|
poniedziałek, 20 lutego 2012
Odra zimą
Mam nadzieję, że dzisiejszy słoneczny dzień jest zapowiedzią zbliżającej się wiosny. Ciepły grudzień i styczeń sprawiły, że nagłe uderzenie zimy było dość zaskakujące. Zwłaszcza, że zrobiła to z ogromną siłą. Chociaż z drugiej strony, pomimo zimna, było naprawdę pięknie:
Tak było nad Odrą jakiś miesiąc temu. A tak jeszcze przed tygodniem:
niedziela, 29 stycznia 2012
Zimowy Las
Dawniej, kiedy jeszcze chodziłem do szkoły, czy podczas studiów, mogłem sobie pozwolić, by na ten jeden dzień porzucił swoje obowiązku, jednak od wielu już lat, zobowiązania zawodowe mi to uniemożliwiają. Ostatnio jednak, korzystając z większej ilości wolnego czasu ponownie odwiedziłem las zimą. Było pięknie!
Uwielbiam las zimą! No, ale przecież moja fascynacja lasem jest zawsze ogromna, bez względu na porę roku. Dawniej, kiedy spadł pierwszy śnieg, rzucałem swoje obowiązki i ruszałem do lasu. Chciałem jako pierwszy wyznaczać ścieżki w świeżym śniegu. Napawać się panującą wokół ciszą i spokojem, mającymi niezwykłą, oczyszczającą moc. Starałem się trafić na moment, kiedy świeży jeszcze śnieg, wciąż przykrywał gałęzie drzew, kiedy to las jest wyjątkowo piękny. Przy odrobinie szczęścia, podążając śladem racic można było trafić na sarny. Z daleka słychać było stukot dzięcioła, a szalone sikory goniły się pomiędzy krzewami. I wówczas następowała wspaniała rzecz, czułem, że pomimo mrozu od środka zaczyna ogarniać mnie ciepło, że gdzieś tam w moim sercu zaczyna płonąć ogień. To naprawdę piękne uczucie.
czwartek, 26 stycznia 2012
Nielegalni
Gdzieś tam obok nas żyją „nielegalni”, funkcjonariusze obcych wywiadów, którzy dzięki przybranej tożsamości, funkcjonują w obcym sobie społeczeństwie. To ludzie, którzy odrzucają swoje dotychczasowe życie i w imię jakiejś idei, starają się inwigilować przybrany kraj dla swych mocodawców. Gdzieś tam obok nas trwa nieustającą walka wywiadów, to ciągła rywalizacja o najcenniejszy z surowców – informację. Wojna, o której niewiele wiemy, w której bezpośrednio nie uczestniczymy, ale w każdej chwili możemy stać się jej podmiotem. Czasami jednak, docierają do nas jakieś szczątkowe wieści o tym drugim, równoległym świecie. Za bardzo przeplótł się z naszym, albo ktoś popełnił błąd. Zdarza się, że szczątkowe informacje o funkcjonowaniu wywiadu docierają do nas poprzez filmy czy książki. W tym przypadku trudno jest stwierdzić, co jest prawdą, a co stanowi wytworów wyobraźni ich twórców. Przykładem takiego dzieła, jest książka Vincentego S. Severskiego pt. „Nielegalni”. Jak możemy przeczytać w notce biograficznej, autor jest byłym oficerem polskiego wywiadu. Trochę trudno mi w to uwierzyć, książka jest zbyt dobrze napisana, no i przecież nikt nie pozwoliłby mu wyjawiać tajemnic wywiadu. No, ale jeśli faktycznie tam pracował, to możemy przypuszczać, że właśnie z tego powodu, duża część tego o czym pisze jest fikcją. Sama książka jest naprawdę świetna. Zmyślnie skonstuowana intryga, wielowątkowa fabuła, szybkość prowadzenia akcji, sprawiają, że Severskiego możemy postawić w jednym szeregu z takimi mistrzami literatury szpiegowskiej jak Forsyth i Le Carre. Czegoś takiego w polskiej literaturze jeszcze nie było. Realia polityczne są dziwnie znajome, książka jednak nie nuży, na szczęście fabuły nie zdominowała polityka. Postacie są prawdziwe, nie ma tu jakiś superbohaterów. Pojawia się też małe nawiązanie to trylogii „Millennium”. Jak się już zacznie czytać, nie sposób się od niej oderwać. Niemal z prędkością światła przelatują kolejne strony i nagle okazuje się, że dobrnęliśmy do końca. Odkładamy ten ośmiuset stronicowy tom i zaczynamy się zastanawiać ile też w tym wszystkim było prawdy, no i kim jest ten Severski.
A na pocieszenie pozostaje jeszcze informacja, że pan Severski, kimkolwiek on jest, pracuje nad kolejną książką.
sobota, 21 stycznia 2012
Genialny Zabobon
Coraz rzadziej zdarza mi się, aby w muzyce coś mnie powaliło. Czasami jednak przychodzi taka przyjemna chwila, kiedy to słuchając kolejnych utworów, czuję, że totalnie odleciałem, że porwała mnie jakaś potężna, cudowna siła, że muzyka całkowicie mną zawładnęła, zaczynam ją odbierać każdą komórką mojego ciała. Właśnie taka rzecz przytrafiła mi się kilka dni temu, a wszystko za sprawą EP-ki Roberto Derila & Kompany, zatytułowanej „Zabobon”. To już kolejny przykład na to, że w muzyce (w innych dziedzinach także) nie musimy sięgać po osiągnięcia innych, wystarczy nieco pogrzebać w naszej tradycji, by znaleźć coś inspirującego. Tak właśnie czyni Robert Jaworski, który kryje się za tym muzycznym objawieniem. Muzyk znany z Żywiołaka, po raz kolejny wykorzystując muzykę „ludową”, tworzy coś nowego, świeżego, a do tego jeszcze niezwykle czadowego. Niesamowita energia, świetne brzmienie i ta energia. W tej muzyce jest coś takiego, co sprawia, że mam ochotę tańczyć, chce mi się skakać i krzyczeć. Ona wzbudza we mnie wielką moc, ogromny potencjał, buntu, który gromadzi się, by w końcu wybuchnąć twórczą energią. I szkoda tylko, że jest to zaledwie kilka utworów. Mam nadzieję, że to tylko zapowiedź wspaniałej płyty, której niecierpliwie będę oczekiwał.
Gratulacje dla Macieja Szajkowskiego, który ostatnio nagrodzony został „Paszportem Polityki”. Szajkowski również poszukuje inspiracji w muzyce tradycyjnej. Bez niego nie byłoby, chyba najlepszej płyty zeszłego roku R.U.T.A.
niedziela, 15 stycznia 2012
A jednak zima!
Dwa dni temu nagle zaczął padać śnieg. Jakoś się od niego odzwyczaiłem i miałem cichą nadzieję, że wkrótce przyjdzie wiosna, ale przyznać muszę, że od razu zrobiło się jakoś przyjemniej. Niewielka warstwa białego puchu sprawiła, że jest znacznie jaśniej, dzięki niej świat przestał być jednorodną, szarą bryłą, śnieg jak fuga, rozdzielił poszczególne elementy, przywracając światu jego różnorodność. Spacer w taki lekko mroźny dzień, to prawdziwa przyjemność. Zima sprawiła, że las stał się bardzo spokojny. Z rzadka odezwie się jakiś ptak, można też natknąć się na leniwie wędrujące sarny. Zimny wiatr wyczesuje z głowy niepotrzebne myśli. Można tak wędrować bez końca, w małej ekstazie, smakując niesamowitą atmosferę, która pochłania, otumania, a przede wszystkim uspakaja. Taka zima może zagościć na dłużej. Jednak za dużo było już tej szarzyzny i ciągłego deszczu. Nawet moja psina z radością przyjęła tę zmianę.
sobota, 07 stycznia 2012
Wiosna?
Dzisiaj, przynajmniej przez chwilę, miałem wrażenie, że nadeszła wiosna. Błękitne niebo, lekki ciepły wiatr, słońce, a do tego szalejące drobne ptactwo, radośnie krzyczące podczas wyścigów między kolejnymi drzewami. No ale przecież to dopiero początek stycznia. Chociaż z drugiej strony, fajnie by było, gdyby już zrobiło się ciepło. Niestety, kiedy teraz patrzę za okno, nie dostrzegam już żadnych wiosennych śladów . Niebo znów zrobiło się szare a świat pogrążył się w półmroku. Z pewnością na wiosnę poczekamy jeszcze przynajmniej dwa miesiące. Mam nadzieję, że przyjdzie szybko, że będzie ciepła, że już wkrótce zawładnie mną jej ogromna siła.
piątek, 06 stycznia 2012
Mój drzewiasty przyjaciel
Uwielbiam drzewa! Będąc dzieciakiem, jeśli to tylko było możliwe, wdrapywałem się na nie. Fascynuje mnie ich ogrom, ich spokój, godzinami mogę wpatrywać się w korony drzew, tworzące prawdziwe labirynty. Ich szum, furgotanie liści na wietrze, należą do najwspanialszych dźwięków, jakie dane jest nam odbierać. Uwielbiam siąść sobie pod dorodnym dębem czy bukiem, oprzeć się o jego ciepły pień, zamknąć oczy i wsłuchiwać się w śpiew drzew. Nic tak nie koi, nic tak nie uspakaja, jak las. Nawet pozbawione liści, drzewa nadal pozostają piękne. Mam wśród nich kilkoro ulubieńców. Niestety, ostatnio straciłem jednego z moich drzewiastych przyjaciół. Jedna z grudniowych zawieruch wyrwała z ziemi topolę, z której ktoś kiedyś zrobił myśliwską ambonę, dzięki czemu, można było zasiąść wśród jej gałęzi.
Owa topola, była świadkiem wielu wspaniałych pikników, które tam urządzaliśmy. Cień drzew i odsłonięty widok od południa sprawiały, że można był tam wylegiwać się całymi godzinami na słoneczku, a kiedy robiło się zbyt gorąco, zawsze można było schować się w chłodnym cieniu, by chwilę od słońca odpocząć. Najpierw jednak zniszczono to miejsce wycinając pobliskie drzewa, które sprawiały, że mało kto tam docierał, a teraz wiatr powalił topolę. Już od dłuższego czasu próbujemy znaleźć nowe piknikowe miejsce, jak dotąd jednak bez powodzenia. A wiosna już coraz bliżej. Tylko drzewiastego przyjaciela żal.
A było tak cudownie
niedziela, 01 stycznia 2012
Paździerze 2011, czyli subiektywne podsumowanie minionego roku
Ledwie się spostrzegłem, a tu minęło już ponad trzysta sześćdziesiąt dni i kolejny rok dobiega końca. Nadszedł więc czas by podsumować mijający rok. Zaczynam więc moje coroczne wyliczanie rzeczy, które mnie zachwyciły, przyznając ten cudny kawałek paździerzowej płyty, w kolorze złoto - podobnym. Pragnę przypomnieć, że Paździerze przyznaję tym zjawiskom, które mnie w mijającym roku zaintrygowały, wzruszyły, być może w jakiś sposób na mnie wpłynęły, ale nie koniecznie w roku 2011 powstały.
Zacznijmy od pierwszej i zawsze dla mnie najważniejszej kategorii - KSIĄŻKA. Jak zwykle trochę tego było, ale tylko kilka pozycji prawdziwie mnie powaliło. Pierwszym Paździerzem chciałbym wyróżnić Richarda Dawkins’a, za jego wspaniałą książkę „Najwspanialsze widowisko świata. Świadectwa ewolucji.” To popularnonaukowe dzieło najwyższych lotów, biologia należy do tych dziedzin naukowych, na których kompletnie się nie znam, ale przyznać muszę, że tę książkę czyta się jak najlepszą powieść. Gdyby tak wyglądały podręczniki w liceum, to być może teraz dokonywałbym jakiś ważnych odkryć w tej dziedzinie. Na uwagę z pewnością zasługuje także „1Q84” Murakamiego, książka o której już wcześniej pisałem. Niestety, tom pierwszy jest porywający, natomiast kolejne nieco nudzą – przyznaję więc półPaździerza. Jak zwykle przerobiłem całkiem sporą ilość kryminałów, z których najbardziej ruszyła mnie norweska seria autorstwa Jo Nesbø. Świetnie napisane książki, czyta się je z prawdziwym przejęciem, a każda z nich zaskakuje do samego końca. Brutalny, brudny, męski kryminał – takie właśnie lubię najbardziej. Na literackiego Paździerza zapracował sobie także Tomasz Kołodziejczak, za swój cykl „Dominium Solarne”, ale o tym już wcześniej pisałem. Do ważnych książek minionego roku muszę zaliczyć jeszcze dwie, których głównym bohaterem było państwo, Czechy. Pierwsza z nich to „Pepiki” Mariusza Surosza, w której autor pokazał dwudzieste stulecie poprzez pryzmat wybitnych Czechów. Książka ważna, nie tylko dlatego, że jestem czechofilem. Jej głównym atutem jest to, że pokazuje ona, iż poprzednie stulecie było wyjątkowo tragiczne dla całej Europy Środkowo – Wschodniej. Druga pozycja, to z kolei znakomita „Zróbmy sobie raj” Mariusza Szczygła. Przejdźmy teraz do kolejnej kategorii Film i Seriale. W ciągu roku oglądam taką masę filmów, że powoli zaczynam być coraz bardziej obojętny i coraz trudniej jest mnie czymś zaskoczyć. Wśród tej całej masy znalazło się kilka całkiem interesujących obrazów. Już sam początek roku zaowocował świetnymi filmami, które walczyły o statuetkę Oscara (o nich jednak już pisałem). Z pewnością na filmowego Paździerza zasłużyli sobie twórcy filmu „Super”. Wśród prawdziwego wysypu filmów o sperbohaterach – zresztą często filmów bardzo marnych, ten to prawdziwa perełka. Film, który pokazuje, że bohaterem może być każdy, że każdy może stanąć do walki ze złem i nie trzeba mieć żadnych supermocy, najważniejsze jest serce. Dodać do tego świetną, jak zresztą zawsze Alen Page i mamy hit. Z pewnością na uwagę zasługuje szwedzki film „Nieściszalni”- obraz opowiadający o grupie muzycznych terrorystów, którzy wykorzystując przypadkowe przedmioty tworzą muzykę… i są w tym naprawdę świetni, zresztą posłuchajcie sami: Nie mogę pominąć ostatniego Allena, którego recenzję odkładam już od dłuższego czasu. Krytycy piali z zachwytu, ja jednak, aż tak entuzjastycznie „O północy w Paryżu” nie przyjąłem. Chyba rzeczy, której mi tutaj najbardziej zabrakło, to oryginalność, przecież to klasyczny Allen i to na dodatek bez Allen, zamiast którego mamy usilnie go naśladującego (aż do przesady) Owena Wilsona, który pomimo ogromnej pracy jaką w to włożył Allenem nie jest. Ale poza tym film bardzo dobry. Pomysł jednak fajny, bohater filmu przenosi się do idealizowanych przez siebie lat 20 – tych. Sam zacząłem zastanawiać się, do jakiej epoki to ja bym chciał się przenieść, ale żadnej takiej, nie znalazłem. Jak dłużej o tym pomyśleć, to nie ma takiego czasu, w którym żyłoby się idealnie, więc chyba lepiej jest pozostać przy tym, co się już zna. Przyznając Paździerze, nie mogę pominąć wspaniałego dokumentu „Wyjście przez sklep z pamiątkami” opowiadającego o streetarcie – film, który dał mi sporą dawkę pozytywnej energii, ale nie chcę się teraz o tym rozpisywać, bo mam w planach dłuższy wpis na ten temat. Wspomnę jeszcze tylko o dwóch serialach, które zasłużyły sobie przynajmniej na półPaździerza – pierwszy z nich to „Gra o tron”, świetnie zrealizowana ekranizacja klasycznej już serii fantasy. Oglądając kolejne odcinki, aż ściskało mnie z żalu, że Amerykanie nie sięgnęli po naszego Wiedźmina, który pod każdym niemal względem przebija powieść Martina. Drugim serialem jest „Rodzina Borgiów”, serial który na uwagę zasługuje chociażby za ogromny przepych z jakim został zrealizowany. Udowadnia on też, że wystarczy sięgnąć do naszej przeszłości, bez żadnych elfów, goblinów, czarownic i innych potworów, by stworzyć porywającą opowieść. Przejdźmy teraz do tej dziedziny sztuki, która najmocniej na mnie wpływa, dotykając głęboko mojej duszy, sięgając do umysłu – do muzyki. W 2011 roku ukazało się sporo ciekawych płyt, ale tylko jedną uznałbym za prawdziwe odkrycie, to płyta „Gore” projektu R.U.T.A., płyta, która mnie powaliła, uderzyła we mnie swą olbrzymia energią i zmieniła nieco moje myślenie o muzyce. R.U.T.A., to muzyczny projekt, w którym w nieco uwspółcześnionej wersji przedstawione zostały oryginalne, buntownicze, chłopskie pieśni powstałe pomiędzy XV a XX wiekiem. Ta płytka to coś naprawdę niesamowite, punk grany na tradycyjnych ludowych instrumentach, teksty pełne bólu i siły oraz buntu przeciw istniejącym porządkom. Muzycznym odkryciem roku można byłoby nazwać zasłuchiwanie się muzyką reggae i ska, dzięki której znacznie łatwiej udało nam się przetrwać paskudne lato (zimne i deszczowe). Bardzo miłą niespodzianka była nowa płyta Primusa „Green Naugahyde” oraz niedawno wydany album „Zadzwońcie po milicję” Big Cyca, zespołu, po którym nie spodziewałem się niczego dobrego. No ale płyta zawiera klasyczne utwory legendarnej wrocławskiej grupy Miki Mousoleum. Największe muzyczne rozczarowanie, czyli antyPaździerz za 2011, dla Grabaża i Strachów, wydanie płyty z „największymi przebojami” po zaledwie trzech albumach studyjnych to spore przegięcie. Niestety pomysłów zabrakło a jakoś trzeba zarabiać, więc panowie odcinają kupony od tego co do tej pory zrobili. A na koniec jeszcze podsumowanie bardziej osobiste. Przyznać muszę, że rok 2011 był znacznie lepszy od poprzedniego. Zdarzyła się kilka bardzo pozytywnych rzeczy, z których najważniejszą jest pojawienie się w naszym domu zwierzaków, bez których nie wyobrażam już sobie życia. Potrafią rozpogodzić nawet najbardziej pochmurny dzień, wciąż coś broją, ale robią to z wdziękiem, którego pozazdrościć by im mogła angielska arystokracja. A wszystko dzięki miłości mojej żonki do zwierząt. Dziękuję Ci Basiu!
sobota, 19 listopada 2011
Zimowy sen
Nie chce mi się pisać! Jeszcze nie tak dawno sprawiało mi to ogromną przyjemność, a teraz nie potrafię zagonić się do komputera. I żeby nie było o czy, w mojej głowie kłębią się kolejne pomysły. Problem w tym, że mi się totalnie nie chce. W ogóle, nic mi się nie chce. Najchętniej zapadłbym w zimowy sen, zakopał się jak jeż w stercie jesiennych liści i tam przeczekał do wiosny. Szarzyzna i chłody, dopiero się zaczęły, a ja już mam ich dosyć. Ciężko będzie przejść przez kolejne cztery miesiące. Popadłem w marazm, umysłowy zastój, całkowicie zawładnęło mną lenistwo. Mam nadzieję, że kiedy nadejdzie wiosna, narodzi się we mnie nowa siła i powrócę wówczas do pisania. Tymczasem poddaję się sennemu nastrojowi panującemu za oknem i udaję się w intelektualny, zimowy sen.
wtorek, 01 listopada 2011
Rodzina nam się powiększa.
W ostatni piątek, nasza międzygatunkowa rodzina znów się powiększyła. Tym razem zamieszkał z nami dwumiesięczny kot (Norweski Leśny). Nieco obawialiśmy się tego, jak zareagują nasze zwierzaki, ale okazało się, że mały Hektor, bez problemu został zaakceptowany przez Dylana i Megi. Mały wniósł ze sobą nową energię. Hektor, to prawdziwy koci szaleniec. Jest szybki, zwinny i niewiele jest miejsc, na które nie potrafiłby się wdrapać. Wciąż coś broi, ale robi to z prawdziwą wirtuozerią małego kociaka. Przyznać muszę, że dzięki niemu mamy teraz wesoło.
|
Archiwum
Zakładki:
Interesujące blogi
Moje blogi
Pomocne
|