Menu

AruArt

dziennik niecodzienny

seriale

Moje seriale cz. 2

aruart

Netfilix po raz kolejny pozytywnie mnie zaskoczył. Mindhunter to wyreżyserowany przez mistrza thrillerów Davida Finchera, serial opowiada o próbie stworzenia przez FBI profili psychologicznych przestępców, poprzez badania prowadzone na sprawcach najbardziej przerażających zbrodni w Stanach. Postać głównego bohatera Holdena Forda jest inspirowana prawdziwą postacią jednego z najsłynniejszych profilerów, Johna Douglasa. Serial bardzo mocno wciąga, kiedy nagle skończył się ostatni, dziesiąty odcinek, trudno było uwierzyć w to, że to już. Świetnie zbudowane postacie, scenariusz pozbawiony dłużyzn, i naprawdę dobra realizacja i chyba największą wadą serialu jest to, że trzeba będzie wytrwać rok, zanim pojawi się kontynuacja. Warto obejrzeć Mindhunter, chociaż by po to by zadać sobie pytanie o korzenie zła, tego pierwiastka, który jest w każdym z nas.


Tuż przed świętem Helloween, miała premiera drugiego sezonu Netflixowego hitu sprzed przeszło roku Stranger Things. I chociaż nie było tu już nic zaskakującego, w końcu to kontynuacja, to miło było ponownie przenieść się w lata 80-te, czyli do czasów dzieciństwa. I chociaż przez pierwsze odcinki akcja dosyć powoli się rozkręca, ale później, jak już akcja się rozkręci jest naprawdę nieźle. Podoba mi się też to, że serial stał się nico mroczniejszy. Autorzy serialu wyjaśnili kilka tajemnic, takich jak historia Jedenastki, nieco więcej opowiedzieli też o tamtej stronie. Realizacji rewelacyjna. I jak denerwuje mnie Winona Ryder, tak dzieciaki grają rewelacyjnie. Wadą jest jednak to, że serial jest taki krótki, to zaledwie dziewięć odcinków, które bardzo szybko się kończą. Na pocieszenie pozostaje wiadomość o tym, że będzie sezon trzeci.


Moje seriale cz.1

aruart



Kiedy wszyscy emocjonują się kolejnymi odcinkami siódmego sezonu Gry o tron warto czasem w kontrze, poszukać czegoś innego.  Oto kilka moich typów i wcale nie twierdzę, że są one w czymś lepsze. Po prostu, są to seriale, na które warto poświęcić swój czas.

Zadzwoń do Saula sezon 3

To obok Hause of Cards i Stranger Things jedna z najlepszych produkcji Netflixa. Spinn off świetnego Breaking Bad, który skupia się na losach pobocznych postaci tego serialu. W trzecim sezonie powoli zaczyna się rodzić Saul Goodman, chociaż Jimmy McGill (w tej roli niesamowity Bob Odenkirk), próbuje jeszcze postępować właściwie, ale dzięki swojemu starszemu bratu, powoli ewoluuje w stronę cwaniaka, jakim później będzie jako Saul. Relacje pomiędzy braćmi są dowodem na to, że z rodzina najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Mamy tutaj kilka ciekawych zwrotów akcji. A przy okazji możemy poznać losy Mika, który przysłużył się głównemu bohaterowi Breaking Bad, a także w jaki sposób swoje narkotykowe imperium zbudował Gustavo Fring. Serial mocno wciąga, ale niestety, każdy sezon to jedynie 10 odcinków.

Starzy bogowie powracają, czyli „Amerykańscy bogowie” sezon 1

Duszą współczesnego człowieka zawładnęła kasa, media, internet, zastępując religię. Właściwie stały się bogami. A co z tymi, którym dawniej ludzie oddawali cześć? Może jeszcze gdzieś dogorywają? A może szykują się do ostatniej wojny o władzę nad ludzkim sercem? Taką właśnie sytuację przedstawił w swojej świetnej książce „Amerykańscy bogowie” Nail Gaiman. Ten sam tytuł nosi serialowa ekranizacja tej książki. Świetnie zrealizowany serial, są chwile, kiedy niektóre ze scen robią piorunujące wrażenie. A do tego bardzo dobra kreacja Iana McShane’a, który wcielił się w najważniejszego z nordyckich bogów. Podobnie jak książka, serial jest doskonałą zabawą z różnymi mitologiami, do których tak często w swojej twórczości sięga Gaiman. Niestety, serial „Amerykańscy bogowie” to tylko osiem odcinków i właściwie jest to zaledwie wprowadzenie do czegoś większego, wstęp do wojny starych bogów o ludzką duszę.

GLOW sezon 1 powrót do przeszłości

A jeśli komuś czegoś brakuje w drugiej dekadzie XXI wieku, zawsze może przenieść się w czasie. A możliwe jest to, za sprawą serialu GLOW (znów produkcja Netflixa), którego akcja rozgrywa się na początku kolorowych i kiczowatych jednocześnie, lat 80-tych XX wieku. Okropne fryzury, jeszcze gorsze ubrania i przesadny makijaż doprawiony brokatem, to wszystko, podobnie jak kanciaste samochody i naprawdę świetna muzyka znalazły się w tym serialu. A opowiada on o próbie stworzenia pokazów kobiecego wrestlingu. Jest zabawnie, ale co najważniejsze, nie głupio. Świetnie dobrani aktorzy, a klimat tamtej epoki oddany został na tyle dobrze, że odnosi się wrażenie, że serial powstał właśnie wówczas. Moim skromnym zdaniem GLOW to prawdziwa, serialowa perełka.

Prezydent Underwood – odsłona piąta

aruart

Jestem właśnie po obejrzeniu piątego sezonu „House of cards” i ponownie czuje się zmasakrowany. Tym razem Frank Underwood musi zmierzyć w batalii prezydenckiej, która ma mu zapewnić drugą, tym razem pełną kadencję. To właściwie nie batalia, to prawdziwa, brutalna wojna, w której wszelkie praktyki są dozwolony. Liczy się tylko cel, którym jest biały dom. Scenarzyści musieli włożyć sporo pracy, aby przygotować fabułę, która nie dość, że nie nuży, to wciąga, trzyma w napięciu i zaskakuje. Jakie to szczęście, że Netflix wypuszcza od razu cały sezon. Jakoś nie potrafię wyobrazić sobie sytuacji oczekiwanie przez tydzień na kolejną odsłonę serialu, która po niespełna godzinie, w najważniejszym momencie zostanie przerwana.  

Serial świetnie jest zrealizowany, ale nie byłoby sukcesu tej produkcji bez Franka Underwooda (Kevin Spacey) i Claire Underwood (Robin Wright). Oboje doskonale się uzupełniają tworząc skuteczną machinę zgniatającą, każdą przeszkodę, stojącą im na drodze do władzy. Są w tym wspaniali i chociaż twórcy serialu, co jakiś czas próbują nam te postacie obrzydzić, to nie da się ich nie podziwiać.

Jeszcze jedna zaletą serialu jest to, że często pojawiają się tutaj nawiązania do aktualnych wydarzeń, nieco tylko przerobionych (wojna z ISIS, afera Snowdena, czy rosyjskie zielone ludziki). Bohaterowie stojąc naprzeciw tych problemów, znajdują alternatywne rozwiązania w stosunku do tych, które podjęli autentyczni politycy.

Piąty sezon „House of cards” ma też dość nieoczekiwany finał. W głowie powstało sporo pytań, ale gdyby postanowiono, że tak właśnie zakończy się ten serial, byłaby to jedna z najlepszych decyzji jakie można podjąć. Wszystko  co ważne zostało już powiedziane. Polityka to cyniczna gra, w której nieliczy się interes obywatela, a szczytne idee, to tylko slogany, które przybrano by omamić wyborcę. I w gruncie rzeczy, to niewielka różnica, czy są to Stany Zjednoczone, Polska, czy Rosja. Wszyscy jesteśmy rządzenie przez prezydenta Underwooda.


Prorok Homer Simpson

aruart

Po Amerykańskich wyborach prezydenckich, przypomniano sobie o tym, że to, co jeszcze pół roku temu wydawało się niedorzeczne, zostało szesnaście lat temu przepowiedziane przez twórców animowanego serialu „Simpsonowie”.

Ale to nie jedyna trafna prognoza. Dla mnie największym zaskoczeniem była wiadomość o tym, że Homer Simpson, serialowy gbur i idiota, w 1998 r., pisze wartość zbliżoną do masy bozonu Higgsa, którą to, udało się eksperymentalnie określić dopiero w 2012 r. Więc to Homer Simpson (scenarzyści serialu), a nie CERN, jako pierwsi dokonali tego odkrycia.


Wśród innych proroctw, które znalazły się w serialu należałoby wymienić choćby to, że w 2008 r. przewidzieli awarię elektronicznego systemu głosowania, która miała miejsce cztery lata później. Podobnie było z wojną w Syrii, czy epidemią eboli, z którą w zeszłym roku walczyła Afryka.

Serial „Simpsonowie”, powstaje już od 27 lat i stanowi doskonałe źródło do śledzenia przemian, jakie zachodzą w amerykańskim społeczeństwie. Jak się jednak okazuje, jego scenarzyści, nie tylko opisują i wyśmiewają to, co właśnie się dzieje, ale także starają się przewidzieć, zjawiska i wydarzenia, które dopiero nadejdą i zaskakująco często przewidują przyszłość. Przypadek?


Politycy z połową mózgu?

aruart

fot: https://www.facebook.com/streetartglobe/photos/a.1471310386425716.1073741828.1471162443107177/1971483873075029/?type=3&theater

Od kilku tygodni niemal wszyscy bardzo mocno ekscytują się wyborami prezydenckimi w Stanach. A kiedy kilka dni temu, Amerykanie dokonali już swojego wyboru, pojawiły się pytania: Tramp? Jak to możliwe? Dlaczego? Czy Amerykanie oszaleli? itp. Wydaje mi się, że znalazłem odpowiedź na każde z nich. A może za szaleństwem, w którym coraz bardziej zaczyna pogrążać się świat, stoi jakaś obca nam siła. Coś, czemu na rękę byłoby unicestwienie ziemskiej cywilizacji. Taką właśnie wizję, kreślą twórcy, rewelacyjnego serialu „Braindead”.  Nie wiem, dlaczego redaktorzy strony filmweb, zaklasyfikowali ten serial jako horror. Nie ma tutaj żadnych żywych trupów, psychopatów krojących na kawałki innych, czy wychodzących z telewizora, przerażających dziewczynek. „Braidead” to komedia polityczna. Serial ten stanowi całkiem niezłą satyrę, na współczesny świat polityki, który coraz bardziej się radykalizuje, jednocześnie antagonizując społeczeństwo, wciągając je w swoją walkę, która stała się ważniejsza niż działanie dla dobra państwa. Kiedy słucha się polityków, odnosi się wrażenie, że jakiś obcy stwór siedzi w ich głowach, które zostały pozbawione części mózgu, tej odpowiedzialnej za wrażliwość. Takie wytłumaczenie chyba nawet łatwiej jest przyjąć niż, to, że właśnie tacy są ludzie.

Twin Peaks za 550 tys. dolarów

aruart

549 950 dolarów to cena za dom Laury Palmer, a właściwie dom, w którym blisko ćwierć wieku temu David Lynch kręcił swój serial „Miasteczko Twin Peaks”. Serial, który obejrzałem już trzykrotnie i który pomimo upływu czasu, wciąż robi na mnie ogromne wrażenie. Spokojne miasteczko położone wśród wspaniałych lasów stanu Waszyngton i zbrodnia, która ujawnia dogłębne zepsucie, z pozoru porządnych mieszkańców, prowincjonalnego miasteczka. To jeden z tych filmów, które mówią o tym, że zło jest w każdym z nas, że nie ma ludzi be z winy. Z jednej strony bardzo sielski, z drugiej jednak, niepokojący. To jeden z tych filmów Lyncha, który podobnie jak „Blue Velvet” wciąga widza  w świat widziany oczami reżysera, tak mocno, iż w końcu samemu zaczyna się w ten sposób na niego patrzeć. W każdym z nas jest szaleństwo i wystarczą odpowiednie warunki by nami zawładnęło.


Niejednokrotnie miałem wrażenie, że rzeczywistość kompletnie wymyka mi się spod kontroli , że właściwie nigdy nie miałem na nią najmniejszego wpływu. To właśnie tajemniczość, kompletna nieprzewidywalność, tak mocno pociąga mnie w filmach Lyncha („Zagubiona autostrada”, „Mulholland Drive”).  Można je oglądać wielokrotnie i wciąż zaskakują, zupełnie tak, jakby oglądało się je, po raz pierwszy


Uwielbiam ten tajemniczy klimat. Z jednej strony niedopowiedzenia i pozory bezpieczeństwa, z drugiej zaś niebezpieczeństwo i strach. Taka jest właśnie dusz każdego z nas. Po części, przepełniona pięknem i dobrem, ale nigdy nie można zapominać o tym, że w każdy z nas siedzi bezgraniczne zło, czekające tylko na sprzyjające warunki, by móc całkowicie nami zawładnąć.

Mroczna strona duszy

aruart

Perski prorok Zaratusztra twierdził, że istnieją dwa bóstwa Ahura Mazda (Pan Dobra) i jego przeciwieństwo Angra Mainju (Duch Zła), które bezustannie prowadzą ze sobą wojnę. Mam wrażenie, że starożytny mistyk miał nieco racji. Udało mu się trafnie opisać to, co dzieje się w ludzkiej duszy i umyśle, czyli bezustanną wojnę pomiędzy dobrem a złem. Nasz gatunek zdolny jest do rzeczy wzniosłych i pięknych, do heroicznego poświęcenia i tworzenia rzeczy pięknych, ale siedzi w nas również straszliwa, destrukcyjna moc. Jesteśmy gotowi na niewyobrażalnego okrucieństwa, popełniając straszliwe zbrodnie. Sam niejednokrotnie, przekonałem się ,że nawet wbrew temu, co o sobie sądzę, czułem tak straszliwą frustrację, że gotów byłem przekroczyć wiele granic, tylko po to by kogoś skrzywdzić. To od nas jednak zależy, czy te granice przekroczymy, czy poddamy się podszeptom naszej mrocznej strony, czy w walce o naszą duszę zwycięży Angra Mainju. Są tacy, którzy wybierają właśnie tę ścieżkę swojego życia. Dlatego potrzebni są „strażnicy”, ludzie, którzy potrafiliby obronić przed nimi pozostałych. Takimi postaciami z pewnością są bohaterowie serialu „True Detective”, którzy poświęcają się w walce z tkwiącym w ludziach złem. Serial niezwykle wciągający, wspaniałe zdjęcia, klimatyczna Luizjana, i świetne aktorstwo (Woody Harrelson i Matthew McConaughey). Scenarzysta zadbał o to, by grane przez nich postacie były naprawdę ludzkie. To nie żadni seperbohaterowie. Są pełni wad i słabości, ale przez to wzbudzają sympatię widza. Film bardzo mocno oddziałowej na emocje, pokazuje bardzo mroczną stronę ludzkiej duszy, ale bez odrażającego epatowania okrucieństwo, jak ma to miejsce w „Hannibalu”.  Momentami dość statyczny, ale twórcy zadbali o rosnące napięcie, wplatając w fabułę kilka, dość zaskakujących wątków.

Dodać jeszcze muszę jedną rzecz, która wzbudza mój szacunek wobec twórców serialu. Kolejny sezon, jeśli HBO się na niego zdecyduje, będzie zupełnie odmienny. Inni bohaterowie, nowe miejsce i tylko motyw, walki dobra z rosnącym złem pozostanie ten sam. Jeśli tak się stanie, to choć z ogromnym żalem pożegnam się z postaciami wykreowanymi przez Harrelsona i McConaugheya, to osoby stojące za tą decyzją będę darzył ogromny szacunkiem.



"Dexter" po raz piąty.

aruart

Jestem właśnie świeżo po obejrzeniu piątej serii „Dextera”. Serial ten należy (właściwie należał) do moich ulubionych. Dość oryginalna fabuła (psychopatyczny seryjny morderca polujący na innych zwyrodnialców, którzy wymknęli się wymiarowi sprawiedliwości) i świetna kreacja aktorska Michaela C. Halla, sprawiły, że serial ten wyróżniał się spośród masowej amerykańskiej produkcji. Wyróżniał, bo seria piąta, to kompletna klęska. Scenarzyści dali (przepraszam za wyrażenie) d..., jest tam tyle nieścisłości, co w kiepskim, niskobudżetowym, kryminale z lat 80-tych. Poprzedni sezon „Dextera” był rewelacyjny i właściwie na nim powinien zakończyć się ten serial. Niestety zwyciężyła chęć wyciśnięcia ze świetnego pomysłu wszystkiego co się tylko da. Problem jednak w tym, że została już tylko sama skorupa, niesmaczny, ciężkostrawny szkielet, pozbawiony jakichkolwiek wartości odżywczych. Rozrywka jest jednak jak McDonald, zawsze znajdą się amatorzy ekstremalnych przeżyć, więc serial nie tylko się sprzedał, ale jak się okazuje stacja Showtime postanowiła wyłożyć kasę na kolejną, szóstą serię, która pojawi się jesienią. Szkoda, że dożyna się świetne pomysły. Żyjemy jednak w świecie, w którym najważniejszy jest rachunek ekonomiczny i nieczęsto spotkamy się z sytuacją, kiedy zaprzestaje się tworzenia w najodpowiedniejszym momencie (rzadki wyjątek „Sześć stóp pod ziemią”). Jeśli ktoś zastanawia się nad obejrzeniem ostatniej serii „Dextera” niech lepiej z tego zrezygnuje, ciekawiej, a przede wszystkim bardziej sensowne będzie przespać wieczór, niż patrzeć jak dożyna się świetny serial.

 



Bo świat to dżungla

aruart

Świat wokół nas, to ciągłe niebezpieczeństwo. Bakterie, chaos, setki, a nawet tysiące rzeczy, które w każdej chwili mogą nam zagrozić. Bo świat to dżungla, w której każdego dnia walczymy o przeżycie. I chyba na szczęście, zazwyczaj nie zdajemy sobie z tego sprawy, a przynajmniej tego nie zauważamy. W przeciwnym wypadku świadomość ciągłego zagrożenia, mogłaby nas doprowadzić do szaleństwa. Jak wyglądałoby życie człowieka zmagającego się z tą dżunglą, najlepiej ilustruje serial „Detektyw Monk”. Dość zabawny serial kryminalny, którego głównym bohaterem jest były policjant Adrian Monk, który po załamaniu, spowodowanym tragiczną śmiercią żony, zostaje zwolniony z policji, by zostać zatrudniony jako konsultant, tej instytucji. Monk, jest genialnym detektywem, którego uwagi nie ujdzie nawet najmniejszy szczegół. Jego problemem są jednak wszelkiego rodzaju fobie, przez które, jest on osobą starającą się wyizolować od, pełnego zagrożeń, świata zewnętrznego. U detektywa Adriana Monka zdiagnozowano 38 fobii, wśród nich lęk przed zarazkami, brudem, tłumem, hałasem, zwierzętami, ciemnością. Stara się on stworzyć wokół siebie świat sterylnie czysty i doskonale uporządkowany. Monk ma wiele dziwactw. Jedzenie na talerzu powinno być ułożone tak, aby każdy składnik znajdował się oddzielnie i nie stykał z pozostałymi. Oj trudno jest żyć Monkowi w naszym niebezpiecznym i nieuporządkowanym świecie. Ale jakoś sobie radzi, oswaja się i uparcie dąży do rozwiązania najważniejszej zagadki, morderstwa żony. I chociaż Monk, może wydawać się postacią groteskową, zabawną i nierzeczywistą, to kto z nas jednak nie cierpi przynajmniej na jedną z monkowych fobii? Ja sam niejednokrotnie przyłapałem się na dziwactwach, które tak bardzo bawiły mnie u Monka. Ale co tam, przecież „dziwactwa” są składnikiem naszej osobowości.


Detektyw Monk” to naprawdę świetny serial, zabawny, inteligenty, a co najważniejsze nie nudzi. To osiem serii, solidnej i niegłupiej rozrywki. Nie można zapomnieć o genialnym Tonym Shalhoubie, który wcielił się w rolę Monka, za co trzykrotnie nagradzany był Emmy. Ciężko będzie rozstać się z szalonym detektywem, ale z drugiej strony, serial został zamknięty i po ośmiu latach nie ma co do niego dodawać. Myślę, że w przyszłości jeszcze wielokrotnie będę do niego wracał. Z Monkiem jakoś łatwiej jest iść przez tę dżunglę.


Fisher i synowie

aruart

Właśnie skończyłem oglądać serial „Sześć stóp pod ziemią”. Muszę przyznać, że był to jeden z najbardziej wciągających seriali, jakie do tej pory oglądałem. Już sama czołówka jest genialna. Pomysł by głównymi bohaterami uczynić rodzinę grabarzy może wydawać się szalony, ale okazał się jak najbardziej trafiony. Rodzina Fisherów, która mieszka w tym samym budynku, w którym znajduje się dom pogrzebowy jest, przynajmniej na pozór zupełnie zwyczajną rodziną. Mają podobne problemy jak inni. Prowadzona przez nich działalność, to biznes jak każdy inny. Aż trudno jest uwierzyć jakie „akcesoria” są wykorzystywane podczas naszej „ostatniej podróży”. Oczywiście, zmarły nie ma z nich żadnego pożytku, no ale przecież pogrzeb tak naprawdę jest dla żywych. Dziesiątki rodzajów trumien, balsamowanie zwłok, odpowiednia uroczystość. Ale w tym biznesie istnieje wyraźna różnica, coś co sprawia, że jest on trudny i nie dla każdego. Za każdym razem trzeba się zmierzyć z ludzkim cierpieniem, bólem po stracie najbliższym, trzeba pomóc im przejść przez tak trudny okres. „Sześć stóp pod ziemią”, to taka dziwaczna obyczajówka, ale nie w stylu produkowanych już dość masowo przez polskie telewizje telenoweli. Ten serial to coś więcej. Wciągająca fabuła, zawiłe losy głównych bohaterów, którzy wystawiani są przez życie na szereg prób. To serial o życiu i śmierci, o tym jak ludzie radzą sobie z jednym i z drugim. Serial prosty i genialny.

Muszę przyznać, że będzie mi brakowało rodziny Fisherów. Jednak to dobrze, że zrzucono realizację serialu, zanim został totalnie zajechany. Tych pięć sezonów tworzy doskonałą, zamkniętą całość i miejmy nadzieję, że nikomu nie przyjdzie w przyszłości do głowy, by rozgrzebywać tan grobowiec.


 

Moje seriale

aruart

Od dłuższego czasu amerykańskie kino postawiło na czystą rozrywkę, przez co stało się straszliwie nudne. Są oczywiście chlubne wyjątki, ale kiedy spojrzymy na całość, produkcje Hollywood wypadają dosyć blado. Za to tworzone za oceanem seriale okazują się wręcz rewolacyjne. Wystarczy wspomnieć o takich perełkach jak „Kompania barci”, „Rzym”, czy „Dynastia Tudorów”, stworzone dla sieci HBO.


Jak filmy fabularne nudzą, będąc najczęściej w stu procentach przewidywalne, tak z drugiej strony seriale wciąż zaskakują. Kolejną ich zaletą jest to, że bardzo często występują w nich nieznani, lub mało znani aktorzy. Do moich ulubionych seriali należy „Dexter”, ale o nim nieco więcej napiszę kiedy już wchłonę rewelacyjną, 4 serię.

Innym ciekawym serialem, który dosyć mocno mnie pochłonął jest „Mam na imię Earl”.

Randy, Catalina, Earl, Darnell i Joy - "wojownicy karmy"

Odkryłem go podczas zeszłorocznych wakacji. Tak się złożyło, że jest on nadawany w okolicach północy, z niedzieli na poniedziałek w TVP2 (niestety już trzeci raz  pokazywana jest seria 1). Film ten okazał się świetnym zakończeniem tygodnia i zwiastunem kolejnych, pozytywnych wrażeń. Serial mnie rozwala, oczywiście w sposób jak najbardziej pozytywny. Główny bohater, Earl Hickey, drobny złodziejaszek, kombinator i oszust wygrywa na loterii 100 000 dolarów, po czym traci je potrącony przez samochód. Pod wpływem telewizyjnego kaznodziei, który wspomina o tym, że wszystkim rządzi tajemnicza „karma”, sprawiająca że jesteśmy wynagradzani za dobre uczynki, a za złe karani, postanawia całkowicie zmienić swoje życie. W tym celu spisuje swoje złe uczynki, i stara się wynagrodzić wyrządzone krzywdy. Okazuje się, że nie jest to takie proste, ale pomimo przeciwności Earl podąża drogą „dobra”, z czym wiąże się wiele, dość zabawnych sytuacji. Nie łatwo być „aniołem”, w świecie pełnym pokus. To, co świadczy o świetności tego serialu, to postacie drugoplanowe. Brat Earla, Randy, zwykły przygłup, który pomimo postury mastodonta, zachował umysłowość kilkuletniego dziecka. Kolejną świetną kreację stworzyła Jaime Pressly (aktorka mało9 znana, ale na marginesie dodam, że o jeden tylko dzień młodsza ode mnie), występująca jako Joy, była żona Earla.To ulubiona postać mojej małżonki. Jej hasełka rozkładają na łopatki. No i do tego, trzeba o tym wspomnieć, że to całkiem gorąca laska ;) Kolejną ważna postacią jest Darnell, czyli „Facio od krabów”, drugi mąż Joy, z którym zdradzała ona Earla chyba od początku ich małżeństwa. Darnell, to pacyfista, człowiek z duszą na ramieniu, przyjaciel wszystkich uciśnionych, zwłaszcza Pana Żółwia, dobra dusza serialu. Ostatnią osobą tworzącą ekipę Earla jest Catalina, sprzątaczka w motelu, w którym mieszka Earl mieszka wraz ze swoim bratem. Gorąca, latynoska laska, która musiała przejść przez piekło, by trafić z Meksyku do Stanów. Amerykański sen okazał się nie aż tak różowy, jak to sobie wcześniej wyobrażała. Nie udało jej się odnaleźć ukochanego, a zarobki sprzątaczki, nie pozwalały jej się utrzymać, wobec czego musiała zatrudnić się jako tancerka w nocnym klubie. Ten konglomerat osobliwości sprawia, że z pozoru nudna historia, zmienia się w prawdziwy wodospad gagów. Każdy odcinek trwa około 20 minut, ale akcji starczyłoby na pełnometrażowy film. Kto nie ogladał, a lubi się pośmiać musi obejrzeć. Mamy tu do czynienia z naprawdę świetnym humorem. Nie ma s tym filmie miejsca na burackie odzywki rodem z murzyńskich komedii. I chociaż nie jest to intelektualna uczta, serial ten może pozytywnie nastroić, nawet na kilka dni. Przynajmniej ja tak miewam. Polecam!

 


© AruArt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci