miejscowości, to odnalezienie ukrytego skarbu. Czasem pracujemy dla któregoś z gubernatorów. Najważniejsze jest jednak gromadzenie bogactw. Dość prosta grafika, ale za to wspaniała zabawa. Nagle okazuje się, że można kierować potężnym okrętem i łupić wyładowane złotem, hiszpańskie galeony. W sumie to w dwa dni stałem się prawdziwym postrachem Karaibów, gromiąc wszystkich innych piratów i siejąc przerażenie wśród statków pływających pod banderą kolonialnych potęg.

Współczesne gry dają nieosiągalną przez inne rodzaje rozrywki możliwość przeniesienia się w zupełnie inną rzeczywistość. Ich scenariusze są coraz bardziej rozbudowane. Dzięki nim możemy chociaż na kilka godzin zapomnieć o szarej codzienność i przenieść się do zupełnie innej rzeczywistości. Tam możemy ratować świat, podbijać obce galaktyki i w ten sposób przynajmniej nieznacznie się dowartościować. Gry zaczynają być ciekawsze od filmów dając graczowi (widzowi) możliwość decydowania jak zachowają się bohaterowie i jak będzie rozwijała się fabuła. Mam nadzieję, że gier takich jak nasz polski „Wiedźmin”, którego kilka dni temu zakończyłem będzie coraz więcej. Ale o tym napiszę innym razem. Puki co wracam na Karaiby, by potwierdzić swoja pozycję największego pirata tych wód.


Dzień Wdzięczności za Pracę

aruart

Mamy dziś Dzień Wdzięczności za Pracę, przynajmniej w Japonii. Japończycy lud pracowity, ceniący pracę, ustanowił specjalne święto radości z jej posiadania. O święcie tym dowiedziałem się zupełnie przypadkowo. Słuchając radia, podczas wiadomości gospodarczych, spiker wspomniał, że z okazji tego niezwykłego dnia, tokijska giełda dzisiaj nie pracuje. A wydawać by się mogło, że z okazji Dnia Wdzięczności za Pracę, Japończycy spędzą w pracy więcej czasu niż zwykle, że każdy zobowiąże się pracować przez 24 godziny, z krótkimi tylko przerwami na posiłek i inne potrzeby fizjologiczne, podnosząc dodatkowo wydajność pracy przynajmniej o 10%. A tu jednak niespodzianka, Japończycy mają wolne. Ciekawe jak sobie z tym radzą, ludziom w których od najmłodszych lat wyrabia się pracoholizm, musi być w taki dzień wyjątkowo ciężko.

Wiadomość o tym japońskim święcie skłoniła mnie do refleksji. Czy ja jestem wdzięczny za pracę? Lubię moją pracę, sprawia mi ona sporo przyjemności, a czasem nawet satysfakcji, ale nie powiedziałbym, że jestem za nią jakoś specjalnie wdzięczny. Jeśli chodzi o mnie, to w sumie, gdyby nie to, że trzeba zarabiać, by móc jakoś przeżyć, to byłbym w stanie funkcjonować baz pracy. W sumie to praca przeszkadza mi w realizacji wielu planów i projektów, na które mam czas tylko podczas wakacji, bo normalnie jestem zbyt zmęczony i twórczo zużyty, by móc się za nie zabrać. Jestem zadowolony, z tego, że mam pracę, którą lubię, ale nie czuję wdzięczności. I pewnie dlatego dzisiaj nie świętowałem i jak co rano obudziłem się dziesięć minut po godzinie szóstej rano, by zjeść śniadanie i ruszyć do pracy. Straszny ze mnie niewdzięcznik, ale naprawdę, odpowiadałby mi system, w którym pracowałyby na nas robociki, a my moglibyśmy się zająć podróżami, czytaniem, a przede wszystkim tworzenie. Praca jest ważna, ale nie koniecznie musi się stać sensem naszego życia, no chyba, że zaczynamy zarabiać na naszej działalności „pobocznej”, dającej nam satysfakcję i spełnienie, ale zdarza się nielicznym, chociaż pomarzyć zawsze można, w końcu marzenia nie kosztują.

Makabryczna aukcja

aruart

Ne e-bayu ktoś wystawił do sprzedania krew i mózg Benito Mussoliniego. Ile taka makabryczna pamiątka kosztuje? Jedyne 15 tysięcy euro. Wcześniej artefakty te były przechowywane w poliklinice w Mediolanie, skąd ktoś je zabrał i postanowił na nich nieco zarobić. Myślą, że każdy chciałby mieć w swoim domu takie cudo. Fiolka krwi i mózg zbrodniarza umieszczone na honorowym miejscu, w specjalnej gablotce umieszczonej na ścianie w salonie. A gdyby tak poszukać w sieci, to może znajdą się i inne pamiątki. Jakże wzbogaciłyby naszą kolekcję wąsy Stalina, a do tego może jeszcze łysina Lenina, oczy z binoklami Trockiego, może ktoś wykradnie z rosyjskich magazynów szczękę Hitlera, czaszka Pol Pota, a żeby kolekcja dwudziestowiecznych psychopatów była pełna to może ktoś zachował gdzieś wargę, powiekę lub przynajmniej napletek Che Guevary. Byłoby się czym pochwalić podczas urodzinowego przyjęcia, gdy zjawiliby się wszyscy znajomi i cała rodzina. Co tam znaczki, monety, obrazy, nic nie przebiłoby mojej kolekcji makabryczności. To znikam i zaczynam ławy, może jeszcze dziś uda mi się ustrzelić jakiś ciekawy okaz i rozpocząć jej budowę.

Kac

aruart

... kto nie poznał, ten nie żył. W niektórych kręgach zwany "syndromem galopujących turów". Stan, w którym niektóre zmysły wyostrzają się do granic możliwości, to wówczas, liść opadający na ziemię wydaje dźwięk, który można porównać z eksplozją bomby termojądrowej. Nie żebym wiedział jaki dźwięk powstaje podczas takiego wybuchu, ale musi to być właśnie coś takiego. A wyobraźcie sobie, że budzicie się po hucznej imprezie, powiedzmy, po ... na przykład wieczorze kawalerskim i nie tylko napier... was głowa, a wnętrzności chcą wypłynąć z was jak lawa z wulkanu i taką właśnie mają temperaturę. Najgorsze jednak jest to, że kompletnie nie pamiętacie, co działo się poprzedniej nocy. Nic, zero, pustaka. Wszelkie wysiłki waszego umęczonego umysłu nie przynoszą żadnego efektu. Rozglądacie się po pokoju, w którym się znajdujecie i widzicie, że lokal został kompletnie zdemolowany, brakuje wam zęba, a kiedy idziecie do toalety zastajecie tam tygrysa, a jakby tego było mało w szafie śpi kilkumiesięczne dziecko. No  i najważniejsze, gdzie jest pan młody? Przecież za dwa dni ma odbyć się ceremonia ślubna.

Jakie to szczęście, że to tylko scenariusz filmu "Kac Vegas". To tylko wstęp do tego, co jeszcze czeka bohaterów filmu. Jego twórcy bardzo poważnie potraktowali i wcielili w życie receptę Alfreda Hitchcock na dobry film. Zaczęli od trzęsienia ziemi, a właściwie od kaca giganta, by w miarę trwania filmu, wciąż zagęszczać jego akcję, tak, by napięcie stale rosło. Film ten jest najlepszym dowodem na to, że się myliłem, że zdarzają się jeszcze śmieszne komedie. I choć nie jest to żart najwyższego sortu, to przynajmniej brak w tym filmie wulgarnego prostactwa. To film katastroficzny, przy którym "2012" to bajeczka. Kac jest bardziej namacalnym i powszechnym zjawiskiem niż koniec świata, a takiego kaca jak ten nikomu nie życzę. Na szczęście "wszystko co się wydarzy w Vegas, zostaje w Vegas".

Duet, który rządzi!!!

Za trzy lata koniec świata...

aruart
Już 21 grudnia 2012 roku nastąpi zagłada naszej cywilizacji. 
Przepowiedzieli ją Majowie, który stworzyli bardzo dokładny kalendarz,
kończący się właśnie na tej dacie, na ten rok wskazują również niektórzy
"badacze" Biblii. Belgijski astrofizyk Patrick Geryl w swojej książce
"Proroctwo Oriona na rok 2012" twierdzi, że co 11,5 tys. lat dochodzi do
zmiany biegunów Ziemi, to spowoduje zmianę ruchu obrotowego naszej
planety czego efektem z kolei będą liczne, bardzo potężne trzęsienia
ziemi, i ogromne sztormy. Europa i Ameryka Północna, a właściwie, to co
z tych kontynentów pozostanie, zostaną przykryte lodem. Jedynym
bezpiecznym kontynentem ma być Afryka. Tam też Geryl stworzył farmę
-arkę "Perfect Vision", która ma przynieść gatunkowi ludzkiemu
ocalenie. Nie brakuje chętnych do zaokrętowania się na ten cudowny
"okręt". Ponoć wśród nich, są również Polacy. Nie wiem tylko, jak udało
mu się obliczyć, gdzie będą nowe bieguny Ziemi, skoro nie zna dokładnej
skali przewidywanego zjawiska. A może, to któraś z przepowiedni, gdzieś
między słowami wspomina, że tylko czarny ląd ocaleje? A może stwierdził,
że skoro tam jest kolebka naszego gatunku, to tylko to miejsce jest
bezpieczne.
W podobną stronę poszli autorzy filmu "2012". Roland Emmerich autor
"Pojutrza" i "Dnia niepodległości" przygotował nam kolejną, naszpikowaną
efektami specjalnymi, wizję końca świta. Ach ten Hollywood, tam to
potrafią niszczyć świat. Jak ktoś ma ochotę oglądać kres naszej
cywilizacji, to tylko na dużym ekranie, w dolby-surround. Szkoda tylko,
że nie pomyślano, by zrobić wersję 3 D. Marzeniem byłoby być światkiem
gdy ziemia otwiera się i pochłania gniazdo rozpusty i wszelkiego
grzechu, jakim niewątpliwie jest Las Vegas. Trzeba przyznać, że film
całkiem zgrabnie zrealizowany, nawet fabuła w miarę nieźle się trzyma.
Myślę, że ludzie w obliczu takiej katastrofy zachowywaliby się dokładnie
tak, jak pokazano w tym filmie. Bogaci kupili by sobie bilet do
przetrwania, władze pozostawiłyby swoich obywateli samych sobie, by
ginęli w nieświadomości. Być może znalazł by się również idealista
pokroju filmowego, czarnoskórego prezydenta Stanów Zjednoczonych, który
postanowił zginąć ze swoim nardem, chociaż w to szczerze wątpię i wydaje
mi się, że twórcy filmu, chcieli raczej nas pocieszyć. Po seansie naszły
mnie przemyślenia i postanowiłem odpowiednio się przygotować na koniec
świata. W najbliższym czasie zakupię "żelazną rezerwę"czeskiego
browarka, a kiedy zbliżał się będzie kres naszej cywilizacji, wezmę moją
żonkę w góry i tam przytuleni, będziemy obserwować, jak Ziemia pochłania
nasz świat. To będzie piękny koniec. I nie trzeba będzie spłacać kredytu
na mieszkanie.

W poszukiwaniu "złotej jesieni"

aruart

Mamy za sobą dwa tygodnie opadów deszczu. Deszcz padał tylko z krótkimi przerwami. Czasem była to tylko mżawka, innym razem lało naprawdę intensywnie. Brak słońca sprawiał, że wszystko przybrało jednolitą szarą barwę. Świat zaczął zlewać się w szarą, bezkształtną masę. Na szczęście dzisiaj od samego rana świeciło słońce. Niebo było lazurowo błękitne, więc by wykorzystać sytuacja, która może się już prędko nie powtórzyć, spakowałem aparat i ruszyłem do lasu. Po złotej jesieni pozostało już niewiele śladów, ale gdzieniegdzie dostrzec jeszcze można było jej pozostałości. Pogoda, która panowała przez ostatnich kilkanaście dni sprawiała, że powoli zacząłem pogrążać się w jakimś otępieniu. Nie miałem sił do jakichkolwiek działań. Jak dobrze by było, móc zapaść w zimowy sen, przespać pięć najbardziej paskudnych miesięcy, by obudzić się z całą przyrodą na wiosne. Jednak nie ma tak lekko. Trzeba będzie jakoś przetrwać do marca. Miejmy tylko nadzieję, że w tym czasie będzie jak najwięcej słońca.


aruart

Czy stosunek seksualny naprawdę nie istnieje? Z własnego doświadczenia wiem, że jednak, jest wręcz przeciwnie (całe szczęście!!!) „Stosunek seksualny nie istnieje” to debiutancka powieść Jasia Kapeli. Kapela jest dość młodym twórcą (rocznik 1984). To poeta – wydał dwa tomiki wierszy, jest tez zwycięzcą pierwszego slamu w Polsce, który zorganizowano w 2003 rok. Jest tez współautorem mojego ulubionego bloga popkulturalnego. „Stosunek” to zapis rozmów oraz przemyśleń dójki studentów kierunku humanistycznego Eligiusza i Wojtka. To bardzo ciekawy obraz dzisiejszych dwudziestoparolatków , którzy w świecie wyzbytym idei, próbują znaleźć coś, co by ich określiło. Nihilistyczny obraz przyszłej polskiej inteligencji. Książka niezbyt gruba, zaledwie 182 strony. Czyta się ją jednym tchem. No i najważniejsze, choć tematyka dość ponura, to mimo to Kapela świetnie posługuje się humorem, co sprawia, że nie odrzuca się jej po kilkunastu stronach.


„Eligiusz lubił rzucać słowa na wiatr i sprawdzać dokąd polecą. A odkąd zrozumiał, że wszystkie kierunki są równie dobre przestał się ograniczać.

Z powodu mej nieudanej próby samobójczej niestety nie jestem w stanie dostarczyć panu eseju o znaczeniu liczb w poezji Leśmiana w wyznaczonym terminie. Jednak jak tylko zagoją się rany na nadgarskach, czym prędzej zabiorę się za pisanie.

Serdecznie pozdrawiam

Eligiusz Kowalski

Tej treści maila wysłał wykładowcy...

Gdy znajomi ze studiów pytali go, co mu się stało, odpowiadał zależnie od humoru od humoru oraz tego kto pytał:

    - To skutek nadmiernej masturabacji.

    - Matka nie chciała mi kupić skutera, więc na obiedzie u dziadków, gdy miałem kroic mięso, podciołem sobie żyły. I powiedziałem patrząc jej w oczy „To przez ciebie”.

    - Mam początki trądu i lekarka kazała mi się bandażować.

    - To nowa amerykańska moda na sexy zombie.

    - Pociąłem się żeby zwrócić na siebie twoją uwagę.”


To tylko mały fragment, podobnych kawałków jest znacznie więcej. Kapela świetnie pisze, mieszając różne myśli i idee, tworzy z nich niesamowity kolaż. Jasiek, masz u mnie wielkiego plusa. Wszystkim gorąco polecam „Stosunek”, zarówno książkę, jak i...

Książka Kapeli to przykład tego, że w naszym kraju powstają naprawdę ciekawe książki. Nie mogą tego jednak powiedzieć o ostatniej powieści Sapkowskiego. „Żmija” to nieporozumienie. Mam nadzieję, że to tylko wypadek przy pracy naszego najważniejszego twórcy fantasy. Książka jest nudna, na całe szczęście nie za gruba, i tylko dlatego przeczytałem ja w całości. Jak gdzieś wyczytałem, początkowo miało to być tylko opowiadanie, ale tak dobrze się Sapkowskiemu pisało, że w ostateczności rozrosła się do rozmiarów samodzielnego tomu. Wykorzystanie historii konfliktów w Afganistanie było dobrym pomysłem. Merytorycznie też, kawał dobrej roboty, no i całkiem dobrze się to czyta. Czego więc zabrakło? Sama fabuła i główne postacie są bez wyrazu. Paweł Lewart miota się, lecz nie wiadomo o co mu chodzi, jest postacią nijaką. No i najważniejsze, w całej powieści brakuje humoru. Cechą charakterystyczna prozy Sapkowskiego zawsze był dowcip, zabawne, czasem wręcz rubaszne dialogi. Tylko nazwisko może gwarantować, że książka jako tako się sprzeda, a przyjmowana jest bardzo chłodno. Mam nadzieję, że pan Andrzej wyciągnie z tego wnioski i nie powtórzy się już gniot na miarę „Żmiji”.

Miodowy miesiąc

aruart

Ten wpis będzie ociekał słodkością, zachwytami nad stanem małżeńskim, miodem, będzie polany różowym lukrem, więc jeśli ktoś nie przepada za takimi kawałkami, nich sobie daruje czytanie. Mija właśnie pierwszy miesiąc naszego małżeństwa. Z pewnością jest to najbardziej niesamowity miesiąc jaki dane mi było do tej pory przeżyć (a mam już ich za sobą 387). Wszystko jest intensywniejsze, wspanialsze. Życie smakuje jak zimny Tokaj, w letni czerwcowy wieczór. Nasz związek wszedł na wyższy poziom. Bywa poważnie, ale jest także zabawnie, nawet bardzo zabawnie. Staliśmy się sobie znacznie bliżsi. Wcześniej myślałem, że to tylko papier, że nic to przecież nie zmienia, poza statusem formalnym. Okazało się jednak, że się myliłem. Nie wiem dlaczego, ale jest dużo, dużo lepiej. Czuję niezwykłe gorąco, tajemniczą siłę, która wybudza mnie z jesiennego letargu. I szkoda tylko, że niedługo po ślubie trzeba było wracać do pracy, że nie mieliśmy zbyt wiele czasu by nacieszyć się tylko sobą. Myślę, że nadrobimy to najpóźniej latem, kiedy będziemy już we własnym mieszkaniu. Miłość to rzecz najpiękniejsza, największa siła kierująca człowiekiem. Oby wokół nas było jej jak najwięcej. Kocham moją wspaniałą żonę i mam nadzieję, że ten euforyczny, miodowy stan potrwa jak najdłużej!!!

Nieskończone wszechświaty.

aruart

A gdyby tak istniał nie jeden świat, tylko nieskończona ilość światów równoległych. W 1957 roku, Hugh Everett III obronił prace doktorską, w której tworzy rewolucyjną, kwantową teorię wielu świtów. W latach 50-tych, fizycy kwantowi zauważyli, że niewielkie obiekty (cząstki, atomy itd.) pozostają w tzw. superpozycji stanów kwantowych, czyli , że ich parametry przyjmują jednocześnie wszystkie dopuszczalne przez prawa fizyki wartości aż do chwili, gdy dokonujemy pomiaru. Wówczas przybierają jedną i przypadkową wartość. Według teorii Everetta każdy stan superpozycji jest tak samo realny, i każdy zdarza się w innym, równoległym wszechświecie. Każdy z nas składa się z atomów, więc w myśl tej teorii, istnieje niekończona ilość wersji nas samych w innych, równoległych wszechświatach. Czyli gdzieś tam istnieją inni ja, niektórzy mądrzejsi, inni zaś mniej bystrzy. Grubsi lub chudsi, wszelkie możliwe kombinacje. Pewnie kilka tysięcy moich odpowiedników pisze właśnie teraz wpis na swoim blogu, mniej lub bardziej podobny do tego.

Teoria Everetta nie została zbyt przychylnie przyjęta wśród fizyków kwantowych, co uniemożliwiło mu dalszą karierę naukową. Sam Hugh Everett III, to dość ciekawa osoba. Już jako dwunastolatek korespondował z Einsteinem. Kiedy kariera naukowa legła w gruzach, by uniknąć wcielenia do wojska i wysłania na wojną w Korei, rozpoczął pracę dla Pentagonu. Jako człowiek był osobą zimną, nie zwracająca uwagi na uczucia innych. O jego teorii przypomniano sobie dopiero na początku lat 70-tych, sam jednak już do niej nie powrócił.


Myślę, że koncepcja Everetta jest dosyć intrygująca. Nasze życie, nasz świat w nieskończonych wariantach, wszystko jest więc możliwe, nawet najbardziej niewiarygodna rzecz mogłaby się wydarzyć w którymś z bliźniaczych światów. Teoria ta jest świetną pożywką dla literatury i filmu s-f, czego przykładem może być serial „Sliders” czy książki z cyklu „Kroniki Amberu” Zelaznego. Nie wiem czy będzie to dla nas jakimś pocieszeniem, ale jeśli odniesiemy jakąś klęskę, coś nam się nie powiedzie, to na pewno istnieje chociaż jeden równoległy wszechświat, w którym nasze działanie zakończyło się sukcesem.

Jesienne impresje

aruart

I zaczęła się na dobre, tak przeze mnie znienawidzona, pora jesienno – zimowa. Dopadła mnie w tym tygodniu i zniewoliła. Pozbawiła sił. Nic, kompletnie nic nie było w stanie mnie wyrwać ze stanu odrętwienia. Nie potrafiłem skupić się na dłużej na żadnej rzeczy. Ani książka, ani film, nawet na gry nie mogły mnie zainteresować na dłużej. Kiedy zabierałem się za pisanie wychodziły mi tylko bezładne zdania, bez większego sensu. Zaczynam tęsknić za słońcem, brak mi zieleni. Coś wyssało ze mnie wszystkie siły. Jakoś ciężko mi wykrzesać chociaż odrobinę optymizmu. Mam nadzieję, że to tylko chwilowy spadek formy i powoli zacznę przyzwyczajać się do szarzyzny i zimna za oknem. Mój umysł znów ekspoloduje kolejnymi pomysłami, a i aura zacznie być nieco bardziej przyjazna pozwalając na zaczerpnięcie chociaż kilku życiodajnych promieni słonecznych i za nim się spostrzegę znów będzie wiosna i ponownie poczuję potężny przypływ życiodajnej siły.


Nowa Villa Diodati

aruart

W pobliżu szwajcarskiej miejscowości Cologny, nad samym Jeziorem Genewskim, znajduje się Villa Diodati. Miejsce to odegrało dość szczególną rolę w historii literatury. Z początkiem XIX stulecia przebywał tam lord Byron. Wraz z nim deszczowe lato 1916 roku w Villa Diodati spędzali Mary Shelley, Percy Shelley, John Polidori i kilka innych osób. By rozwiać nudę Byron zaproponował konkurs na najlepszą makabreskę. Rozpoczęły się dyskusje, na tematy fantastyczne, tak jak choćby to, czy elektryczność jest w stanie wskrzesić życie w martwych tkankach. Z samego pobytu w Villa Diodati nie pozostał żaden utwór literacki, ale dysputy, które wówczas miały miejsce musiały być dosyć inspirujące. Dwa lata po tym spotkaniu Mery Shelley publikuje dzieło pod tytułem „Frankenstein, czyli nowy Prometeusz”. W 1819 roku, inny gość Villi, John Polidori pisze opowiadanie „Wampir”, bez którego Stocker nigdy nie napisałby „Drakuli”.

A gdyby dzisiaj odizolować kilka osób by skłonić ich do stworzenia nowych dzieł, które będą inspiracją na kolejnych 200 lat. Na taki pomysł wpadł Chuck Palahniuk pisząc swoją powieść „Opętani”. Mamy tu odseparowane kilkanaście osób, które wciągu trzech miesięcy, mają stworzyć nowe arcydzieła, które odcisną piętno na współczesnej kulturze. Nie są to jednak zawodowi pisarze. Mamy tu przekrój amerykańskiego społeczeństwa, a każdy z bohaterów przeżył jakąś traumę. Każdy wnosi ze sobą jakąś straszliwą historię. Z założenia, to taki „Big Brather” z wyzszym motywem. Tylko jak się okazuje, zamknięci tam ludzie nie koniecznie o wyższych celach myślą. Dla nich liczy się tylko sława, sława, która przyniesie potężne zyski. I właśnie w tym momencie zaczyna się rzeźnia. Nie będę opisywał tego, co działo się w owej Nowej Villi Diodati, bo może ktoś po „Opętanych” zechce sięgnąć, więc nie będę psuł zabawy. Zacytuję tylko jeszcze autora, który tak uzasadnia napisanie tej książki:

Postanowiłem stworzyć nowy rodzaj horroru – opartego na rzeczywistym świecie. Bez nadprzyrodzonych potworów ani magii. To ma być książka, której nie będziecie chcieli trzymać przy łóżku. Książka, która stanie się zapadnią, bramą do najmroczniejszych miejsc. Do takich miejsc, do których tylko wy będziecie mogli wejść – sami – gdy ją otworzycie. Tylko książki mają tę moc.”

Myślę, że mu się to udało. Świat Palahniuka jest naprawdę zdrowo porąbany, tylko kiedy się zastanowić, jest on dziwnie podobny do tego, w którym żyjemy.


 

Bo w mieście jest wojna, wojna polsko - ruska

aruart

W końcu miałem okazję obejrzeć "Wojnę polsko - ruską". Dobrze pamiętam jaką sensację wywołała w 2002 roku książka 18 letniej wówczas Doroty Masłowskiej. Książka była naprawdę świetna i wszelkie nagrody, które zgarnęła młoda autorka, były jak najbardziej zasłużone. Myślę, że Masłowska swoimi późniejszymi dziełami udowodniła wszystkim, że "Wojna..." nie była przypadkiem, że ma dziewczyna wielki talent. Wspomnę tylko jeszcze, że plotka głosi, jakoby miała teraz napisać dramat na zlecenie Muzeum Powstania Warszawskiego.

Wracając jednak do filmu. Muszę przyznać, że trochę się go bałem. Obawa ta wiązała się z tym, że nie potrafiłem sobie wyobrazić ekranizacji książki, której najistotniejszą częścią jest język. Myślałem, że reżyser podobnie jak to zrobił Kubrick z "Mechaniczną pomarańczą" poruszy jedynie temat bezsensownej przemocy, pomijając bogatą resztę. Jak się okazało niepotrzebnie. Xawery Żóławski świetnie wywiązał się z podjętego zadania. "Wojna polsko - ruska" to z pewnością jeden z lepszych polskich filmów ostatnich lat, i jedna z najlepszych ekranizacji powieści jaką przyszło mi obejrzeć. Było w tym filmie coś z teatru telewizji, z drugiej zaś strony można dopatrzeć się w nim podobieństwa do klipu. Reżyserowi udało się zachować wszystko to, co stanowiło o sukcesie książkowego pierwowzoru. Język, którego możemy posłuchać w każdym autobusie, w którym znajdzie się grupa nastolatków. Właściwie jego parodia, luz połączony z wulgaryzmami, w którym znajdziemy pseudo intelektualne wstawki. Kilka niezłych rozwiązań, jak choćby to, w którym pisząca swoją książkę Masłowska dyktuje głównemu bohaterowi, Silnemu co ma mówić. Do tego jeszcze świetna gra Szyca, choć przyznać muszę, że wszyscy aktorzy dobrze poradzili sobie ze swoimi rolami, no może z pominięciem Masłowskiej, która w filmie jest narratorem, ale może właśnie tak jest najlepiej. I jeszcze jeden plus, realizacja. Ciekawe zdjęcia, kilka zaskakujących efektów, wartka akcja i co w polskich filmach stanowi rzadkość, całkiem dobry dźwięk, może to i dziwne, ale słychać dialogi wypowiadane przez aktorów. Kto nie miał okazji zobaczyć "Wojny polsko - ruskiej" w kinie niech sięgnie po DVD, bo naprawdę warto. Myślę, że reżyserowi udało się stworzyć nie tylko obraz współczesnego polskiego nastolatka. W pewnym momencie uświadamiamy sobie, że ten, na pozór wyimaginowany, chory świat istnieje naprawdę. No tak, ale to przecież niemożliwe, żeby rzeczywistość była aż tak surrealistyczna, by świat ludzi był aż tak antyludzki. Więc może nasz świat to tylko zły sen, koszmar, z którego wkrótce się przebudzimy. Wszystko wskazuje jednak na to, że albo to wszystko dzieje się na serio, albo zapadliśmy w śpiączkę.

I na koniec fragment dedykowany mojej żonie - jej ulubienica, Natasza Blokus, dziewczyna naprawdę wymiata :)


© AruArt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci