Menu

AruArt

dziennik niecodzienny

muza

Dead Cross

aruart

Ważne odkrycia muzyczne czy literackie, często następują zupełnie przypadkowo. Tak właśnie miałem z płytą Dead Cross. Wszystko zaczęło się od okładki kojarzącej mi się z  danse macabre. Kiedy włączyłem pierwszy utwór, usłyszałem jakieś szumy piski, a po 25 sekundach rozbrzmiała fantastycznie brzmiąca perkusja. Po kolejnych kilkunastu słyszę wokalistę żywcem przeniesionego z płyt Faith No More. A muzyka na płycie, układa się w cudowny, dźwiękowy chaos, wywołujący niepokój, dyskomfort, który z czasem zamienia się we wściekłość i furię. Prosta, niemal punkowa muzyka, z mocą death metalu, wgniata, rozwala umysł, ćwiartuje duszę. Słuchając Dead Cross zupełnie zapominałem o swoich czterdziestu wiosnach i znów poczułem się naiwnym nastolatkiem, który chce rozpieprzyć świat, tak wadliwie skonstruowany. Dead Cross to sprzeciw wobec świata polityki, wielkich korporacji, protest przeciwko jałowemu życiu. I szkoda tylko, że ta niezwykła płyta jest tak krótka, bo trwa zaledwie 28 minut, ale z drugiej strony, czy ludzki umysł, byłby w stanie przyjąć większą dawkę muzycznej anarchii.


Po wysłuchaniu płyty, zacząłem szukać informacji na temat Dead Cross i jak się okazało intuicja mnie nie myliła, odpowiedzialni za ten projekt są m.in. genialny perkusista Dave Lombardo oraz jeden z najlepszych wokalistów, jakich wydała na świat muzyka rockowa, Mike Patton (Faith No More).

Dead Cross powinien posłuchać każdy, kto uważa, że jego życie jest pełne harmonii, polecam tę płytę także tym, którzy pogrążenie są w apatii, a także każdemu, komu nie do końca zgadza się z otaczającą go rzeczywistością.


Urodziny Dylana

aruart

Dziś 75 lat kończy Bob Dylan. Kilka dni temu ten niezwykły muzyk, zrobił sobie ,ale przede wszystkim fanom wspaniały prezent, wydając kolejny (trudno zliczyć który), świetny album. Coś czuję, że zbliżające się lato, będzie pod znakiem Dylana i płyty „Fallen Angels”.

David Bowie (1947 – 2016)

aruart

Wczoraj zmarł David Bowie, jeden z największych muzyków ostatnich czterdziestu lat. Niesamowity wokalista i bardzo uzdolniony instrumentalista (grał na 17 instrumentach). Nie bał się poszukiwać. Przez przeszło 40 lat sięgał po bluesa, rocka, glam rocka, pop,  new wave, punka, tworząc swój, niepowtarzalny styl. Był prawdziwym, muzycznym czarodziejem, bez którego współczesna muzyka popularna byłaby mniej barwna. Na szczęście pozostawił po sobie spory dorobek.

 Zaczynają odchodzić ci, którzy tworzyli muzykę lat 60-tych i 70-tych. Smutne.

 

 


Lemmy Kilmister 1945 - 2015

aruart

Wczoraj w wieku 70 lat, zmarł jeden z największych muzyków metalowych Lemmy Kilmiste, założycieli i wokalista brytyjskiego zespołu Motörhead. Lemmy wydawał się niezniszczalny, poległ w walce z rakiem. Na szczęście pozostała po nim jego muzyka, 21 albumów nagranych z Motörhead i kilkadziesiąt płyt z innymi zespołami. Lemmy byłeś wielki!!!!

 

 



Zaprzedałem duszę - Diabolus In Musica

aruart

Od dzisiaj zaczyna funkcjonować mój drugi blog zatytułowany „Diabolus In Musica”. W całości poświęcony jest on moim fascynacjom muzycznym. Znajdą się tam opisy zespołów oraz płyt, które wywarły na mnie swoje wyraźne piętno. Muzyka jest tą dziedziną sztuki, która działa na mnie najmocniej, dlatego postanowiłem znaleźć dla niej osobne miejsce. Będą to nie tyle recenzje ważnych dla mnie płyt, co przede wszystkim, jeśli mi się to uda uchwycić, emocje, towarzyszące obcowaniu z nimi. Wobec tego zapraszam do zapoznania się z ważnym fragmentem mojej duszy.

Muzyczne poszukiwania

aruart

Był taki czas, kiedy to muzyka była dla mnie jedną z najważniejszych rzeczy. Dziś już nie mam na jej punkcie takiego świra, moje życie wypełnia prócz niej wiele innych rzeczy, a kilka z nich ma dla mnie znacznie większe znaczenie. Wciąż jednak szukam rzeczy, które mogą mnie poruszyć. Wciąż, muzyka pozostaje tą dziedziną sztuki, która działa na mnie najmocniej. Kiedy więc znajdę odrobinę wolnego czasu przeczesuję portale muzyczne w celu odnalezienia czegoś świeżego. I na szczęście zdarzają się wspaniałe niespodzianki. Największym odkryciem w ostatnim czasie był zespół Van Canto. To niemiecka kapela grająca tzw. power metal, czyli jest szybko, dość mocno i z patosem. Niezwykłość tego zespołu polega na tym, że poza perkusją nie używają żadnych instrumentów. Wszystkie dźwięki, jakie odnaleźć można na ich płytach, tworzą „paszczowo”, czyli za pomocą własnych głosów. Brzmi to niesamowicie. Odkrycia dokonałem zupełnie przypadkowo. Po prostu rzuciła mi się w oczy okładka ich ostatniej płyty. Wydała mi się tak idiotyczna, że zapragnąłem posłuchać ludzi, którzy w ten sposób chcą zdobyć słuchaczy. To co usłyszałem powaliło mnie. To w większości utwory dobrze mi znane, ale zostały tak zaaranżowane, że wcisnęło mnie w fotel. Przesłuchałem wszystkie dotychczasowe płyty zespołu i jestem pod ogromnym wrażeniem. Wspaniałe uczucie, kiedy niespodziewanie odkrywa się coś nowego i do tego wybitnego.

 


Drugim odkryciem, jest węgierska kapela Superbutt. To także przedstawiciele mocniejszej muzy, tym razem jednak instrumentarium jest jak najbardziej tradycyjne, czyli perkusja, dwie gitary, bas i wokal. To przede wszystkim wokal mnie tak bardzo zaintrygował. Wyrazisty, mocny, bezkompromisowy. I chociaż zespół śpiewa po angielsku, to kiedy pojawiają się madziarskie wstawki robi się cudownie.

Gwoździe w moim umyśle

aruart

Przed miesiącem ukazała się nowa płyta, jednego z moich ulubionych bandów Nin Inch Nails, zatytułowana „Hesitation Marks”. I od miesiąca nie potrafię rozstać się z tymi niezwykłymi dźwiękami. Niby nie ma tutaj żadnej rewolucji, Trend Reznor od czasu „The Fragile” operuje wciąż tymi samymi patentami, ale to co potrafi z nich wyczarować, po prostu powala. By w pełni móc poznać ten album, należy nałożyć słuchawki (lub włączyć sprzęt na pełną moc) i dopiero wówczas nasz zmysł słuchu zostanie zaskoczony, niesamowitym bogactwem dźwięków. Wszystko zostało doskonale zaaranżowane, a brzmienie nagrań jest wręcz doskonałe. Momentami mamy przebojowe, niemal popowe kawałki, w których znienacka wybucha charakterystyczna dla kompozycji Reznora psychodela. No i jego wokal, spokojny, wyważony, dosadnie podający niezbyt przyjemną treść. Po raz kolejny mamy do czynienia z człowiekiem zagubionym i niekoniecznie zgadzającym się ze współczesnym światem, co z kolei świetnie zilustrowane zostało przez dźwięki syntezatorów. I tylko gitar mi tutaj brakuje, te które możemy usłyszeć są tylko tłem dla elektroniki.

I chociaż płyta jest dość nierówna i pod koniec zaczyna nieco męczyć, cieszę się, że po pięciu latach doczekaliśmy się nowych nagrań NIN. Te dźwięki są jak gwoździe, które wbite w umysł przypominają, że z tym światem jest coś nie tak. Nie mogę oderwać się od nich oderwać, a gwoździe wbijają się coraz głębiej.

 


Serj Tankian i jego muzyczne eksperymenty

aruart

Od kilku dni wsłuchuje się w dość niezwykłą płytę – „Jazz-Iz-Christ” Serj Tankiana. Muzyk i wokalista kapeli System of a Down, nie chce się trzymać wcześniej wybranej rockowo – metalowej drogi i wciąż czegoś poszukuje. Nie wystarczyła mu symfoniczna wersja jednej z płyt. Najpierw, w czerwcu tego roku wyszła jego symfonia „Orca”, na której muzykę symfoniczna miesza ze swoim własnym pojmowaniem sztuki (dość ciekawy efekt).


W lipcu ukazał się album jazzowy. Nie jestem znawcą tego gatunku, ale są na tej płycie utwory, które uwielbiam. Znaleźć tutaj można dźwięki, które pobudzają, koją, usypiają, a czasem denerwują. A co najważniejsze, przez cały czas słychać, że jest to Tankian.


Jak się okazuje, to jeszcze nie wszystko. Już wkrótce, ukaże się kolejny album „Fuktronic”, tym razem będą to eksperymenty z muzyka elektroniczną. Zapowiedź można odnaleźć na stronce artysty. Myślę, że jest na co czekać.

Nie wiem skąd on bierze na to wszystko czas. To przecież nie tylko komponowanie i nagrania, ale przecież są jeszcze liczne koncerty. Tankian na tym jednak nie poprzestaje, jest bardzo mocno zaangażowany w walkę o prawa zwierząt i prawa człowieka. Jest osobą bardzo zapracowaną, którą rozsadza twórcza energia. Tylko pozazdrościć.


 Przez takich ludzi można nieźle się zdołować. Teraz wydaje mi się, że marnuje tylko czas. Niewiele robię, bo niewiele potrafię… Lepiej o tym nie myśleć i oddać się kontemplowaniu muzyki powstałej gdzieś w głowie wciąż niepokornego Serj Tankiana.



Brudny bunt

aruart

W drugiej połowie lat 70-tych XX wieku, w nękanej kryzysem gospodarczym, ideologicznym i społecznym Anglii, dochodzi do bezkrwawej rewolucji. Jej imię to PUNK. Rodzicami tej rebelii były w zasadzie dwie kapele: Sex Pistols i The Clash. Punk stał się sposobem na wyrażenie sprzeciwu wobec społeczeństwa, panujących w nim sztywnych zasad, państwa, establishmentu itd. Punk, to bunt. Prosta, prymitywna muzyka łamiąca wszelkie zasady i schematy. Punk wyrażał prostotę rock’n rolla. To muzyka o potężnej sile rażenia. Muzyka ta znalazła bardzo podatny grunt, dzięki czemu, w krótce sprzeciw ogarnął całą Anglię, a chwilę później świat, docierając także za żelazną kurtynę.

Wśród fali rodzących się wówczas kapel szczególnie wyróżniał się The Clash. Wszystko za sprawą charyzmatycznego lidera, Joe Strummera. Sex Pistols był synonimem prostego, prymitywnego buntu, The Clash od samego początku zaczął muzyczne poszukiwania. Strummer zaś, starał się przekazać swoją wizję świata. Już od dzieciństwa przejawiał niechęć do jakiekolwiek władzy. W swoich tekstach stara się badać jej naturę. Rozważa, co to znaczy, być wolnym. To człowiek, którego przez całe życie pochłaniała chęć tworzenia, dla niego twórczość była jednym z najważniejszych przejawów spełnienia. Pierwsze zespoły punk rockowe zburzyły istniejący w show-businessie porządek. Przed nimi gwiazdy rocka, miały status boski, oni udowodnili, że grać może każdy, nawet wówczas, kiedy za specjalnie się na tym nie zna. W tworzeniu chodzi przede wszystkim, oto żeby wyrazić siebie, a jeśli znajdą się ludzie, którzy odbierają rzeczywistość w podobny sposób, to można nawet osiągnąć sukces.


Z czasem jednak punk stał się kolejną rewolucją, która została oswojona, skomercjalizowana, poniosła klęskę. Świata nie zmieniła, ale przynajmniej kilku żywotom nadała sens. I do dziś pozostaje ważnym elementem kontrkultury, z której korzystać mogą wszyscy ci, którym świat podany w postaci hipermarketu nie wystarcza.

A wszystkim tym, którzy w tych klimatach się odnajdują, polecam dokument „Joe Strummer - niepisana przyszłość” – to naprawdę świetna biografia Strummera, a przy okazji historia narodzin punka. Film jest bardzo pomysłowo zrealizowany. Przypomina punkowego fun-zima, kolaż filmów, wypowiedzi samego bohatera, oraz opowieści ludzi w jakiś sposób z nim związanych, którzy robią to siedząc przy ogniskach, śpiewając jego piosenki. Od razu przypomniałem obie czasy, kiedy to jakieś dwadzieścia lat temu, z bandą punków siedziało się nad jeziorem i przy ogniu, wykrzykiwało się punkowe hymny.

PUNK NOT DEAD




Gwiazda, która nigdy nie rozbłysła

aruart

Aby osiągnąć sukces nie wystarczy sam talent, potrzeba jeszcze mieć ogromne szczęście. Właśnie taka refleksja nasuwa się po obejrzeniu oscarowego dokumentu, „Sugar Man”. To opowieść o fenomenie popularności w RPA, amerykańskiego muzyka z początku lat 70 – tych, Sixto Rodrigueza, który poza tym krajem, był kompletnie nieznany. Sam zresztą nie zdawał sobie sprawy z ogromnej popularności, jaką cieszył się w Południowej Afryce. Film jest naprawdę świetnie zrobiony. Historia Rodrigueza i jego muzyki, stała się pretekstem do przypomnienia niechlubnej historii RPA, kraju autorytarnego, w którym muzyka była jednym ze sposobów sprzeciwu wobec reżimu, a Rodriguez był jej ikoną, popularniejszy tam niż Beatlesi, Elvis, czy Stonesi. Od kilku dni wsłuchuję się w piosenki Sixto Rodrigueza i wciąż nie mogę uwierzyć w to, że nie zrobił kariery. Niezła, łatwo wpadająca w ucho muzyka i świetne teksty. Często można usłyszeć opinię, że był lepszy od Boba Dylana, ale z tym nie mogę się zgodzić. W filmie uderza skromność muzyka, który musiał porzucić marzenia o sukcesie i mieszkając w Detroit, jednym z najbardziej dołujących amerykańskich miast, ułożył sobie zwyczajne życie, jako robotnik budowlany.

Zastanawia mnie ilu takich Rodriguezów, genialnych muzyków, przepadło w machinie przemysłu muzycznego, która podatna na chwilowe mody, mieli wciąż kolejne talenty, patrząc jedynie na zyski.



 

Starzy wymiatacze

aruart

Coraz trudniej we współczesnej muzyce odnaleźć coś porywającego. Setki młodych kapel, właściwie nie ma nic do przekazania. Nie potrafią wyrazić swoich emocji, tak jakby byli ich kompletnie pozbawieni. Grają muzykę, która jest nieudolną kopią tego co robiono w latach 70 – tych i 80 –tych. Muzyka powinna być powiązana z czasem, w którym powstaje. Każde dzieło tworzone jest na skutek zderzenia emocji twórcy z jego umiejętnościami oraz otaczającą go rzeczywistością. Stąd właśnie wynikają różnice w twórczości w poszczególnych dziesięcioleciach. Od kilku lat Zachód pogrążony jest w głębokim kryzysie, finansowym, ideologicznym, społecznym. Taki stan zazwyczaj wywoływał kolejna muzyczną rewolucję. Co dziwne, tym razem nic takiego się nie wydarzyło. Współczesne „technolódki”, pokolenie centrów handlowych, traktują świat jak wielki hipermarket. Nie zamierzają go kreować, samodzielnie do czegoś dochodzić, oni chcą kupować. Czy to będzie ideologia, czy muzyka, chcą wybierać spośród gotowych towarów, co najwyżej mieszając ze sobą, dopasowywać je jak elementy stroju. Stąd muzyka ostatniego dziesięciolecia jest coraz nudniejsza, brak w niej oryginalności, życia. Słyszymy tylko o kolejnych nurtach naśladowczych typu post - beateles, - punk, czy inny new metal, a ostatnia rewolucja w muzyce miała miejsce na początku lat 90 – tych, był nią grunge. Od tamtej pory jest coraz bardziej jałowo. Do wyboru mamy kolejne sztuczne, plastikowe, twory, kreowane przez wielkie wytwórnie, albo tzw. alternatywę, czyli dziwacznych ludzi, którzy nie posiadają wielkich umiejętności i są w stanie tworzyć jedynie smutne, wtórne dźwięki, nie mając właściwie nic do powiedzenia

Na szczęście są jeszcze starzy wymiatacze, którzy wciąż pokazują młodym, na czym polega tworzenie muzyki. Kilka miesięcy temu zrobił to Dylan, wspaniałą płytą „Tempest”, całkiem niedawno udowodnił to z kolei Nick Cave. Ostatnio zaś podobnie uczynił David Bowie, rewelacyjną „The Next Day”. To podróż przez przeszło 40 lat jego twórczości, wciąż słychać nawiązania, ale nie jest to wędrówka sentymentalna, to nie jest żaden zbiór pod hasłem „the best…”. Brzmieniowo jest jak najbardziej współcześnie, mam wrażenie, jakby Bowie chciał pokazać wszystkim ewentualnym naśladowcą, że z oryginałem nie mają żadnych szans, nikt lepiej nie zagra Bowiego, niż sam Bowie, więc ci, którzy chcieliby od niego zrzynać, niech lepiej poświęcą się poszukiwaniu swojej własnej drogi, stworzeniu indywidualnego stylu.


Słuchając starych mistrzów z wytęsknieniem czekam na kolejną rewolucję w muzyce, na coś co mną wstrząśnie, poruszy, zainteresuje, a jednocześnie stanowić będzie głos czasu.



Melancholia na koniec zimy

aruart

Od wczoraj nie mogę oderwać się od pewnej płyty. Płynące z niej dźwięki są kojące, doskonale zlewają się z szarzyzną za oknem. Jest pełna melancholii, ale takiej dziwacznej, nieprzygnębiającej. Powolne, dość surowe i skąpe dźwięki są kojące, uspakajają zmęczony zimą umysł, kołyszą go, sprawiają przyjemność. Płyta jednak nie usypia. W trakcie słuchania, zaczyna wzbudzać niepokój, sprawia, że powstało we mnie uczucie oczekiwania, pragnienie jakiejś wewnętrznej eksplozji.

 

Sprawcami tej niezwykłej muzycznej przygody są Nick Cave and The Bad Seeds,  a płyta, która mną tak zawładnęła, nosi tytuł „Push The Sky Away”. Panowie z The Bad Seeds, bardzo skromnie rozdzielają dźwięki, ale każdy instrument jest tutaj na właściwym miejscu i niczym nie trzeba tej prostej muzyki uzupełniać. Kompozycje te świetnie wypełnia, właściwie deklamujący teksty, głos Cave’a. Czuję, że płyta ta, pozostanie ze mną na długo. Bez względu na aurę, czy stan ducha, będzie stanowiła doskonałe tło, wzbudzając we mnie, przyjemną melancholię.



Co "TO"?

aruart

Niedawno ukazała się wyczekiwana przez mnie, nowa płyta formacji Strachy Na Lachy zatytułowana „To”. Niestety, płyta straszliwie mnie rozczarowała. Po jej przesłuchaniu w mojej głowie pozostało pytanie „Co To?” Mam ogromny szacunek do twórczości Grabaża, ale „To” co stworzył wspólnie z kolegami chyba jest pomyłką. Może kontrakt wymagał nagranie czegoś, albo pieniądze były im niezbędne by móc pozapłacać rachunki? Już dziwna okładka, skłaniała do ostrożności. Płyta totalnie mnie znudziła. Jest na niej kilka dobrych utworów, tak mniej więcej do połowy, całkiem przyjemnie się jej słucha, ale później zaczyna być coraz gorzej. Mam wrażenie, jakby tych kilka ostatnich kawałków zostało zrobionych na siłę, aby czymś wypełnić miejsce. Zresztą już od jakiegoś czasu można zauważyć, że Grabaż nie ma pomysłów, no bo czemu miały służyć dwie płyty z samymi coverami – no chyba, że chodziło o „łatwą kasę”. Szkoda, bo jego teksty, zwłaszcza pisane dla Pidżamy kiedyś bardzo mi pomogły. Utwory Pidżamy dały mi sporo siły i ułatwiły walkę z dołem, można powiedzieć, że mam mały dług wobec ich autorów. Może to tylko chwilowy kryzys i za rok, albo dwa Strachy wydadzą płytę, która wejdzie do kanonu polskiego rocka. Tego przynajmniej Grabażowi i spółce życzę.

Poniżej najlepszy utwór z płyty „To”. Mam wrażenie, że poprzez ten wpis stałem się jego bohaterem.




Wolność albo śmierć!

aruart

Przyznając Paździerze za rok 2012, jakoś nieopatrznie ominąłem jedną z najważniejszych i chyba najbardziej niezwykłych płyt minionego roku. A taką z pewnością jest „Na Uschod. Wolność albo śmierć” grupy (projektu) R. U. T. A. Już pierwsza płyta powalała – punk wykonany na instrumentach ludowych, z oryginalnymi pieśniami buntu sprzed wieku. Słuchając, aż chciało się chwycić zapaloną pochodnię i ruszyć na dwór lub plebanię, by paląc i niszcząc pozbyć się ucisku. Pomysł na płytę wręcz genialny, lecz kiedy usłyszałem o kontynuacji poczułem niechęć do takich pomysłów. Jednak ku, bardzo miłemu zaskoczeniu, druga płyta okazała się jeszcze lepsza. „Gore” była albumem dość trudnym. Surowość muzyki sprawiała, że z pewnością nie każdy był w stanie wysłuchać całości. Z „Na Uschod”, takich problemów już nie będzie. Muzycznie album ten jest ciekawszy, brzmieniowo znacznie bardziej przemyślany i dopracowany. Podróż na Wschód okazała się bardzo korzystna dla muzyki R.U.T.Y., w końcu tamte pieśni są znacznie bardziej melodyjne, niż nasza muzyka ludowa. Odnajdziemy tutaj melancholię znaną z ukraińskich dumek, ale smutek i żal, są tylko chwilowym nastrojem, dominuje jednak przede wszystkim bunt, prostota dźwięków i ogromna siła. I kiedy masz już dość szefa wyzyskiwacza, gdy złodziejskie podatki doprowadzają cię do rozpaczy, to udaj się wraz z ekipą R. U. T. – y na Uschod. Może ta muzyczna podróż, stanie się dla ciebie wentylem bezpieczeństwa, przez który ulecą nagromadzone w tobie złe emocje.


 

Soundtrack wg. Lao Che

aruart

 

Przed tygodniem ukazała się, długo przeze mnie wyczekiwana płyta Lao Che, zatytułowana „Soundtrack”. Kiedy przesłuchałem ją po raz pierwszy, miałem ochotę, jak najszybciej się jej pozbyć. Wyrzucić, zniszczyć, zapomnieć! No, ale przecież to jest moje Lao Che, więc sięgnąłem po nią ponownie i przyznać muszę, że z każdym kolejnym przesłuchaniem coraz bardziej się do niej przekonuję. „Soundtrack” to płyta „słuchawkowa”. Nie da się jej dokładnie poznać bez kompletnej izolacji. Najlepiej właśnie, jest wrzucić na uszy słuchawki, zamknąć oczy i oddać się dobiegającym z nich dźwiękom. A ich różnorodność jest tutaj naprawdę imponująca. Do tego jeszcze robiące ogromne wrażenie brzmienie poszczególnych utworów. No i to, co zawsze u tego zespołu było bardzo ważne, teksty. Spiętemu, w jakiś niezwykły sposób, udało się wyśpiewać myśli, które siedzą we mnie gdzieś głęboko. Facet ma niesamowity talent. W kilku zdaniach potrafi zawrzeć treści, które ktoś inny rozwlekł by na całkiem pokaźny tom.

„Soundtrack” to płyta trudna. Trzeba się w nią wsłuchać, a wówczas może na długo nami zawładnąć. Panowie z Lao Che pokazali klasę. Mogliby iść przetartym szlakiem, oni jednak wolą poszukiwać. I chociaż coraz mniej znajdziemy w ich muzyce klasycznego, rockowego instrumentarium, to jednak to, co chłopaki robią z syntezatorami mnie powala. Po pierwszym przesłuchaniu „Soundtracku” czułem się straszliwie rozczarowany, zawiedziony, zdradzony. Z każdym kolejnym przesłuchaniem, zbliżam się jednak do uwielbienia, do bliskiej religijności czci.



© AruArt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci