Menu

AruArt

dziennik niecodzienny

Pomiędzy latem a jesienią

aruart

 

Jeszcze nie jesień, ale już nie lato. Nie ma upałów, ale także nie jest zbyt zimno. Dominującym kolorem wciąż jest zieleń, jednak mocno już straciła na intensywności. Coraz częściej pojawiają się różne odcienie koloru żółtego, pomarańczowego czy brązu. A kiedy nie pada, to idealna pora na spacer.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


DOPPELGANGER czyli jak można wyspać się w teatrze

aruart

fot.: http://www.wteatrw.pl/index.php/pl/repertuary/119-wtw/przedstawienia/czytania/387-doppelganger

Naszą małą tradycją, stało się rozpoczynanie września, od wizyty we wrocławskim Teatrze Współczesnym, który w pierwszy weekend po wakacjach, rozpoczyna swój sezon. Do tej pory, każda wizyta na Rzeźniczej 12 była pozytywnym zaskoczeniem. Zaangażowanie aktorów, ciekawe rozwiązania sceniczne, sprawiły, że chętnie tam wracamy. Więc kiedy jeszcze w czerwcu, wszedłem na stronę Teatru i zobaczyłem, że na otwarcie zaplanowany jest spektakl z udziałem Adama Ferencego, nawet się nie zastanawiałam nad kupnem biletów na przedstawienie DOPPELGANGER. Jedenaście tygodni później, zniecierpliwieni siedzieliśmy w VII rzędzie widowni Dużej Sceny, Teatru Współczesnego we Wrocławiu. Przed nami, na scenie stał stołek otoczony lustrami. Chwilę po trzecim dzwonku na scenie pojawił się Adam Ferency, usiadł na przygotowanym stołku, odwrócony do nas plecami i zaczął czytać. Przez kolejne 45 minut pan Ferency, niczym karabin maszynowy, wyrzucał z siebie kolejne wyrazy. Wyrazy zlewały się w zdania i zaledwie po kilku minutach nie byłem w stanie skupić się na tekeście, gubiąc się w kolejnych przeintelektualizowanych wersach. Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy z tego, ile ważą moje powieki. Większość czasu spędziłem walcząc z samym sobą i niestety, z przykrością muszę przyznać, że poległem. Kilkakrotnie podczas spektaklu kompletnie odleciałem i trudno usprawiedliwiać się tym, że nie byłem jedyny. Chyba nie tylko ja miałem wrażanie, że pan Adam Ferency gra, na pół gwizdka. Nie dość, że czytając tekst kilkakrotnie się pomylił, to odnosiło się wrażenie, że niezbyt dobrze zapoznał się z tekstem, zupełnie źle akceptując czytany przez siebie zdania, sprawiając, że czuło się, jakby się nie przygotował. W sumie nie wiem o czym była ta sztuka. O nie istniejącym bliźniaku? Kaczyńskich? Po spektaklu, kiedy usiedliśmy w jednej z wrocławskich knajpek, nie byliśmy w stanie porozmawiać o tym co zobaczyliśmy.  DOPPELGANGER pozostawił po sobie jedynie puste miejsce. I chyba najlepszym komentarzem do przedstawienia, były słowa przeprosin, które po spektaklu skierował do swojej dziewczyny jeden z widzów.

Pomimo zawodu, jakim był dla nas DOPPELGANGER, do Teatru Współczesnego na pewno jeszcze wrócimy.

Letnie wędrówki

aruart

Jeszcze na początku tygodnia miałem wrażenie, że lato już za nami. Zdecydowanie niższe temperatury, niebo zasnute chmurami i deszcz, sprawiły, że czuło się zbliżającą jesień. Na szczęście, lato nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa i znów jest słonecznie i ciepło. Pogoda w sam raz, by wybrać się na dłuższą wędrówkę.

 

 

 

 

 

 

 

 

Moje seriale cz.1

aruart



Kiedy wszyscy emocjonują się kolejnymi odcinkami siódmego sezonu Gry o tron warto czasem w kontrze, poszukać czegoś innego.  Oto kilka moich typów i wcale nie twierdzę, że są one w czymś lepsze. Po prostu, są to seriale, na które warto poświęcić swój czas.

Zadzwoń do Saula sezon 3

To obok Hause of Cards i Stranger Things jedna z najlepszych produkcji Netflixa. Spinn off świetnego Breaking Bad, który skupia się na losach pobocznych postaci tego serialu. W trzecim sezonie powoli zaczyna się rodzić Saul Goodman, chociaż Jimmy McGill (w tej roli niesamowity Bob Odenkirk), próbuje jeszcze postępować właściwie, ale dzięki swojemu starszemu bratu, powoli ewoluuje w stronę cwaniaka, jakim później będzie jako Saul. Relacje pomiędzy braćmi są dowodem na to, że z rodzina najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Mamy tutaj kilka ciekawych zwrotów akcji. A przy okazji możemy poznać losy Mika, który przysłużył się głównemu bohaterowi Breaking Bad, a także w jaki sposób swoje narkotykowe imperium zbudował Gustavo Fring. Serial mocno wciąga, ale niestety, każdy sezon to jedynie 10 odcinków.

Starzy bogowie powracają, czyli „Amerykańscy bogowie” sezon 1

Duszą współczesnego człowieka zawładnęła kasa, media, internet, zastępując religię. Właściwie stały się bogami. A co z tymi, którym dawniej ludzie oddawali cześć? Może jeszcze gdzieś dogorywają? A może szykują się do ostatniej wojny o władzę nad ludzkim sercem? Taką właśnie sytuację przedstawił w swojej świetnej książce „Amerykańscy bogowie” Nail Gaiman. Ten sam tytuł nosi serialowa ekranizacja tej książki. Świetnie zrealizowany serial, są chwile, kiedy niektóre ze scen robią piorunujące wrażenie. A do tego bardzo dobra kreacja Iana McShane’a, który wcielił się w najważniejszego z nordyckich bogów. Podobnie jak książka, serial jest doskonałą zabawą z różnymi mitologiami, do których tak często w swojej twórczości sięga Gaiman. Niestety, serial „Amerykańscy bogowie” to tylko osiem odcinków i właściwie jest to zaledwie wprowadzenie do czegoś większego, wstęp do wojny starych bogów o ludzką duszę.

GLOW sezon 1 powrót do przeszłości

A jeśli komuś czegoś brakuje w drugiej dekadzie XXI wieku, zawsze może przenieść się w czasie. A możliwe jest to, za sprawą serialu GLOW (znów produkcja Netflixa), którego akcja rozgrywa się na początku kolorowych i kiczowatych jednocześnie, lat 80-tych XX wieku. Okropne fryzury, jeszcze gorsze ubrania i przesadny makijaż doprawiony brokatem, to wszystko, podobnie jak kanciaste samochody i naprawdę świetna muzyka znalazły się w tym serialu. A opowiada on o próbie stworzenia pokazów kobiecego wrestlingu. Jest zabawnie, ale co najważniejsze, nie głupio. Świetnie dobrani aktorzy, a klimat tamtej epoki oddany został na tyle dobrze, że odnosi się wrażenie, że serial powstał właśnie wówczas. Moim skromnym zdaniem GLOW to prawdziwa, serialowa perełka.

Dead Cross

aruart

Ważne odkrycia muzyczne czy literackie, często następują zupełnie przypadkowo. Tak właśnie miałem z płytą Dead Cross. Wszystko zaczęło się od okładki kojarzącej mi się z  danse macabre. Kiedy włączyłem pierwszy utwór, usłyszałem jakieś szumy piski, a po 25 sekundach rozbrzmiała fantastycznie brzmiąca perkusja. Po kolejnych kilkunastu słyszę wokalistę żywcem przeniesionego z płyt Faith No More. A muzyka na płycie, układa się w cudowny, dźwiękowy chaos, wywołujący niepokój, dyskomfort, który z czasem zamienia się we wściekłość i furię. Prosta, niemal punkowa muzyka, z mocą death metalu, wgniata, rozwala umysł, ćwiartuje duszę. Słuchając Dead Cross zupełnie zapominałem o swoich czterdziestu wiosnach i znów poczułem się naiwnym nastolatkiem, który chce rozpieprzyć świat, tak wadliwie skonstruowany. Dead Cross to sprzeciw wobec świata polityki, wielkich korporacji, protest przeciwko jałowemu życiu. I szkoda tylko, że ta niezwykła płyta jest tak krótka, bo trwa zaledwie 28 minut, ale z drugiej strony, czy ludzki umysł, byłby w stanie przyjąć większą dawkę muzycznej anarchii.


Po wysłuchaniu płyty, zacząłem szukać informacji na temat Dead Cross i jak się okazało intuicja mnie nie myliła, odpowiedzialni za ten projekt są m.in. genialny perkusista Dave Lombardo oraz jeden z najlepszych wokalistów, jakich wydała na świat muzyka rockowa, Mike Patton (Faith No More).

Dead Cross powinien posłuchać każdy, kto uważa, że jego życie jest pełne harmonii, polecam tę płytę także tym, którzy pogrążenie są w apatii, a także każdemu, komu nie do końca zgadza się z otaczającą go rzeczywistością.


Inspirujący tydzień w Pradze

aruart

I pomyśleć, że dwa tygodnie temu siedziałem z żonką nad Wełtawą, i patrząc na chowające się za Hradczanami słońce, sączyłem zimne, czeskie piwko. Fantastyczne siedem dni spędzonych w czeskiej stolicy. Upał nieco popsuł nam plany, ale w Pradze znajdują się całkiem ciekawe zbiory sztuki, a obiekty Galerii Narodowej w większości są klimatyzowane, więc mieliśmy gdzie się schronić, jednocześnie w inspirujący sposób spędzając czas. Wieczorem, kiedy wysoka temperatura już nie męczyła, można było poimprezować nad Wełtawą. A rzeczy, których tym razem nie udało się zobaczyć, czy zrobić, pozostają na kolejny wyjazd, co oznacza, że musimy tam wrócić!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Dunkierka”. To nie jest po prostu kolejny film o wojnie

aruart

Kiedy jakiś czas temu usłyszałem o tym, że Christopher Nolan, kreci film o jednym z ważniejszych epizodów II wojny światowej, poczułem lekkie zdziwienie. Jednak z drugiej strony Kurt Vonnegut, napisał „Rzeźnię nr 5”, książkę, w której jednym z ważniejszych elementów było bombardowania Drezna , które zresztą autor sam przeżył.  Powieść ta była bardzo mocną, ale jednocześnie dość  niezwykłą krytyką wojny. Więc może trzeba dać Nolanaowi szansę? Tak też zrobiłem i z niecierpliwością oczekiwałem premiery. I muszę przyznać, że warto było. „Dunkierka” nie jest kolejnym filmem o wonie. To dzieło naprawdę ważne. Film mocno antywojenny. Ale nie ma w nim epatowania okrucieństwem, drastyczne sceny są nieliczne, nie ma zbędnego patosu, górnolotnych słów, w ogóle bardzo niewiele tu dialogów. Nolan skupia się na tym, jak bez sensowna jest wojna i co potrafi zrobić z człowiekiem, który w chwili zagrożenia, czuje tylko, że jest w stanie zrobić wszystko, aby przeżyć. Film trzyma w napięciu niemal od samego początku, do ostatniej sceny. To nie tylko zasługa pomysłów reżysera, ale w dużej mierze przygniatającej muzyki, skomponowanej przez Hansa Zimmera. Ścieżka dźwiękowa, ale także zdjęcia, a pamiętać trzeba o tym, że oprawa wizualna u Nolana zawsze jest bardzo ważna, tworzą klimat napięcia, grozy, wywołują w widzu wewnętrzny dyskomfort. Świetnym patentem jest to, że trzy opowieści wzajemnie się przeplatają, co wpływa na wyjątkowość filmu. Dodatkowo jeszcze kolejne sceny nie zawsze rozgrywają się chronologicznie, zabawa czasem to jeden z ulubionych patentów tego autora. No i jeszcze jedno, nawet przez chwilę nie widać wroga (poza samolotami), natomiast atmosfera została tak zbudowana, że mocno odczuwa się jego ciągłą, zagrażającą bohaterom filmu obecność.

Myślę, że „Dunkierka” Christophera Nolana, przynajmniej dla mnie, będzie jednym z najważniejszych filmów wojennych. To bardzo poważny głos na temat tego, czym jest wojna i co robi z człowiekiem. Nolanowi udało się pokazać to o czym nigdy nie mówi patriotyczna propaganda, wojna to piekło i nikt z nas, pomimo wybujałych deklaracji, nigdy nie wie, jak się zachowa w ekstremalnej sytuacji, zwłaszcza, kiedy będzie zagrożone jego życie. „Dunkierkę” po prostu, trzeba zobaczyć.


Mój przyjaciel orzeł i inne motyle, czyli letnich wędrówek ciąg dalszy

aruart

Czasami wędrując po okolicy spotykam tego jegomościa. Najczęściej nade mną, pilnując, żebym nie podszedł zbyt blisko gniazda, choć zdarza się, że siedzi na gałęzi i bacznie mi się przygląda.

Letnie rowerowe wyprawy po okolicy uświadomiły mi, w jakim niezwykłym miejscu mieszkam. Ciepło i częste deszcze sprawiły, że przyroda w tym roku szaleje. Zieleń jest wyjątkowo soczysta, łąki rozkwitły kwiatami, które oblegane są przez motyle i pszczoły. A do tego ten nieustający ptasi chór. Jutro znów się gdzieś wybiorę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Letnie wędrówki

aruart

Czy rowerem, czy też na piechotę w towarzystwie psa, czasami po prostu wystarczy wyjść z domu, aby zobaczyć coś niezwykłego, bo nasza planeta to naprawdę wyjątkowe miejsce i nie trzeba długo szukać, trzeba tylko nastawić zmysły, aby móc się o tym przekonać.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kopia zapasowa Puszczy Białowieskiej

aruart

Puszcza Białowieska to wyjątkowe miejsce w Europie. Niewielki, ocalały fragment prawdziwego lasu, takiego, jaki tysiąc lat temu, pokrywał większą część naszego kraju. Niestety, za sprawą barbarzyńców, którzy nie szanują nikogo i niczego, już wkrótce może zniknąć, stając się, tak jak pozostałe lasy w Polsce, zwykłą plantacją desek, a prawdziwa Puszcza przetrwa jedynie na zdjęciach oraz tego typu, cyfrowych rekonstrukcjach. Stworzony w Minecrafcie model Puszczy Białowieskiej w skali 1:1, powstał dzięki współpracy Agencji Ogilvy oraz Greenpeace Polska. Warto wejść na stronę akcji Ostatnie Drzewo, aby lepiej poznać wirtualną Puszczę, a być może także wspomóc Puszczę.

I jeszcze film o sytuacji w Puszczy Białowieskiej


Dlaczego rower? Rowerowe lato

aruart

 

Dlaczego warto jeździć na rowerze? Ponieważ jazda na rowerze:

znacznie obniża możliwość wystąpienia chorób serca i krążenia,

poprawia siłę, refleks i koordynację ruchów,

jak twierdzą naukowcy, ułatwia także zasypianie (chodzi o to wieczorne, a nie podczas jazdy),

zwiększa odporność organizmu,

podczas wysiłku wytwarzają się endorfiny, czyli hormony szczęścia, a także redukuje wytwarzanie przez organizm kortyzolu, który odpowiedzialny jest za stres,

wysiłek fizyczny na świeżym powietrzu, zwiększa ukrwienie mózgu, będzie on przez to bardziej wydajny, co z kolei wpłynie na większą kreatywność,

przez intensywny wysiłek fizyczny tracimy duże ilości sodu, którego brak jest niebezpieczny, dlatego wieczorem możemy swobodnie raczyć się chipsami, aby bezpiecznie uzupełnić jego poziom

dotlenienie komórek skóry, sprawia, że staje się ona gładsza, a ciało wolniej się starzeje,

a przede wszystkim można lepiej poznać najbliższą okolicę, dokładniej obserwując miejsca, które normalnie mija się niemal niedostrzegalnie jadąc samochodem, używając roweru można dotrzeć tam, gdzie normalnie nie dojdziemy, przy okazji odkrywając coś niezwykłego

I właśnie dlatego, dwa tygodnie temu, po dokonaniu niezbędnych napraw wsiadłem na rower, stopniowo zwiększając zasięg moich wypraw. Plany mam dość ambitne i jeśli pogoda i moje wrodzone lenistwo mi nie przeszkodzą, to powinienem odkryć, zobaczyć, a przede wszystkim doświadczyć kilku niesamowitych chwil.

A tak było ostatnio:

 

 

 

 

 


Prezydent Underwood – odsłona piąta

aruart

Jestem właśnie po obejrzeniu piątego sezonu „House of cards” i ponownie czuje się zmasakrowany. Tym razem Frank Underwood musi zmierzyć w batalii prezydenckiej, która ma mu zapewnić drugą, tym razem pełną kadencję. To właściwie nie batalia, to prawdziwa, brutalna wojna, w której wszelkie praktyki są dozwolony. Liczy się tylko cel, którym jest biały dom. Scenarzyści musieli włożyć sporo pracy, aby przygotować fabułę, która nie dość, że nie nuży, to wciąga, trzyma w napięciu i zaskakuje. Jakie to szczęście, że Netflix wypuszcza od razu cały sezon. Jakoś nie potrafię wyobrazić sobie sytuacji oczekiwanie przez tydzień na kolejną odsłonę serialu, która po niespełna godzinie, w najważniejszym momencie zostanie przerwana.  

Serial świetnie jest zrealizowany, ale nie byłoby sukcesu tej produkcji bez Franka Underwooda (Kevin Spacey) i Claire Underwood (Robin Wright). Oboje doskonale się uzupełniają tworząc skuteczną machinę zgniatającą, każdą przeszkodę, stojącą im na drodze do władzy. Są w tym wspaniali i chociaż twórcy serialu, co jakiś czas próbują nam te postacie obrzydzić, to nie da się ich nie podziwiać.

Jeszcze jedna zaletą serialu jest to, że często pojawiają się tutaj nawiązania do aktualnych wydarzeń, nieco tylko przerobionych (wojna z ISIS, afera Snowdena, czy rosyjskie zielone ludziki). Bohaterowie stojąc naprzeciw tych problemów, znajdują alternatywne rozwiązania w stosunku do tych, które podjęli autentyczni politycy.

Piąty sezon „House of cards” ma też dość nieoczekiwany finał. W głowie powstało sporo pytań, ale gdyby postanowiono, że tak właśnie zakończy się ten serial, byłaby to jedna z najlepszych decyzji jakie można podjąć. Wszystko  co ważne zostało już powiedziane. Polityka to cyniczna gra, w której nieliczy się interes obywatela, a szczytne idee, to tylko slogany, które przybrano by omamić wyborcę. I w gruncie rzeczy, to niewielka różnica, czy są to Stany Zjednoczone, Polska, czy Rosja. Wszyscy jesteśmy rządzenie przez prezydenta Underwooda.


Siła natury

aruart

W końcu mam wolny weekend i to na dodatek czterodniowy. Po kilku tygodniach bez dnia wolnego, mogę docenić, jak ważny jest czas, który można po prostu poświęcić na lenistwo, aby się z restartować i zupełnie zapomnieć o pracy.  Więc korzystając z okoliczności przyrody ruszyłem na pobliskie łąki. Bardzo tego potrzebowałem. Moje stawy trzeszczały z radości, a serducho waliło radośnie, mogąc w końcu pracować w zupełnie innym rytmie niż zazwyczaj. Radocha była ogromna, no bo było z czego się cieszyć. Błękitne niebo, słońce , soczysta zieleń i śpiew ptaków, czyli okoliczności, z których potrafię czerpać moc. I przez te dwie godziny spaceru czułem tę niezwykła siłę, która zakręciła moim umysłem jak super dopalacz. Ale właśnie takim dopalaczem jest dla mnie natura. Najpotężniejsza siła w naszym świecie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


© AruArt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci