Menu

AruArt

dziennik niecodzienny

Robot - apokalipsa

aruart

Roboty są od nas zdecydowanie silniejsze, dosyć łatwo jest je naprawić, co czyni je niemal niezniszczalnymi. A człowiek? W porównaniu z maszynami, jest słaby i kruchy. I chociaż samodzielnością myślenia, inteligencją, jeszcze nam ustępują, to moment, gdy i w tym będą od nas lepsze, jest coraz bliższy.

Sztuczna inteligencja jest największym zagrożeniem dla człowieka, zaraz po nim samym. Jeżeli my się nie zlikwidujemy, w przyszłości zrobią to właśnie automaty, nowi władcy Ziemi. Isaac Asimov (pisarz SF), w swoich powieściach stworzył trzy prawa robotyki, które miałyby zabezpieczyć ludzi przed robotami:

1. robot nie może skrzywdzić człowieka ani przez zaniechanie działania dopuścić, aby człowiek doznał krzywdy.

2. robot musi być posłuszny rozkazom człowieka, chyba że stoją one w sprzeczności z pierwszym prawem.

3.  robot musi chronić sam siebie, jeśli tylko nie stoi to w sprzeczności z pierwszym lub drugim prawem.

Wątpię jednak w to, żeby konstruktorzy robotów zdecydowali się na zaprogramowanie i bezwzględne przestrzeganie tych praw, które mogłyby ochronić nasz gatunek przed przewyższającymi nas maszynami. W końcu, jak słusznie twierdził Stanisław Lem, człowiek to taka małpa, która, kiedy weźmie do ręki kalkulator, to przyłoży nim drugiej małpie. Więc roboty, które mogłyby znacznie ułatwić nasze życie, staną się kolejnym narzędziem do zaszkodzenia (zagłady), pozostałych małp.

To, co już potrafią roboty, wywiera spore wrażenie, a przecież wciąż są to jeszcze dosyć prymitywne urządzenia. A może tylko niepotrzebnie panikuję?

 

 

 

 

 


Plakaty filmowe

aruart

Pamiętam, kiedy jako dzieciak, chodziłem na seanse filmowe do opolskiego MDK-u i czekając na kolejny film, oglądałem ściany sali kinowej, ozdobione plakatami filmów, tych które już widziałem, jak i takich, których nie udało mi się zobaczyć. Twórcy tych plakatów, często w dość oszczędny sposób, potrafili oddać sens filmu, zmuszając jednocześnie wyobraźnię do intensywnej pracy. Dzisiejsze postery, to coś zupełnie przeciwnego. Wszystkie niemal identyczne. Jak na średniowiecznych iluminacjach, główni bohaterowie po środku, znacznie więksi od otaczających postaci drugoplanowych, a wszystko na tle jakiejś charakterystycznej scenerii z filmu. Nuda! Warto pogrzebać trochę w necie, aby zobaczyć jak kiedyś zachęcano do obejrzenia filmu. Oto kilka przykładów:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jesienne wędrówki

aruart

Pogoda i brak czasu, uniemożliwiają mi dłuższe spacery, więc jak tylko pojawiły się ku temu sprzyjające warunki, musiałem z tego skorzystać. Jesień potrafi być naprawdę piękna.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Moje seriale cz. 2

aruart

Netfilix po raz kolejny pozytywnie mnie zaskoczył. Mindhunter to wyreżyserowany przez mistrza thrillerów Davida Finchera, serial opowiada o próbie stworzenia przez FBI profili psychologicznych przestępców, poprzez badania prowadzone na sprawcach najbardziej przerażających zbrodni w Stanach. Postać głównego bohatera Holdena Forda jest inspirowana prawdziwą postacią jednego z najsłynniejszych profilerów, Johna Douglasa. Serial bardzo mocno wciąga, kiedy nagle skończył się ostatni, dziesiąty odcinek, trudno było uwierzyć w to, że to już. Świetnie zbudowane postacie, scenariusz pozbawiony dłużyzn, i naprawdę dobra realizacja i chyba największą wadą serialu jest to, że trzeba będzie wytrwać rok, zanim pojawi się kontynuacja. Warto obejrzeć Mindhunter, chociaż by po to by zadać sobie pytanie o korzenie zła, tego pierwiastka, który jest w każdym z nas.


Tuż przed świętem Helloween, miała premiera drugiego sezonu Netflixowego hitu sprzed przeszło roku Stranger Things. I chociaż nie było tu już nic zaskakującego, w końcu to kontynuacja, to miło było ponownie przenieść się w lata 80-te, czyli do czasów dzieciństwa. I chociaż przez pierwsze odcinki akcja dosyć powoli się rozkręca, ale później, jak już akcja się rozkręci jest naprawdę nieźle. Podoba mi się też to, że serial stał się nico mroczniejszy. Autorzy serialu wyjaśnili kilka tajemnic, takich jak historia Jedenastki, nieco więcej opowiedzieli też o tamtej stronie. Realizacji rewelacyjna. I jak denerwuje mnie Winona Ryder, tak dzieciaki grają rewelacyjnie. Wadą jest jednak to, że serial jest taki krótki, to zaledwie dziewięć odcinków, które bardzo szybko się kończą. Na pocieszenie pozostaje wiadomość o tym, że będzie sezon trzeci.


Pieśni Pół/nocy

aruart

 

Źródło: http://zywiolak.pl/pl/

W końcu, po sześciu latach przerwy, ukazała się nowa płyta Żywiołaka. Pieśni Pół/nocy, to 22 utwory, w których muzyka tradycyjna łączy się z dosyć mocnymi brzmieniami. Tym razem Robert Jaworski i spółka, wzięli na warsztat ludową tradycję Pomorza, wykorzystując utwory spisane m. in. przez Oskara Kolberga, a także innych etnografów oraz poetów zajmujących się obszarem leżącym na północ od Noteci. I jak to u Żywiołaka, muzyka znajdująca się Pieśniach Pół/nocy, nie należy do łatwych, ale warto się w nią wsłuchać, bo, znaleźć tam można wiele, bardzo zaskakujących dźwięków. Pieśni Pół/nocy to podróż w przeszłość, do świata, po którym pozostały jedynie nieliczne skrawki. Muzycy Żywiołaka sprawiają, że podróż ta jest wyjątkowo rzeczywista. Dzięki nim poczuć możemy ciepło ogniska, przy którym Pomorzanie, którzy wyjątkowo długo opierali się chrześcijaństwu, odprawiają pogańskie obrzędy. I wystarczy przymknąć oczy, wsłuchać się w rytmy bębnów oraz hipnotyzujący dźwięk instrumentów takich jak lira korbowa, aby poczuć, że ciało zaczyna tańczyć, bo „…oto noc Kupały, dziwy znów się będą działy, Księżyc znowu w dzikiej pełni, Bóstwa znowu czają się…”. Pieśni Pół/nocy to płyta dla ludzi otwartych, ciekawych nowych doznań, dla tych, którzy kochają prawdziwą, pozbawioną plastiku i blichtru muzykę.

 

W drodze na Zlatý Chlum

aruart

Korzystając z pięknej pogody, przekroczyliśmy dziś czeską granicę, aby wejść na Zlatý Chlum. Nasza psina zwariowała ze szczęścia, a ja biegałem z aparatem od krzaczka do krzaczka, fotografując licznych przedstawicieli królestwa grzybów.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


A Ty, co zobaczysz?

aruart

Muzeum Narodowe w Warszawie, reklamuje się, świetnie zrealizowanymi filmami. W prosty sposób, udało się w nich pokazać czym może być dla obcowanie ze sztuką, kiedy to jeden obraz może bardzo mocno na nas wpłynąć. I jestem pewien, że wizyta w w warszawskim muzeum może być bardzo inspirująca.

 

 

 

A jak reklamują się inni?

MN w Krakowie

 

MN w Poznaniu

 

Muzeum II Wojny Światowej w Gdański

 

CMJW w Łambinowicach

 

Muzeum POLIN



W ogrodzie

aruart

Kiedy choć na chwilę przestanie padać, trzeba szybko wybiec z domu, aby móc posmakować ukrytych wśród szarości, barwnych okruchów.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Igorrr „Savage Sinusoid” płyta która przeorała mój mózg

aruart

Ale jazda! Nie wiem nawet jak zaklasyfikować tę płytę. Osobiście nie znam takiej szufladki, do której mógłbym ją wrzucić. I dobrze! Pełna chaosu, mix gatunków a wszystko z tak ogromny Powerem, że wciąż chce się do tej płyty wracać. Wymiata. Połączenie metalu, muzyki elektronicznej (momentami kojarzy mi się z Aphex Twinem), muzyki klasycznej, z domieszką bałkańskich dźwięków. Wszystko to tworzy mieszankę wybuchową, którą umysł, przynajmniej na początku próbuje odrzucić, ale dość szybko, ta z pozoru chaotyczna kanonada dźwięków, zaczyna przejmować nad nim władzę. I od tamtego momentu, nie ma możliwości, aby oderwać się od tej płyty. Z każdym przesłuchaniem, czuję się bardziej przez nią zniewolony. Klasyczny metal, rock, czy inny blues, przy tym, wydaje mi się po prostu nudny. I to właśnie jest w muzyce, a w właściwie w sztuce, najwspanialsze. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie próbował zdefiniować ją na nowo. Większość tych prób zakończy się klęską, ale od czasu do czasu, zrodzi się coś powalającego. Coś co na nowo zdefiniuje dany rodzaj sztuki. Ważne, żeby się nie zamykać, wciąż poszukiwać, a w końcu trafi się na ten skarb. Właśnie takim odkryciem, przynajmniej dla mnie, jest płyta Savage Sinusoid zespołu Igorrr.

 


Pomiędzy latem a jesienią

aruart

 

Jeszcze nie jesień, ale już nie lato. Nie ma upałów, ale także nie jest zbyt zimno. Dominującym kolorem wciąż jest zieleń, jednak mocno już straciła na intensywności. Coraz częściej pojawiają się różne odcienie koloru żółtego, pomarańczowego czy brązu. A kiedy nie pada, to idealna pora na spacer.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


DOPPELGANGER czyli jak można wyspać się w teatrze

aruart

fot.: http://www.wteatrw.pl/index.php/pl/repertuary/119-wtw/przedstawienia/czytania/387-doppelganger

Naszą małą tradycją, stało się rozpoczynanie września, od wizyty we wrocławskim Teatrze Współczesnym, który w pierwszy weekend po wakacjach, rozpoczyna swój sezon. Do tej pory, każda wizyta na Rzeźniczej 12 była pozytywnym zaskoczeniem. Zaangażowanie aktorów, ciekawe rozwiązania sceniczne, sprawiły, że chętnie tam wracamy. Więc kiedy jeszcze w czerwcu, wszedłem na stronę Teatru i zobaczyłem, że na otwarcie zaplanowany jest spektakl z udziałem Adama Ferencego, nawet się nie zastanawiałam nad kupnem biletów na przedstawienie DOPPELGANGER. Jedenaście tygodni później, zniecierpliwieni siedzieliśmy w VII rzędzie widowni Dużej Sceny, Teatru Współczesnego we Wrocławiu. Przed nami, na scenie stał stołek otoczony lustrami. Chwilę po trzecim dzwonku na scenie pojawił się Adam Ferency, usiadł na przygotowanym stołku, odwrócony do nas plecami i zaczął czytać. Przez kolejne 45 minut pan Ferency, niczym karabin maszynowy, wyrzucał z siebie kolejne wyrazy. Wyrazy zlewały się w zdania i zaledwie po kilku minutach nie byłem w stanie skupić się na tekeście, gubiąc się w kolejnych przeintelektualizowanych wersach. Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy z tego, ile ważą moje powieki. Większość czasu spędziłem walcząc z samym sobą i niestety, z przykrością muszę przyznać, że poległem. Kilkakrotnie podczas spektaklu kompletnie odleciałem i trudno usprawiedliwiać się tym, że nie byłem jedyny. Chyba nie tylko ja miałem wrażanie, że pan Adam Ferency gra, na pół gwizdka. Nie dość, że czytając tekst kilkakrotnie się pomylił, to odnosiło się wrażenie, że niezbyt dobrze zapoznał się z tekstem, zupełnie źle akceptując czytany przez siebie zdania, sprawiając, że czuło się, jakby się nie przygotował. W sumie nie wiem o czym była ta sztuka. O nie istniejącym bliźniaku? Kaczyńskich? Po spektaklu, kiedy usiedliśmy w jednej z wrocławskich knajpek, nie byliśmy w stanie porozmawiać o tym co zobaczyliśmy.  DOPPELGANGER pozostawił po sobie jedynie puste miejsce. I chyba najlepszym komentarzem do przedstawienia, były słowa przeprosin, które po spektaklu skierował do swojej dziewczyny jeden z widzów.

Pomimo zawodu, jakim był dla nas DOPPELGANGER, do Teatru Współczesnego na pewno jeszcze wrócimy.

Letnie wędrówki

aruart

Jeszcze na początku tygodnia miałem wrażenie, że lato już za nami. Zdecydowanie niższe temperatury, niebo zasnute chmurami i deszcz, sprawiły, że czuło się zbliżającą jesień. Na szczęście, lato nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa i znów jest słonecznie i ciepło. Pogoda w sam raz, by wybrać się na dłuższą wędrówkę.

 

 

 

 

 

 

 

 

Moje seriale cz.1

aruart



Kiedy wszyscy emocjonują się kolejnymi odcinkami siódmego sezonu Gry o tron warto czasem w kontrze, poszukać czegoś innego.  Oto kilka moich typów i wcale nie twierdzę, że są one w czymś lepsze. Po prostu, są to seriale, na które warto poświęcić swój czas.

Zadzwoń do Saula sezon 3

To obok Hause of Cards i Stranger Things jedna z najlepszych produkcji Netflixa. Spinn off świetnego Breaking Bad, który skupia się na losach pobocznych postaci tego serialu. W trzecim sezonie powoli zaczyna się rodzić Saul Goodman, chociaż Jimmy McGill (w tej roli niesamowity Bob Odenkirk), próbuje jeszcze postępować właściwie, ale dzięki swojemu starszemu bratu, powoli ewoluuje w stronę cwaniaka, jakim później będzie jako Saul. Relacje pomiędzy braćmi są dowodem na to, że z rodzina najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Mamy tutaj kilka ciekawych zwrotów akcji. A przy okazji możemy poznać losy Mika, który przysłużył się głównemu bohaterowi Breaking Bad, a także w jaki sposób swoje narkotykowe imperium zbudował Gustavo Fring. Serial mocno wciąga, ale niestety, każdy sezon to jedynie 10 odcinków.

Starzy bogowie powracają, czyli „Amerykańscy bogowie” sezon 1

Duszą współczesnego człowieka zawładnęła kasa, media, internet, zastępując religię. Właściwie stały się bogami. A co z tymi, którym dawniej ludzie oddawali cześć? Może jeszcze gdzieś dogorywają? A może szykują się do ostatniej wojny o władzę nad ludzkim sercem? Taką właśnie sytuację przedstawił w swojej świetnej książce „Amerykańscy bogowie” Nail Gaiman. Ten sam tytuł nosi serialowa ekranizacja tej książki. Świetnie zrealizowany serial, są chwile, kiedy niektóre ze scen robią piorunujące wrażenie. A do tego bardzo dobra kreacja Iana McShane’a, który wcielił się w najważniejszego z nordyckich bogów. Podobnie jak książka, serial jest doskonałą zabawą z różnymi mitologiami, do których tak często w swojej twórczości sięga Gaiman. Niestety, serial „Amerykańscy bogowie” to tylko osiem odcinków i właściwie jest to zaledwie wprowadzenie do czegoś większego, wstęp do wojny starych bogów o ludzką duszę.

GLOW sezon 1 powrót do przeszłości

A jeśli komuś czegoś brakuje w drugiej dekadzie XXI wieku, zawsze może przenieść się w czasie. A możliwe jest to, za sprawą serialu GLOW (znów produkcja Netflixa), którego akcja rozgrywa się na początku kolorowych i kiczowatych jednocześnie, lat 80-tych XX wieku. Okropne fryzury, jeszcze gorsze ubrania i przesadny makijaż doprawiony brokatem, to wszystko, podobnie jak kanciaste samochody i naprawdę świetna muzyka znalazły się w tym serialu. A opowiada on o próbie stworzenia pokazów kobiecego wrestlingu. Jest zabawnie, ale co najważniejsze, nie głupio. Świetnie dobrani aktorzy, a klimat tamtej epoki oddany został na tyle dobrze, że odnosi się wrażenie, że serial powstał właśnie wówczas. Moim skromnym zdaniem GLOW to prawdziwa, serialowa perełka.

Dead Cross

aruart

Ważne odkrycia muzyczne czy literackie, często następują zupełnie przypadkowo. Tak właśnie miałem z płytą Dead Cross. Wszystko zaczęło się od okładki kojarzącej mi się z  danse macabre. Kiedy włączyłem pierwszy utwór, usłyszałem jakieś szumy piski, a po 25 sekundach rozbrzmiała fantastycznie brzmiąca perkusja. Po kolejnych kilkunastu słyszę wokalistę żywcem przeniesionego z płyt Faith No More. A muzyka na płycie, układa się w cudowny, dźwiękowy chaos, wywołujący niepokój, dyskomfort, który z czasem zamienia się we wściekłość i furię. Prosta, niemal punkowa muzyka, z mocą death metalu, wgniata, rozwala umysł, ćwiartuje duszę. Słuchając Dead Cross zupełnie zapominałem o swoich czterdziestu wiosnach i znów poczułem się naiwnym nastolatkiem, który chce rozpieprzyć świat, tak wadliwie skonstruowany. Dead Cross to sprzeciw wobec świata polityki, wielkich korporacji, protest przeciwko jałowemu życiu. I szkoda tylko, że ta niezwykła płyta jest tak krótka, bo trwa zaledwie 28 minut, ale z drugiej strony, czy ludzki umysł, byłby w stanie przyjąć większą dawkę muzycznej anarchii.


Po wysłuchaniu płyty, zacząłem szukać informacji na temat Dead Cross i jak się okazało intuicja mnie nie myliła, odpowiedzialni za ten projekt są m.in. genialny perkusista Dave Lombardo oraz jeden z najlepszych wokalistów, jakich wydała na świat muzyka rockowa, Mike Patton (Faith No More).

Dead Cross powinien posłuchać każdy, kto uważa, że jego życie jest pełne harmonii, polecam tę płytę także tym, którzy pogrążenie są w apatii, a także każdemu, komu nie do końca zgadza się z otaczającą go rzeczywistością.


© AruArt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci