Menu

AruArt

dziennik niecodzienny

Robert Brylewski - biografia muzyczna

aruart

3 czerwca, w wieku 57 lat zmarł Robert Brylewski, człowiek, bez którego muzyka w tym kraju wyglądałaby smutniej. Kompozytor i wokalista, który nie będąc muzycznym purytaninem sięgał po wiele gatunków. Od punka, poprzez reggae, muzykę etno, po elektronikę. Swoją przygodę z muzyką rozpoczął z końcem lat 70-tych, kiedy to założył zespół The Boors, przekształcony w 1979 roku w Kryzys, jeden z najważniejszych zespołów tzw. nowej fali polskiego rocka. Kryzys to jedna z tych kilku kapel, które stworzyły polskiego punk rocka. To także jeden z nielicznych zespołów polskiego rocka ery realnego socjalizmu, którego nagrania ukazały się na zgniłym Zachodzie. Kapitaliści z Francji nielegalnie wydali zdobyte nagrania, istotne jest jednak to, że muzyka znad Wisły, wydała im się wystarczająco interesująca by zaprezentować ją u siebie.

 

Kiedy rozpada się Kryzys dochodzi do połączenia sił dwóch najważniejszych warszawskich zespołów tamtego okresu. Do Brylewskiego dołączył Tomek Lipiński (Tilt) i w ten sposób powstała Brygada Kryzys, jeden z najważniejszych rockowych kombinatów w tym kraju.

 

 


 

 

Trudności związane ze znalezieniem miejsca na próby oraz brak możliwości koncertowania, między innymi ze względu na nazwę, która nie podobała się cenzorom, wpłynęły na to, że w 1983 roku, Brygada Kryzys się rozpada (powróci na początku lat 90-tych), a w jej miejsce powstaje Izrael. Tym razem Brylewski staje się prekursorem reggae w naszym kraju.

 

W tym samym czasie, kiedy Robert Brylewski udziela się w Izraelu powstaje jeden z najoryginalniejszych tworów polskiego rocka alternatywnego, zespół Armia. Formacja, która pokazała, że stosunkowo prostą i mocną muzykę punkową można połączyć z bardzo poważnymi, wręcz poetyckimi tekstami. Płyty Legenda (1991) i Triodante (1994), po przeszło dwudziestu latach robią na mnie tak samo mocne wrażenie, jak w pierwszej połowie lat 90-tych. Do tej drugiej zresztą powstał niezwykły spektakl teatralny nawiązujący do Boskiej komedii Dantego.

 

 

W międzyczasie Brylewski maczał swój muzyczny talent w takich projektach jak Falarek Band oraz elektroniczny i dosyć odjechany Max i Kelner. Ten ostatni to chyba najdziwniejsza rzecz, którą współtworzył Brylewski i jedyna, która nie przeszła próby czasu.

 

Równie ważną działalnością muzyczną Roberta Brylewskiego było prowadzenie, powstałego w 1986 roku studia oraz wydawnictwa Złota Skała. Było to jedyne miejsce, gdzie młode zespoły ze sceny niezależnej mogły zrealizować swoje marzenie o zarejestrowaniu własnych kompozycji.


Ostatnim projektem muzycznym,  który współtworzył Brylewski (poza koncertowaniem z reaktywowanymi Brygadą Kryzy i Izraelem), był powstały w 2008 r. zespół 53um.

Przez tych blisko 40 lat działalności Brylewskiego, były też niezliczone projekty, kapele, imprezy i ewenty muzyczne, w które był on mniej lub bardziej zaangażowany, dzięki temu mógł uzewnętrznić swoją niepokorną duszę. Dla wielu muzyków był też prawdziwym mistrzem, który zainspirował ich do poświęcenia się twórczości.

I kiedy 3 czerwca usłyszałem o jego śmierci, poczułem wielki żal i gorycz. W wyniku brutalnego pobicia, odszedł jeden z najważniejszych twórców polskiego rocka. Jeden z tych kilku, którzy potrafili nadać tej muzyce odpowiednią siłę, tworząc kilka najważniejszych płyt jakie zostały nagrane w naszym kraju. Niestety Robert Brylewski nic więcej już nie skomponuje, a myślę, że jeszcze nie jedno miałby do powiedzenia.

Metalowe inspiracje

aruart

Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale są tacy, którzy nie lubią metalu. Poważnie. A przecież to muzyka wszechstronna, to ogromny wór, pełen prawdziwej, mocnej, męskiej muzyki. Wór, do którego wystarczy sięgnąć, aby odnaleźć kolejne inspiracje. Oto kilka przykładów, jak można wykorzystać, przerobić, zagrać po swojemu, metalowe klasyki:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Prawda, że piękne?

Krótko o książkach cz. 2

aruart

Koniec śmierci Cixin Liu, to zamknięcie cyklu Wspomnienie o przeszłości Ziemi, który stawia chińskiego autora w gronie najwybitniejszych pisarzy SF. Jest tutaj sporo fizyki, chociaż zastanawia mnie na ile pojawiające się w książce teorie są prawdziwe, a na ile jest to wymysł samego autora. Mamy tu także sporo pytań na temat człowieka i w ogóle ludzkości. Książka straszliwie mnie pochłonęła i pomimo przeszło 800 stron, ciężko było się od niej oderwać. Nagłe zwroty akcji i mikro opowieści w niej ukryte, sprawiły, że książka ta stała się fascynującą przygodą i kiedy dotarłem do ostatnich wersów, żal mi się zrobiło, że to już koniec. Koniec śmierci, to dowód na to, że SF może być wciąż ciekawym i odkrywczym gatunkiem, że fantastyka to nie tylko opowieści o galaktycznych wojnach i czarodziejach walczących ze smokami. Książka ta udowadnia, że jest to gatunek, który stawia ważne pytania na temat naszej przyszłości.

 

Olga Tokarczuk w swoim najnowszym zbiorze opowiadań pokazuje, że świat jest dość dziwaczny, niepojęty wręcz groteskowy. Takie właśnie są Opowiadania bizarne. Muszę przyznać, że mocno mnie one zachwyciły i właściwie każde kolejne było dla mnie sporym zaskoczeniem. Kilka z nich mogłoby posłużyć jako pomysły na scenariusze następnego sezonu serialu Black Mirror. Wiem, że Tokarczuk napisała rzeczy o niebo lepsze, ale myślę, że jej spojrzenie na dziwaczność naszego świata jest bardzo ożywcze.

 

Moją trzecią propozycją jest Fight Club 2 Chucka Palahniuka. I chociaż kontynuacja najgłośniejszej książki tego autora jest komiksem, to warto poświęcić dla niej trochę czasu. To nie tylko dalsze losy Tylera Durdena i jego alter ego, ale sama forma pozwala inaczej spojrzeć na tę historię. Poza zwariowanymi, ale też pełnymi zgryźliwego humoru pomysłami Palahniuka, mamy tutaj do czynienia z naprawdę świetnie narysowanym komiksem, za co odpowiedzialny jest Cameron Stewart. Warto także wspomnieć o rewelacyjnych okładkach kolejnych zeszytów, które stworzył David Mack. Każda z nich to małe dzieło sztuki. Fight Club 2 najpierw się czyta, a później warto skupić się wyłącznie na świetnej stronie wizualnej, a na koniec można jeszcze spróbować połączyć to w jedną całość. I należy mieć tylko nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy ekranizacja tej książki.


Dolní Vítkovice – czyli industrialne Czechy

aruart

W ostatnich latach tradycją stało się to, że początek maja jest wyjątkowo chłodny. Obawiając się kolejnej zimnej majówki, postanowiliśmy wybrać się do trzeciego pod względem wielkości miasta Czech, do Ostrawy. I muszę przyznać, że był to swoisty wyjazd. Słowo „swoiste”, stało się hasłem przewodnim wycieczki. Już to, że podróż zabrała nam nieco ponad godzinę było swoiste. Ale swoisty był także klimat tu panujący, swoisty był hotel, swoisty zapach, swoiste piwo czy jedzenie.

Ostrawa, czyli czeskie Katowice, to przede wszystkim przemysł ciężki. I tu należy wspomnieć o „swoistym” kompleksie przemysłowym Dolní Vítkovice. To połączenie kopalni, koksowni i huty, która swoją działalność rozpoczęła w roku 1830 roku, a zamknięta został w roku 1998. W tym czasie wyprodukowano tu 90 mln. ton surówki żelaza oraz 42 mln. ton koksu. Przez kilkanaście lat po zamknięciu zakładu, nic się w nim nie działo, poza powolnym rozkładem. W roku 2011 ruszyła jego rewitalizacja. Dziś uznawany jest on za Narodowy Zabytku Kultury oraz stanowi część Europejskiego Dziedzictwa Kultury. W dawnym zbiorniku gazu znajduje się muzeum sztuki współczesnej, jedna z hal przeznaczona została na muzeum techniki, a nad wielkim piecem zbudowano taras widokowy. A poza tym, można się nieco pobłąkać po nieczynnym już kompleksie przemysłowym, po terenie, który wydaje się być gotową scenografią filmu post apokaliptycznego. I tylko szum wiatru wśród tych skomplikowanych instalacji przynosi odrobinę klimatu, który musiał tutaj panować, kiedy wszytko jeszcze działało. Swoiście niezwykłe miejsce, w swoistej Ostrawie, dzięki któremu majową wycieczkę można uznać za udaną.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Wiosna! Ejże Ty! cz.1

aruart

Mam wrażenie, że w tym roku wiosna wybuchła wyjątkowo intensywnie. To nie tylko intensywna, najwspanialsza na świecie zieleń, ale także niezliczona tonacja barw, zapachów i dźwięków. To coś niesamowitego, obezwładniającego i pięknego. Ta szalona anarchia życia, obezwładnia. Chciałbym ,żeby taki stan trwał wiecznie!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wiosna, Wiosna, Wiosna!!!!!

aruart

 

Z każdym dniem jest coraz wiosenniej. To już nie tylko rozśpiewane ptaki. Nie tylko słońce i błękitne niebo. To przede wszystkim zapachy, a także świeże, zielone trawy. Zielone intensywnie soczystą zielenią, że tylko się w nią wgryźć i … To ożywione ciepłem owady. To także szybsze bicie serca oraz pokłady nowej energii. Chwilami czuję, że mógłbym rozwalić ten świat, by stworzyć coś zupełnie nowego. Mam ochotę walczyć, działać, krzyczeć z radości. Czuję się tak, jakbym zrzucił z siebie starą, popękaną skorupę zimowego odrętwienia i chociaż wciąż jestem słaby, jeszcze nieco zziębnięty, ale czuję w sobie siłę, która ciągnie mnie do działania. Pewnie szara rzeczywistość codzienności, szybko podetnie mi z ledwością wyciągnięte skrzydła, ale uczucie tej siły jest naprawdę wspaniałe, chwilami wręcz obezwładniające i oby trwało jak najdłużej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Krótko o książkach

aruart

Kilka dni wolnych od pracy i pogoda, która nie zachęca do spacerów, mogą być pretekstem do tego, aby włączyć ulubioną płytę i zagłębić się w lekturze. Oto propozycje trzech książek, od których nie sposób się oderwać.

Pierwsza z nich, to niezwykle wciągająca saga, opowiadającą dzieje dwóch rodzin drwali, którzy są świadkami i uczestnikami budowania (wycinania) Ameryki. Drwale Annie Proulx, to opowieść o ludzkich namiętnościach i naszych słabościach. O sile pojedynczego człowieka, który ma odwagę podążać za swoimi marzeniami oraz niszczycielskiej mocy tkwiącej w całej ludzkiej populacji. To książka o przewrotności losu, ale także historia homo sapiens, jednego z milionów gatunków zamieszkujących planetę Ziemię, który postanowił ową planetę sobie podporządkować. Drwale Annie Proulx, to przede wszystkim wspaniale opowiedziana historia, w sam raz na pochmurny deszczowy dzień i chłodny wczesnowiosenny wieczór, zresztą nie jeden.


Kolejną propozycję jest niesamowita opowieść o czasach polskiego złotego wieku, czyli książka Córki Wawelu Anny Brzezińskiej. Książka niezwykła w swojej formie, to połączenie powieści z esejem historycznym i właśnie ta forma sprawia, że mocniej wchodzimy w świat sprzed pięciu stuleci. Zachwyca bogactwo wątków i prawdziwość świata, o którym opowiada autorka. Dodatkową zaletą tej książki jest to, że mamy tu opowieść o postaciach z drugiego planu naszych dziejów, są to głównie kobiety, które miały jednak olbrzymi wpływ na to, co się wówczas działo. Dzięki Brzezińskiej zaglądamy za kulisy wielkiej historii. Autorka pokazała, że o historii można opowiadać w fascynujący sposób, bo historia to nie daty, to przede wszystkim materiał na wspaniałą opowieść.


Ostatnią moją propozycją jest skromna rozmiarem w porównaniu z dwiema poprzednimi książeczka, Nieznane więzi natury Petera Wohllebena. Tym razem autor Sekretnego życia drzew, w bardzo prosty i zrozumiały sposób opowiada o zależnościach istniejących w przyrodzie, o wpływie człowieka na środowisko oraz skutkach naszych działań. Książka w sam raz na jedno popołudnie i wieczór, po którym nieco inaczej będziemy patrzeć na otaczający nas świat.


W poszukiwaniu wiosny

aruart

 

 

Kiedy wędruje się po lesie trudno jest znaleźć oznaki wiosny i tylko donośny radosny śpiew ptaków świadczy o tym, że zima się już skończyła. Wystarczy jednak zajrzeć do ogrodu, gdzie coraz śmielej poczynają sobie rośliny. Mam nadzieję, że z każdym dniem będzie tego więcej.

 

 

 

 

 

Lekcja WOS-u

aruart

Kto nie słuchał nowej płyty Lao Che, niech posłucha! Wiedza o społeczeństwie to ich najlepsza płyta od ośmiu lat, czyli od czasu wydania Prąd Stały/Prąd Zmienny. Rewelacyjna pod względem muzycznym, kompozycje pełne różnorakich przeszkadzajek, co sprawia, że za każdym przesłuchaniem odkrywa się coś nowego. No i co bardzo ważne, na wysokości zadania stanął Spięty, pisząc kolejne bardzo ciekawe teksty. Niektóre sformułowania wręcz powalają. Z pozoru bardzo proste, ale niosą ze sobą bardzo bogatą treść. Trudno jest się znudzić tym krążkiem, a przesłuchałem go już kilkanaście razy i wciąż jest mi mało. Nie będę jednak więcej zdradzał, a kto jeszcze nie słyszał tej płyty, koniecznie, w ekspresowym tempie, już i teraz, powinien nadrobić zaległości, by nie skończyło się oceną niedostateczną z wos-u (tak, mam do tego uprawnienia).


 

Leo i jego covery cz. 2

aruart

Kolejne covery autorstwa Leo Maracchioli, które w ostatnim czasie bardzo mi się spodobały (a nie przepadam za Coldplay):

 




 

 
 
 
 
 

 

Niech tę zimę trafi, czyli w poszukiwaniu wiosny

aruart

Łagodna, czy też nie, zima zawsze jest przede wszystkim długa i strasznie męcząca. Więc kiedy tylko zrobiło się cieplej, ruszyliśmy z Megi na poszukiwaniu śladów wiosny. A tych znaleźliśmy wiele, przyroda również spragniona jest ciepła, co objawia się w donośnym śpiewie ptaków, czy licznie pojawiających się wczesnowiosennych kwiatach. Synoptycy straszą powrotem zimy z końcem tego tygodnia. Ja jednak naiwnie wierzę, że się mylą i mrozy już nie wrócą (najlepiej nigdy).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

© AruArt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci