Menu

AruArt

dziennik niecodzienny

film

Krótko o ... filmach cz. 2

aruart

Za mną kolejna porcja filmów nominowanych do Oscara.

Faworyta

Film nominowany w aż 10 kategoriach: najlepszy film, najlepsza aktorka pierwszoplanowa, najlepsza aktorka drugoplanowa (dwie nominacje), najlepszy reżyser, najlepszy scenariusz oryginalny, najlepsza scenografia, najlepsze kostiumy, najlepsze zdjęcia i najlepszy montaż. Film zrealizowany ze sporym rozmachem. Bardzo ciekawa historia, zresztą jak najbardziej prawdziwa, więc była szansa na naprawdę wielki film i niewątpliwie byłoby tak gdyby nie: zdjęcia, film jest tak zrealizowany, że ciężko się go ogląda,  zwłaszcza ujęcia w formie „rybiego oka”, kolejna rzecz, muzyka, bardzo źle dobrana, denerwująca, film jest też za bardzo przewidywalny, a na koniec Emma Stone, która moim zdaniem nie podołała roli, chociaż to chyba tylko moja opinia, bo nominację zdobyła. Pomimo tych kilku wad, warto go obejrzeć dla samej, niezwykle ciekawej opowieści.


Green Book

Zdecydowanie mój faworyt, jeśli chodzi o Oskarowe nominacje. Zresztą, ma już na koncie trzy Złote Globy. Podobnie jak w przypadku Faworyty, także jest związany z prawdziwą historią. Green Book to bardzo mądra, a przy okazji zabawna opowieść o tolerancji, o tym jak możemy wzajemnie na siebie wpływać. To także film o muzyce, zresztą jest ona tu świetna. Ogromną zaletą tego filmu jest duet aktorski Mahershala Ali (dostał za tę rolę Złotego Globa) i rewelacyjny wręcz Viggo Mortensen. A wracając do filmu, straszne jest to, że historia sprzed przeszło 50 lat wciąż jest tak aktualna. Natura ludzka się nie zmiana, nie znosimy każdego, kto w jakiś sposób się wyróżnia.


Narodziny gwiazdy

Ostatnim oscarowym filmem, który udało mi się obejrzeć, była kolejna, trzecia już wersja Narodzin gwiazdy. W sumie piękna opowieść o pasji, muzyce i miłości. Ale także o tym jak niszczycielski może być nałóg. Największą jednak zaletą tego filmu jest rola Lady Gagi. Gdyby to zależało ode mnie, już miałaby Oscara. Narodziny gwiazdy warto obejrzeć, bo jest to, po prostu ładny film.

 

Krótko o ... filmach

aruart

Całkiem niedawno Amerykańska Akademia Filmowa ogłosiła nominacje do swoich corocznych nagród, więc zainteresować się tymi filmami.

Bohemian Rhapsody

To powinien być wielki film. Niestety, on nawet nie jest przeciętny i gdyby nie wspaniała muzyka Queen, ciężko byłoby go oglądać. Freddie Mercury grany przez kompletnie do niego nie podobnego Ramiego Maleka jest niesamowicie drażniący. Najgorsze jest jednak to, że po jego obejrzeniu trudno mi jest powiedzieć o czym ten film opowiada. Jeśli miałaby to być historia Queen, to została ona strasznie poszatkowana, ale dokładnie tak samo potraktowano tu postać Mercurego, który jest tu jedynie drażniącym, egocentrykiem, bez pokazania tragizmu tej postaci. Po obejrzeniu filmu czułem się strasznie zawiedziony, bo kiedy ktoś chce mierzyć się z legendą, to powinien mieć na to genialny pomysł, a tego najwyraźniej twórcą filmu zabrakło. Na szczęście zostaje jeszcze muzyka stworzona przez ten fenomenalny zespół.


Czarne bractwo. BlacKkKlansman

A to z kolei film, który zrobił na mnie całkiem dobre wrażenie. Może dlatego, że nie miałem żadnych związanych z nim oczekiwań. Sama historia jest dosyć groteskowa. Czarnoskóry policjant, poprzez rozmowy telefoniczne, wchodzi w struktury Ku Klux Klanu. Jest tak przekonywujący, że sam Wielki Mistrz się w tym nie orientuje. Zdaję sobie sprawę z tego, że w tym filmie postacie są mocno przerysowane – czarni jednoznacznie dobrzy, biali, obrzydliwie źli. Kompletnie mi to jednak nie przeszkadza. Ten film ośmiesza wszelkiej maści fanatyzm, którego podstawą są jakieś wyssane z palca australopiteka, irracjonalne idee. Najgorsze jest jednak to, że pomimo kompletnego braku logiki, wciąż tysiące ludzi jest w stanie za nimi podążać, doprowadzając nie tylko do wzrostu nienawiści, ale także bezpodstawnej przemocy. I może film Spike’a Lee nie jest żadnym genialnym dziełem, to pozostaje niezwykle ważnym ostrzeżeniem, zwłaszcza w czasach, kiedy liberalizm umiera, zastępowany przez nieufność i populizm.

Przed tygodniem

aruart

Niecały tydzień temu Amerykańska Akademia Filmowa, wręczyła  swoje doroczne nagrody czyli Oscary. Kompletnie nie zgadzam się z ich werdyktem, ale widocznie Amerykanie wolą zobaczyć własne problemy w formie baśni („Kształt wody”), niż dostać prawdą prosto w twarz (jak w „Trzech bilbordach…”). Należy jednak wspomnieć, że wśród nominowanych filmów było też kilka innych wartych uwagi obrazów. Należałoby wspomnieć przynajmniej o dwóch z nich.

 

Pierwszym jest „Czwarta władza” (The Post) Stevena Spielberga z Meryl Streep i Tomem Hanksem w głównych rolach. Film pokazuje czym w państwie demokratycznym powinny być media. Jeśli naprawdę mają stanowić czwartą władzę, muszą być gotowe narazić się najwyższym kręgom politycznym. To nie zysk, a dobro publiczne powinno być motywem ich działalności. Niestety, w dzisiejszych czasach chyba już wszędzie media dalekie są od tego idealnego stanu, a my jako zwykli obywatele pozostajemy tylko pionkami w grze, która toczy się ponad nami.


Drugim filmem, który mocno przykuł moją uwagę był „Czas mroku”, z genialną kreacją Gar’ego Oldmana, który wcielił się w postać Winstona Churchilla. Wyglądał jak Churchill, mówił jak Churchill poruszał się jak Churchill. W tym filmie Oldman naprawdę był Churchillem. Jego starania zostały nagrodzone, otrzymał za tę rolę Złotego Globa i Oscara. „Czas mroku” opowiada o pierwszych tygodniach Churchilla na stanowisku premiera Wielkiej Brytanii. Film świetnie zrealizowany pod względem wizualnym. „Czas mroku” pokazuje jak niewiele brakowało, aby historia II wojny światowej, a co za tym idzie świata, potoczyła się zupełnie inaczej. Wystarczyłby inny wybór na stanowisko premiera, a doszłoby do rozmów z Hitlerem i już w 1940 roku nikt w Europie nie sprzeciwiałby się III Rzeszy. Warto o tym pamiętać, że czasami wystarczy odpowiednia osoba, w odpowiednim czasie na odpowiednim miejscu. Film polecam także tym, którzy nie specjalnie interesują się historią.

 


 

Trzy billboardy...

aruart

Jakiś tydzień temu, potrzebowałem zapełnić czymś kilka godzin. Wewwnętrzny impuls pchnął mnie do kina, na film „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”. Tytuł wydał mi się dość dziwaczny, acz intrygujący, no bo przecież cóż takiego, może znajdować się na bilbordach za Ebbing, Missouri? A kiedy przeczytałem, że film ten zdobył kilka Złotych Globów, w tym za najlepszy dramat, zaciekawiony, ale bez większych oczekiwań (nie czytałem żadnych recenzji, nie oglądałem trailera), zasiadłem w sali kinowej. Po jakiś dwudziestu minutach reklam, przerywanych nielicznymi zapowiedziami filmowymi, zaczął się w końcu seans. Już na samym początku widzimy trzy, zapuszczone bilbordy, które mija wielki, amerykański kombiak Okolica jakby znajoma, przypominająca trochę Góy Opawskie, albo Kotlinę Kłodzką, a później… I tutaj muszę przerwać tę opowieść, żeby nic nie spoilerować. Film, jest po prostu świetny i nie chcę nikomu odbierać niespodzianek, które przygotował reżyser. Z tego też powodu, nie wrzucam tutaj trailera, bo każda scena została tutaj odpowiednio zaprojektowana i każda jest tak samo ważna dla całości. Film, podejmuje dosyć ciężką tematykę, ale ostał skonstruowany tak, że wielokrotnie wybuchamy śmiechem. „Trzy bilbordy...” to mocna opowieść o nadziei, a właściwie jej braku, odwadze, rozpaczy, determinacji, o ludzkich słabościach i wielkiej sile. Jednym z największych atutów filmu są aktorzy. Frances McDormand to kobiece wcielenie Clinta Eastwooda. Po prostu rozwala. Solidnie zapracowała na Złotego Globa i będę jej gorąco kibicował w drodze po Oscara. Nie można także zapominać o roli Sama Rockwella (również Złoty Glob), niezrównoważonego policjanta, ale w takich rolach jest on doskonały. Zresztą, nie ma tutaj słabych ról. Obsada jest doskonała, podobnie jak scenariusz (kolejny Złoty Glob), czy reżyseria, za które odpowiedzialny jest Martin McDonagh, twórca naprawdę niezłego „Najpierw strzelaj, później zwiedzaj”. O mocy tego filmu świadczy też to, że mija tydzień, a on nadal siedzi w mojej głowie, czego nie odczuwałem już od bardzo dawna. Przy masie filmów i seriali, którą pochłaniam, to faktycznie coś niezwykłego. Ale film Martina McDonagha jest wyjątkowy. Przywraca nadzieję w kino, w którym film może być o czymś, ale wcale nie musi być nudny, może zmuszać do refleksji, nie będąc jednak przeintelektualizowany. Może połączyć poważne i dość tragiczne tematy, ze sporą dawką humoru. To taki film, w którym każda kolejna scena jest prawdziwą perełką. Mam nadzieję, że film ten otrzyma kilka Oscarów, bo gdyby nie nagrody i nominacje, z pewnością nie trafił by do naszych kin.

Sam Rockwell i Frances McDormand, oboje genialni

 

 

 

„Dunkierka”. To nie jest po prostu kolejny film o wojnie

aruart

Kiedy jakiś czas temu usłyszałem o tym, że Christopher Nolan, kreci film o jednym z ważniejszych epizodów II wojny światowej, poczułem lekkie zdziwienie. Jednak z drugiej strony Kurt Vonnegut, napisał „Rzeźnię nr 5”, książkę, w której jednym z ważniejszych elementów było bombardowania Drezna , które zresztą autor sam przeżył.  Powieść ta była bardzo mocną, ale jednocześnie dość  niezwykłą krytyką wojny. Więc może trzeba dać Nolanaowi szansę? Tak też zrobiłem i z niecierpliwością oczekiwałem premiery. I muszę przyznać, że warto było. „Dunkierka” nie jest kolejnym filmem o wonie. To dzieło naprawdę ważne. Film mocno antywojenny. Ale nie ma w nim epatowania okrucieństwem, drastyczne sceny są nieliczne, nie ma zbędnego patosu, górnolotnych słów, w ogóle bardzo niewiele tu dialogów. Nolan skupia się na tym, jak bez sensowna jest wojna i co potrafi zrobić z człowiekiem, który w chwili zagrożenia, czuje tylko, że jest w stanie zrobić wszystko, aby przeżyć. Film trzyma w napięciu niemal od samego początku, do ostatniej sceny. To nie tylko zasługa pomysłów reżysera, ale w dużej mierze przygniatającej muzyki, skomponowanej przez Hansa Zimmera. Ścieżka dźwiękowa, ale także zdjęcia, a pamiętać trzeba o tym, że oprawa wizualna u Nolana zawsze jest bardzo ważna, tworzą klimat napięcia, grozy, wywołują w widzu wewnętrzny dyskomfort. Świetnym patentem jest to, że trzy opowieści wzajemnie się przeplatają, co wpływa na wyjątkowość filmu. Dodatkowo jeszcze kolejne sceny nie zawsze rozgrywają się chronologicznie, zabawa czasem to jeden z ulubionych patentów tego autora. No i jeszcze jedno, nawet przez chwilę nie widać wroga (poza samolotami), natomiast atmosfera została tak zbudowana, że mocno odczuwa się jego ciągłą, zagrażającą bohaterom filmu obecność.

Myślę, że „Dunkierka” Christophera Nolana, przynajmniej dla mnie, będzie jednym z najważniejszych filmów wojennych. To bardzo poważny głos na temat tego, czym jest wojna i co robi z człowiekiem. Nolanowi udało się pokazać to o czym nigdy nie mówi patriotyczna propaganda, wojna to piekło i nikt z nas, pomimo wybujałych deklaracji, nigdy nie wie, jak się zachowa w ekstremalnej sytuacji, zwłaszcza, kiedy będzie zagrożone jego życie. „Dunkierkę” po prostu, trzeba zobaczyć.


Upadłe Królestwo

aruart

3000 lat temu, właściwie cała Europa była Królestwem Natury. Od momentu cofnięcia się lodowców, przyroda w nieskrępowany sposób, mogła rozwijać się na naszym kontynencie. Zwierzęta i rośliny żyły według rytmu, wyznaczanego przez zmieniające się pory roku. Jednak, wraz z przyniesieniem przez homo sapiens z Bliskiego Wschodu umiejętności rolniczych i budową cywilizacji, nastąpił powolny kres tego Królestwa. Ogromna ekspansja naszego gatunku, który postanowił czynić sobie Ziemię poddaną, sprawiła, że wspaniały mechanizm, jaki stanowiła przyroda, powoli zaczął szwankować. Dziś, niemal każdy zakątek Europy, został już zagospodarowany przez człowieka. Rośliny oraz zwierzęta podzieliliśmy na pożyteczne, czyli takie, które mogą nam przenieść jakiś zysk, oraz szkodniki, czyli te, które nie są nam do niczego potrzebne. Te pierwsze hodujemy, często doprowadzając do ich wynaturzenia, jeśli zaś chodzi o tę drugą kategorię, jeśli wejdą nam w drogę, bezwzględnie je tępimy. I chociaż nie dysponujemy wielką siłą fizyczną i właściwie jesteśmy dosyć delikatni, na naszej planecie, nie ma drugiego, tak okrutnego i bezwzględnego stworzenia. Jednak wbrew naszym działaniom, natura potrafi się przystosować do świata przekształconego przez człowieka.

 

 


O tym właśnie opowiada film „Królestwo”. Kontynuacja i jednocześnie zamknięcie francuskiego cyklu, na który składają się filmy „Mikrokosmos”, „Makrokosmos”, oraz „Ocean”. Film został wspaniale zrealizowany. Pod względem wizualnym, to niemal arcydzieło, które stara się pokazać, jak niesamowitym i doskonałym mechanizmem, jest świat przyrody. I chociaż część scen, realizowanych było przy współudziale oswojonych zwierząt, to sposób ukazania funkcjonowaniu ptaków, żubrów, czy wilków, momentami wręcz powala. To właściwie jedyna okazja do tego, aby móc tak blisko przyjrzeć się ich życiu, i zrozumieć że każdy organizm jest bezcenny.


Zastanawia mnie, optymizm autorów filmów. Studiując dzieje naszego gatunku, nie mam żadnych złudzeń. Dążymy do zagłady życia na Ziemi, za którą tylko my będziemy odpowiedzialni.

A tak wyglądało tworzenie tego niezwykłego dzieła:

 

 


Westworld

aruart

Stacja HBO po raz kolejny przypomniała, kto tak na prawdę rządzi w świecie seriali. Po takich produkcjach jak Prawo ulicy, Siedem stóp pod ziemią, Rodzina Soprano, Rzym, Dolina Krzemowa czy Gra o tron, stworzyli coś tak niezwykłego jak Westworld.  I chociaż sam pomysł jest mało oryginalny, w końcu to remake filmu z 1973 roku, to jednak, to co stworzyli, Jonathan Nolan i spółka, po prostu powala. Kiedy skończyłem oglądać ostatni odcinek, miałem wrażenie, że ktoś rozłupał mi czaszkę, a później zaczął gmerać w jej wnętrzu prętem podłączonym do prądu. Pomysł bardzo prosty i stary niemal jak samo Science Fiction. Akcja serialu ma miejsce w niedalekiej przyszłości, kiedy to, bogaci i sfrustrowani ludzie, mogą udać się do tajemniczego parku rozrywki, w którym mogą „pobawić się” w Dziki Zachód. Maja możliwość wyżyć się, strzelając do złoczyńców, którzy są androidami. Mogą także wcielić się w bandytę, który napada na farmerów (to też roboty). Dzięki wszechobecnym androidom, można zrobić to wszystko, czego zakazują nam ogólnie przyjęte normy społeczne. W tym parku, można wydobyć na zewnątrz, najbardziej skrywane instynkty, wyżyć się, bo ten świat to realna fikcja, a uszkodzone maszyny zawsze można naprawić.

Ale jeśli roboty, nad którymi się znęcamy, są tego świadome? W przeciwieństwie do nas naprawialne, wytrzymałe na ból, znacznie bardziej od nas silniejsze, a co najważniejsze, przewyższające nas inteligencją. Bilans jest oczywisty, nie mamy z nimi żadnych szans!

Od jakiegoś czasu popkultura, dosyć skutecznie, stara się przekonać nas, że największym zagrożeniem dla ludzkości są zombie. Nikt właściwie nie wie, czym właściwie miałyby być, ale kolejne filmy, komiksy oraz różnego rodzaju imprezy (marsze zombie), próbują nas przekonać, że nie ma przed nimi ucieczki, że już w krótce, nasi bliscy zamienią się w mózgożercze, nierozumne istoty, które, będę czyhały na nasze życie. Jednocześnie zapominamy o zupełnie realnym zagrożeniu, jakim dla homo sapiens jest  sztuczna inteligencja. A może AI już rozpoczęła walkę z ludzkością? Za nim uzyska fizyczną przewagę nad naszym gatunkiem, wykorzystuje naszą chęć do zabijania czasu prostą rozrywką i poprzez popkulturę próbuje odwrócić naszą uwagę od prawdziwego zagrożenia, czyli od siebie. A kiedy już uderzy, nie będziemy w stanie się jej przeciwstawić.

To jedna z wielu myśli, jakie narodziły się w moim umyśle po obejrzeniu Westworld. Inną myślą, która powstała jeszcze wcześniej, było pytanie, jakbym zachował się, gdybym znalazł się w takim miejscu? Myślę, że pękłyby wszelkie okowy wbijane mi przez społeczeństwo od chwili narodzin, a rządzić zaczęłaby mną natura naczelnych, wydobywając na zewnątyrz najgorsze instynkty. Postać grana w serialu przez Eda Harrisa, to właśnie ja i co najbardziej mnie przeraża jestem tego pewien w 100%.

Na szczęście taki park nie istnieje, a nawet jeśli, nie byłoby mnie na niego stać. Z drugiej jednak strony, przeraża mnie świadomość tego, że coś tak okropnego we mnie siedzi.


Biały Dom(ek) z kart

aruart

„House of Cards” to z pewnością jeden z najlepszych seriali w historii . Początkowo Netflix, który jest odpowiedzialny za jego produkcję zarzekał się, że zostanie on zamknięty sezonem drugim. Jeśli tak by się stało, to moment, kiedy bezwzględny polityk Frank Underwood (grany przez Kevina Spacey’ego) zdobywa urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych, byłby doskonałym zakończeniem. Serial można byłoby wówczas uznać za arcydzieło. Ogromny sukces sprawił, że twórcy serialu nie odpuścili i wkrótce po ostatnim odcinku drugiego sezonu, zaczęli prace nad kolejnym. I muszę przyznać, że pomimo mojego początkowego sceptycyzmu, trzeci sezon „House of Cards” jest całkiem udany. Przede wszystkim, prezydentura Underwooda okazuje się bardzo trudna, walczyć musi nie tylko z opozycją republikanów, ale także przestaje go wspierać go własna partia. Underwood to jednak prawdziwa polityczna bestia, która nie poddaje się, a kiedy zostaje otoczona, staje się śmiertelnie niebezpieczna. Duża część filmu to głębsza analiza związku Franka z Claire (doskonała Robin Wright), teamu, który stworzył prezydenta Underwooda. Frank jest tutaj jeszcze bardziej demoniczny, coraz częściej widzimy go bez maski, przestaje wobec ludzi, zwłaszcza tych z najbliższego otoczenie, cokolwiek udawać. Ludzie są dla niego jedynie narzędziami, które mają mu umożliwić utrzymanie władzy. Przy końcu serialu widzimy go wciąż triumfującego, ale stojącego nad przepaścią. Wszystko wskazuje na to, że za rok, okaże się, że Biały Dom Underwooda jest zbudowany z kart i większy wiatr po prostu go zdmuchnie.

I chociaż trzeci sezon „House od Cards” nie jest pozbawiony wad i niedoróbek (nieścisłości) scenariuszowych, to po jego obejrzeniu trudno mi jest znaleźć coś, co byłoby w stanie tak mocno mnie wciągnąć. Większość produkcji, które są nam serwowane jest po prostu nudna.


Wachowscy - wzloty i upadki

aruart

W 1999 roku wówczas bracia Wachowscy, zaskoczyli świat filmem „Matrix”. Filmem, który był nie tylko naszpikowanym efektami specjalnymi klipem, ale stawiał bardzo istotne pytanie, czy przypadkiem nie śnimy naszego życia? Świetna mieszanka filozofii, buddyzmu i fantastyki naukowej. Znajdziemy tutaj odniesienia do anime jak i do cyberpunku. Po 16 latach, film wciąż robi ogromne wrażenie, nie tracąc nic ze swojej oryginalności. „Matrix” doczekał się kontynuacji w postaci dwóch filmów, oraz animacji, ale niestety, mam wrażenie, że, była to tylko próba skorzystania na komercyjnym sukcesie części pierwszej. Jak dla mnie można byłoby się bez nich obejść.


Później pojawiła się ekranizacja jednego z najlepszych, antysystemowych komiksów autorstwa Alana Moore’a, „V jak vendetta”. Niestety zabrakło tutaj niepowtarzalnego, mrocznego klimatu, który posiadał komiks dzięki rysunkom Davida Lloyda. Ale mimo to udało im się zachować treść opowieści, chociaż całość nie zrobiła już na mnie takiego wrażenia jak oryginał. Mimo tego znam takich, którzy z komiksem nie mieli nic do czynienia, za to film, zmusił ich do przemyślenia kilku spraw.


Kolejnym filmem zrealizowanym przez Wachowskich był „Speed Reacer”. Nie oglądałem, więc trudno mi jest coś więcej o samym filmie napisać. Został on jednak bardzo źle przyjęty przez krytykę, ale także przez widzów, uniemożliwiając zwrot poniesionych przez wytwórnię kosztów. To pierwsza poważna klęska Wachowskich.

W 2012 roku ukazał się zrealizowany przez (już wówczas nie braci, a rodzeństwo) Wachowskich „Atlas Chmur”. To ekranizacja wspaniałej książki Davida Mitchella o tym samym tytule. Tym razem Wachowscy ponieśli klęskę na własne życzenie. Atlas chmur” to książka, której właściwie nie da się zamknąć nawet w trzygodzinnym filmie. Jest w niej zbyt wiele wątków, a jeśli coś się pominie lub skróci, całość przestanie mieć sens. Może serial, mający naprawdę zdolnych scenarzystów by podołał, albo gdyby Wachowscy wybrali tylko jeden z motywów. A tak, sami skazali się na porażkę. Mimo to film ma kilka mocnych stron. Jest naprawdę dopieszczony wizualnie. Tu Wachowscy pokazali prawdziwy kunszt i możliwości własnej wyobraźni. Również aktorsko jest on bardzo udany. Kreacje Tony Henksa, Halle Berry, Jima Broadbenta, czy Doona Bae, mogą zachwycić, stanowiąc jednocześnie ogromną zaletę filmu. Niestety, bilans filmu jest bardzo niekorzystny, jest on straszliwie męczący dla widza. A szkoda, bo książka należy do najważniejszych, z jakimi miałem do czynienia.


Kilka dni temu mogłem obejrzeć ostatnie dzieło rodzeństwa Wachowskich, „Jupiter: Intronizacja”.  Po pierwszym tygodniu wyświetlania, film został ogłoszony klapą roku. Moim zdaniem trochę niesłusznie. Złe oceny „Jupiter: Intronizacja” wynikają chyba głównie z tego, że wszyscy oczekują nowego „Matrixa”. Najprawdopodobniej Wachowscy już nigdy czegoś tak odkrywczego i świeżego nie stworzą. Myślę, że nie prędko Hollywood wyda na świat, coś na miarę „Matrixa”. „Jupiter” trzeba traktować jako filmową baśń, opowieść o kopciuszku, który nagle zyskuje ogromny wpływ na świat. Film jest czasami dość naiwny, ale przecież właśnie takie są baśnie. Nie będzie on stanowił przygody intelektualnej, ale za to bardzo dobrze się go ogląda. To całkiem niezłe widowisko, w tworzeniu, których Wachowscy okazują się być prawdziwymi mistrzami. Podejrzewam, że jeśli ktoś inny stałby za tym filmem, to nie tylko nie byłoby problemu ze zwrotem sporych kosztów produkcji (176 mln $), ale film przyniósłby całkiem niezły dochód.


Pomimo porażek Wachowskim wciąż udaje się znaleźć ludzi, którzy w nich wierzą, mając nadzieję na to, że powtórzy się sukces „Matrixa”, który zarobił na czysto przeszło 400 tys. dolarów. Jeszcze w tym roku ma się ukazać stworzony przez nich serial „Sense8”, którego bohaterami maja być ludzie o zdolnościach parapsychicznych. Miejmy nadzieję, że tym razem uda się im odnieść sukces, chociaż myślę, że będzie trudno. Od kilku lat seriale są na wyższym poziomie niż filmy fabularne, więc jeśli Wachowscy nie zaoferują czegoś nie tylko ciekawego, ale przede wszystkim oryginalnego, to poniosą kolejną porażkę, z której mogą się już nie podnieść.

300 filmów w 4 minuty

aruart

Jak obejrzeć 300 filmów. Nic prostszego, wystarczy dysponować kilkoma wolnymi minutami i prześledzić poniższy filmowy kolaż. Ważne jest jednak to, by głośno nastawić dźwięk, bo dopiero wówczas całość robi wrażenie.


 



Filmy, które nigdy nie powinny powstać cz. 7

aruart

Dawniej marka Arnold Schwarzenegger oznaczała, że czeka nas kawał dobrego kina sensacyjnego. Niestety, od kiedy Arnie powrócił z nieprzymusowej odsiadki w polityce, filmy z jego udziałem są coraz gorsze. Tak właśnie jest z filmem „Sabotaż”, historią elitarnej jednostki do walki z narkotykami, której dowódcę gra Schwarzenegger. Film dość brutalny i najgorsze jest to, że brutalność ta niczemu nie służy. „Sabotaż” to nie tylko kiepski scenariusz i słabiutka reżyseria, ale przede wszystkim wyjątkowo kiepska, wręcz drewniana gra głównego bohatera (John "Breacher" Wharton, w którego wcielił się Arnold Schwarzenegger). „Sabotaż”, to najlepszy przykład na to. Że do pewnych rzeczy nie powinno się powracać, a jeśli już, to trzeba bardzo poważnie przemyśleć, jak to zrobić, by nie niszczyło to wypracowanej wcześniej pozycji. Jakby tego było mało, film został dość kiepsko zrealizowany, naprawdę fatalny montaż. Reżyser David Ayer, kreowany jest na prawdziwą gwiazdę współczesnego kina akcji, ale mam wrażenie, że jego główny patent polega jedynie na dużej liczbie brutalnych scen, wybuchów, jednak w warstwie fabularnej, film został kompletnie położony.

Jesteśmy coraz bliżej stworzenia sztucznej inteligencji, dzięki czemu przestaniemy być jedynymi inteligentnymi istotami na planecie Ziemia. Jednak możliwości, jakie miałaby taka sztuczna inteligencja przewyższałyby zdolności zwykłego człowieka. A co z uczuciami, empatią i całą masą uczuć oraz ukształtowaną przez tysiąclecia etyką? A gdyby, do takiego superkomputera przenieść świadomość człowieka? Gdyby zachował całą wiedzę, pamięć i uczucia konkretnej osoby? Czy byłby to jeszcze człowiek, czy może już tylko bardziej skomplikowana maszyna? Ten fascynujący temat postanowili poruszyć twórcy filmu „Transcendencja”. Operator filmów Nolana, Wally Pfister postanowił zostać reżyserem, ale zabrakło mu narracyjnej pomyślności i sprawności swojego kolegi. Miał być poważny, film o czymś, no i w sumie jest, ale, no właśnie, ale. Film pomimo świetnego tematu i zatrudnienia Johnny’ego Deppa i Morgana Freeman’a, jest po prostu nużący i naprawdę bardzo trudno jest dotrwać do jego końca. Postacie są płytkie, sytuacje, w których reżyser stawia swoich bohaterów, mało wiarygodne i chyba tylko strona wizualna, sprawia, że film ten da się oglądać.

Marka Bruce Willis, od jakiegoś już czasu nie jest gwarancją udanego filmu. A „Książę” jest chyba najgorszym, w jakim aktorowi przyszło zagrać. To straszliwe filmidło, swoim nazwiskiem firmuje także John Cusack. Nie wiem, czy to za sprawą pieniędzy, czy też po prostu panowie nie otrzymują już lepszych propozycji, bo film ten jest wyjątkowo nieudany. Pomysł zerżnięty z „Uprowadzonej”, ale niestety, nie dodano tutaj nic nowego. Mamy tylko bezsensowne mordobicie, które po jakiś 20 minutach przestaje interesować. Cały film jest dość schematyczny i z powodzeniem jesteśmy w stanie przewidzieć następujące po sobie sceny. Film próbuje nawiązać do kina akcji z lat 80-tych, ale zabrakło przede wszystkim przekonywującego głównego bohatera. Jason Patric, kompletnie się tutaj nie sprawdził. Przez takie niedopracowane dziełka, gatunek będzie wciąż straszył, jak świeżo wykopane zwłoki.



Angolskie poczucie humoru

aruart

Ostatnio trafił się nam wieczór z angielskimi filmami komediowymi. Wszyscy wiedzą, że Angole mają dość specyficzne poczucie humoru, ale to sprawia, że nigdy nie wiadomo, czego można się spodziewać. I tak też był tym razem. Dzięki dwóm filmom, mogliśmy przeżyć dość niezwykłą przygodę z jednej strony były to podróże w czasie, z drugiej zaś piwna eskapada z inwazją obcych w tle.

„Podróże w czasie: najczęściej zadawane pytania”, trzech wyrzutków (nerdów), którzy przypadkiem odkryli tajemnicę podróży w czasie. Podczas wieczoru spędzonego w pubie odkrywają czasoprzestrzenną anomalię, która mieści się w toalecie, więc za każdym razem, kiedy tam wejdą przechodzą przez szczelinę w czasie lądując w bliższej, bądź dalszej przyszłości. Zresztą, każdy, komu zdarzy się korzystać z publicznie dostępnych toalet z pewnością odnosi wrażenie, jakby odbył podróż na zupełnie inna planetą, więc nie dziwi mnie pomysł scenarzysty, by właśnie tam umieścić bramkę w czasie. I jeszcze jedna rzecz, choć dość dyskusyjna, która w tym filmie mi się spodobała, to koncepcja zabijania twórców zaraz po stworzeniu przez nich najwybitniejszego dzieła i w ten sposób unieśmiertelnianiu ich. „Podróże w czasie: najczęściej zadawane pytania” może nie jest filmem wybitnym, to właściwie parodia gatunku (SF), ale przy tym bardzo dobra i całkiem niegłupia rozrywka.


Drugą angolską komedią tego wieczoru był film „Tu już jest koniec” (The World's End). Za scenariusz filmu odpowiedzialny był jeden z lepszy brytyjskich komików Simon Pegg, który wciela się także w jedną z głównych ról, szalonego Gary Kinga. Wydawać by się mogło, że będzie to dość prosta i schematyczna opowieść. Gary King, który nigdy nie przestał być nastolatkiem, postanawia zwołać swoich kumpli z liceum, aby dokończyć piwny maraton , który rozpoczęli dwadzieścia lat wcześniej. Nie łatwo będzie ściągnąć dawnych przyjaciół, którzy dojrzeli, pozakładali garnitury i własne rodziny i w zupełnie inny sposób patrzą na życie niż przez dwiema dekadami. W końcu jednak prośbą, groźbą i podstępem, uda mu się ich zwabić do rodzinnego miasteczka. I cała piątka ruszy na podbój miejscowych pubów, ale i tym razem coś stanie im na przeszkodzie. Miasto i ludzie, których kiedyś znali są jacyś inni, jakby obcy… Nie będę dalej opowiadał filmu, bo naprawdę warto obejrzeć do. Dziełko to, ma też swoje przesłanie, może i naiwne, ale jednak zawsze bardzo aktualne.


Muszę przyznać, że dzięki tym filmom spędziliśmy całkiem przyjemny wieczór. Fajnie oderwać się od dość schematycznej kinematografii rodem z Hollywood. Miło być zaskakiwanym, a do tego była to spora dawka angielskiego poczucia humoru, które mi osobiście bardzo odpowiada.

 

Filmy, które nigdy nie powinny powstać cz. 6

aruart

Kultura, także ta popularna wciąż sięga po wzorce antyczne. Nawiązania do starożytności odnajdziemy w architekturze, literaturze, a także w kinie. Co roku powstaje przynajmniej kilka filmów, których akcja toczy się w czasach starożytnych. Jedne lepsze, większość niestety gorsza. Przykładem takiego właśnie tworu jest film „The legend of Hercules”. Film wygląda, jakby trochę kosztował, ale i tak pełen jest niedoróbek. Raz mamy krajobrazy wygenerowane komputerowo, zaraz potem przenosimy się do prawdziwego lasu, który zresztą niewiele ma wspólnego z Grecją. Chyba, że twórcy filmu mają jakieś nieznane historykom informacje na temat klimatu sprzed 2500 lat. Część aktorów, zwłaszcza statystów jest nieco drewnianych, a niektórzy z nich kompletnie sobie nie radzą w scenach walki. No i do tego prostacka fabuła. Niby wiele się dzieje, ale mnie to kompletnie nie interesowało. Wypiękniony Herkules, jako heros jest nijaki, momentami wręcz słaby, nie ma w sobie nic z mitologicznego pierwowzoru. Półtorej godziny filmu stanowi prawdziwą męczarnię.


„Franklin Delano Roosevelt amerykański skurczybyk”, to chyba najgorszy, najbardziej debilny film, jaki przyszło mi oglądać. Wszystko tam było straszliwe, scenariusz, zdjęcia, montaż, efekty specjalne i aż dziwne, że w filmie tym można odnaleźć wielu znanych aktorów, którzy starają się wczuwać w odgrywane role, przez co, to wszystko staje się jeszcze bardziej groteskowe. Wilkołaki naziści i spisek na życie amerykańskiego prezydenta, który jest dokładnie taki, jak sugeruje tytuł, Franklin Delano Roosevelt to prawdziwy, amerykański skurczybyk. Wciąż trudno mi jest uwierzyć, że ktoś tracił czas i pieniądze na tworzenie czegoś tak odrażającego. Może w ten sposób, ktoś chciał uprać brudną forsę? Mam apel do producentów tego…”dzieła”, jeśli ponownie zdarzy się, że znów nie będziecie mieli co robić z kasą, skontaktujcie się ze mną.


Ostatni film w tej odsłonie, nie należy do tych, które nie po winny powstać. Wręcz przeciwnie, to film, który musiał powstać, tylko niestety, nie w tej formie. „Obrońcy skarbów” to najlepszy przykład na to, jak można zniszczyć temat, z pozoru nie do zniszczenia. Bo taka jest właśnie historia oddziału zapaleńców, próbujących odnaleźć dzieła sztuki, rabowane przez nazistów przez sześć lat wojny. Niestety, to, co powinno być opowieścią jak z filmu o przygodach Indiana Jonesa, stało się nieciekawym, fabularyzowanym dokumentem. I w niczym nie pomogła, naprawdę świetna obsada aktorska. Film, jest po prostu nudny. George Clooney, Matt Damon, Bill Murray, czy John Goodman, grali tak, jakby odtwarzali swoje dawne role, kompletnie nic nowego do tego filmu nie wnosząc. Do tego jeszcze przesadny patos, film przepełniony jest patriotyczną propagandą. Można byłoby wysnuć wniosek, że tylko Amerykanie są w stanie ocalić dziedzictwo kulturowe Europy, bo tylko oni znają jego wartość. Mogło powstać fascynujące sensacyjno  wojenne kino, zamiast tego mamy straszliwie ciągnący się wykład na temat odzyskiwania dóbr kultury rabowanych przez nazistów. Az żal środków, które pochłonął ten film.




Makiaweliczny Spacey

aruart

Francis Underwood, główny bohater serialu „House of Cards”, genialnie zagrany przez Kevina Spacey”ego, to postać fascynująca, wręcz hipnotyzująca widza i do szpiku kości zła. Underwood, wraz ze wspierającą go żoną (Robin Wright) jest współczesnym spełnieniem idei Machiavellego. Ma jasny cel, którym jest władza i zrobi wszystko, aby go osiągnąć. W filmie jesteśmy świadkami politycznej wojny rozgrywanej przez głównego bohatera, momentami jednak, kiedy Spacey zwraca się bezpośrednio do nas, komentując zza czyiś pleców swoje postępowanie, ze świadka stajemy się jego powiernikami i wówczas już należymy do niego. Przez większość czasu trzymałem kciuki, chcąc aby Underwoodowi się udało, stając się jego cichym wspólnikiem. I nie zrażało mnie, że powoli odkrywane są kolejne fragmenty, jego mrocznej natury. Spacey wykreował „bestię” doskonałą. Drugi sezon „Hause of Cards” to prawdziwy serialowy majstersztyk, jaka szkoda, że to zaledwie 13 odcinków.



Heroiczni Grecy

aruart

W mijającym tygodniu zwabiłem żonkę do kina na film „300: Początek imperium”. Kontynuacje mają to do siebie, że zazwyczaj są niewypałem, ledwie cieniem pierwowzoru. Muszę przyznać, że druga część „300” zrobiła na mnie spore i to pozytywne wrażenie. To przede wszystkim, kawał świetnej rozrywki. Nie wiem, dlaczego, aż tak mnie to bierze, ale po wyjściu z kina czułem, że mógłbym dokonywać heroicznych czynów. Oczywiście oglądając ten film, trzeba pamiętać, że nie ma on nic wspólnego z prawdą historyczną. To tylko taka bajka, bardzo lużno oparta na prawdziwych wydarzeniach. Momentami zresztą wręcz groteskowa, zwłaszcza kiedy pojawia się pseudopatriotyczny patos. Wspaniałe są teksty o wolności i demokracji, prawdziwy demagogiczny majstersztyk, bardziej śmieszą niż denerwują. To chyba najgłupsze przemowy, mające zagrzewać do walki, jakie do tej pory pojawiły się w kinie. No i do tego ci dobrzy i szlachetni, chociaż tak nieliczni stawiają czoła z pozoru silniejszym, choć przepełnionym złem wrogom. Krew rozbryzgująca się po ekranie i wspaniała muzyka, a do tego wspaniała komiksowo – komputerowa konwencja, niezwykle mocno wpływają na wyobraźnię. A końcowe „War Pigs” Black Sabbath w odświeżonej wersji od kilku dni nie potrafi opuścić mojej głowy, czego zresztą wcale nie chcę. No i dodać muszę, że w tym filmie przysłowiowe „cojones” mają nawet kobiety, momentami chyba nawet większe niż faceci.

Jak wyczytałem w necie, komercyjny sukces filmu sprawił, że już zapowiedziana została kontynuacja. Tym razem twórcy filmu mają zamiar skupić się na postaci Kserksesa. Mam nadzieję, że jeśli faktycznie powstanie kolejna odsłona „300”, zaskoczy mnie ona tak jak „Początek imperium”.

Cóż, okazuje się, że czasami potrzebuję właśnie takiej prostej, męskiej rozrywki.



© AruArt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci