Menu

AruArt

dziennik niecodzienny

film

„Dunkierka”. To nie jest po prostu kolejny film o wojnie

aruart

Kiedy jakiś czas temu usłyszałem o tym, że Christopher Nolan, kreci film o jednym z ważniejszych epizodów II wojny światowej, poczułem lekkie zdziwienie. Jednak z drugiej strony Kurt Vonnegut, napisał „Rzeźnię nr 5”, książkę, w której jednym z ważniejszych elementów było bombardowania Drezna , które zresztą autor sam przeżył.  Powieść ta była bardzo mocną, ale jednocześnie dość  niezwykłą krytyką wojny. Więc może trzeba dać Nolanaowi szansę? Tak też zrobiłem i z niecierpliwością oczekiwałem premiery. I muszę przyznać, że warto było. „Dunkierka” nie jest kolejnym filmem o wonie. To dzieło naprawdę ważne. Film mocno antywojenny. Ale nie ma w nim epatowania okrucieństwem, drastyczne sceny są nieliczne, nie ma zbędnego patosu, górnolotnych słów, w ogóle bardzo niewiele tu dialogów. Nolan skupia się na tym, jak bez sensowna jest wojna i co potrafi zrobić z człowiekiem, który w chwili zagrożenia, czuje tylko, że jest w stanie zrobić wszystko, aby przeżyć. Film trzyma w napięciu niemal od samego początku, do ostatniej sceny. To nie tylko zasługa pomysłów reżysera, ale w dużej mierze przygniatającej muzyki, skomponowanej przez Hansa Zimmera. Ścieżka dźwiękowa, ale także zdjęcia, a pamiętać trzeba o tym, że oprawa wizualna u Nolana zawsze jest bardzo ważna, tworzą klimat napięcia, grozy, wywołują w widzu wewnętrzny dyskomfort. Świetnym patentem jest to, że trzy opowieści wzajemnie się przeplatają, co wpływa na wyjątkowość filmu. Dodatkowo jeszcze kolejne sceny nie zawsze rozgrywają się chronologicznie, zabawa czasem to jeden z ulubionych patentów tego autora. No i jeszcze jedno, nawet przez chwilę nie widać wroga (poza samolotami), natomiast atmosfera została tak zbudowana, że mocno odczuwa się jego ciągłą, zagrażającą bohaterom filmu obecność.

Myślę, że „Dunkierka” Christophera Nolana, przynajmniej dla mnie, będzie jednym z najważniejszych filmów wojennych. To bardzo poważny głos na temat tego, czym jest wojna i co robi z człowiekiem. Nolanowi udało się pokazać to o czym nigdy nie mówi patriotyczna propaganda, wojna to piekło i nikt z nas, pomimo wybujałych deklaracji, nigdy nie wie, jak się zachowa w ekstremalnej sytuacji, zwłaszcza, kiedy będzie zagrożone jego życie. „Dunkierkę” po prostu, trzeba zobaczyć.


Upadłe Królestwo

aruart

3000 lat temu, właściwie cała Europa była Królestwem Natury. Od momentu cofnięcia się lodowców, przyroda w nieskrępowany sposób, mogła rozwijać się na naszym kontynencie. Zwierzęta i rośliny żyły według rytmu, wyznaczanego przez zmieniające się pory roku. Jednak, wraz z przyniesieniem przez homo sapiens z Bliskiego Wschodu umiejętności rolniczych i budową cywilizacji, nastąpił powolny kres tego Królestwa. Ogromna ekspansja naszego gatunku, który postanowił czynić sobie Ziemię poddaną, sprawiła, że wspaniały mechanizm, jaki stanowiła przyroda, powoli zaczął szwankować. Dziś, niemal każdy zakątek Europy, został już zagospodarowany przez człowieka. Rośliny oraz zwierzęta podzieliliśmy na pożyteczne, czyli takie, które mogą nam przenieść jakiś zysk, oraz szkodniki, czyli te, które nie są nam do niczego potrzebne. Te pierwsze hodujemy, często doprowadzając do ich wynaturzenia, jeśli zaś chodzi o tę drugą kategorię, jeśli wejdą nam w drogę, bezwzględnie je tępimy. I chociaż nie dysponujemy wielką siłą fizyczną i właściwie jesteśmy dosyć delikatni, na naszej planecie, nie ma drugiego, tak okrutnego i bezwzględnego stworzenia. Jednak wbrew naszym działaniom, natura potrafi się przystosować do świata przekształconego przez człowieka.

 

 


O tym właśnie opowiada film „Królestwo”. Kontynuacja i jednocześnie zamknięcie francuskiego cyklu, na który składają się filmy „Mikrokosmos”, „Makrokosmos”, oraz „Ocean”. Film został wspaniale zrealizowany. Pod względem wizualnym, to niemal arcydzieło, które stara się pokazać, jak niesamowitym i doskonałym mechanizmem, jest świat przyrody. I chociaż część scen, realizowanych było przy współudziale oswojonych zwierząt, to sposób ukazania funkcjonowaniu ptaków, żubrów, czy wilków, momentami wręcz powala. To właściwie jedyna okazja do tego, aby móc tak blisko przyjrzeć się ich życiu, i zrozumieć że każdy organizm jest bezcenny.


Zastanawia mnie, optymizm autorów filmów. Studiując dzieje naszego gatunku, nie mam żadnych złudzeń. Dążymy do zagłady życia na Ziemi, za którą tylko my będziemy odpowiedzialni.

A tak wyglądało tworzenie tego niezwykłego dzieła:

 

 


Westworld

aruart

Stacja HBO po raz kolejny przypomniała, kto tak na prawdę rządzi w świecie seriali. Po takich produkcjach jak Prawo ulicy, Siedem stóp pod ziemią, Rodzina Soprano, Rzym, Dolina Krzemowa czy Gra o tron, stworzyli coś tak niezwykłego jak Westworld.  I chociaż sam pomysł jest mało oryginalny, w końcu to remake filmu z 1973 roku, to jednak, to co stworzyli, Jonathan Nolan i spółka, po prostu powala. Kiedy skończyłem oglądać ostatni odcinek, miałem wrażenie, że ktoś rozłupał mi czaszkę, a później zaczął gmerać w jej wnętrzu prętem podłączonym do prądu. Pomysł bardzo prosty i stary niemal jak samo Science Fiction. Akcja serialu ma miejsce w niedalekiej przyszłości, kiedy to, bogaci i sfrustrowani ludzie, mogą udać się do tajemniczego parku rozrywki, w którym mogą „pobawić się” w Dziki Zachód. Maja możliwość wyżyć się, strzelając do złoczyńców, którzy są androidami. Mogą także wcielić się w bandytę, który napada na farmerów (to też roboty). Dzięki wszechobecnym androidom, można zrobić to wszystko, czego zakazują nam ogólnie przyjęte normy społeczne. W tym parku, można wydobyć na zewnątrz, najbardziej skrywane instynkty, wyżyć się, bo ten świat to realna fikcja, a uszkodzone maszyny zawsze można naprawić.

Ale jeśli roboty, nad którymi się znęcamy, są tego świadome? W przeciwieństwie do nas naprawialne, wytrzymałe na ból, znacznie bardziej od nas silniejsze, a co najważniejsze, przewyższające nas inteligencją. Bilans jest oczywisty, nie mamy z nimi żadnych szans!

Od jakiegoś czasu popkultura, dosyć skutecznie, stara się przekonać nas, że największym zagrożeniem dla ludzkości są zombie. Nikt właściwie nie wie, czym właściwie miałyby być, ale kolejne filmy, komiksy oraz różnego rodzaju imprezy (marsze zombie), próbują nas przekonać, że nie ma przed nimi ucieczki, że już w krótce, nasi bliscy zamienią się w mózgożercze, nierozumne istoty, które, będę czyhały na nasze życie. Jednocześnie zapominamy o zupełnie realnym zagrożeniu, jakim dla homo sapiens jest  sztuczna inteligencja. A może AI już rozpoczęła walkę z ludzkością? Za nim uzyska fizyczną przewagę nad naszym gatunkiem, wykorzystuje naszą chęć do zabijania czasu prostą rozrywką i poprzez popkulturę próbuje odwrócić naszą uwagę od prawdziwego zagrożenia, czyli od siebie. A kiedy już uderzy, nie będziemy w stanie się jej przeciwstawić.

To jedna z wielu myśli, jakie narodziły się w moim umyśle po obejrzeniu Westworld. Inną myślą, która powstała jeszcze wcześniej, było pytanie, jakbym zachował się, gdybym znalazł się w takim miejscu? Myślę, że pękłyby wszelkie okowy wbijane mi przez społeczeństwo od chwili narodzin, a rządzić zaczęłaby mną natura naczelnych, wydobywając na zewnątyrz najgorsze instynkty. Postać grana w serialu przez Eda Harrisa, to właśnie ja i co najbardziej mnie przeraża jestem tego pewien w 100%.

Na szczęście taki park nie istnieje, a nawet jeśli, nie byłoby mnie na niego stać. Z drugiej jednak strony, przeraża mnie świadomość tego, że coś tak okropnego we mnie siedzi.


Biały Dom(ek) z kart

aruart

„House of Cards” to z pewnością jeden z najlepszych seriali w historii . Początkowo Netflix, który jest odpowiedzialny za jego produkcję zarzekał się, że zostanie on zamknięty sezonem drugim. Jeśli tak by się stało, to moment, kiedy bezwzględny polityk Frank Underwood (grany przez Kevina Spacey’ego) zdobywa urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych, byłby doskonałym zakończeniem. Serial można byłoby wówczas uznać za arcydzieło. Ogromny sukces sprawił, że twórcy serialu nie odpuścili i wkrótce po ostatnim odcinku drugiego sezonu, zaczęli prace nad kolejnym. I muszę przyznać, że pomimo mojego początkowego sceptycyzmu, trzeci sezon „House of Cards” jest całkiem udany. Przede wszystkim, prezydentura Underwooda okazuje się bardzo trudna, walczyć musi nie tylko z opozycją republikanów, ale także przestaje go wspierać go własna partia. Underwood to jednak prawdziwa polityczna bestia, która nie poddaje się, a kiedy zostaje otoczona, staje się śmiertelnie niebezpieczna. Duża część filmu to głębsza analiza związku Franka z Claire (doskonała Robin Wright), teamu, który stworzył prezydenta Underwooda. Frank jest tutaj jeszcze bardziej demoniczny, coraz częściej widzimy go bez maski, przestaje wobec ludzi, zwłaszcza tych z najbliższego otoczenie, cokolwiek udawać. Ludzie są dla niego jedynie narzędziami, które mają mu umożliwić utrzymanie władzy. Przy końcu serialu widzimy go wciąż triumfującego, ale stojącego nad przepaścią. Wszystko wskazuje na to, że za rok, okaże się, że Biały Dom Underwooda jest zbudowany z kart i większy wiatr po prostu go zdmuchnie.

I chociaż trzeci sezon „House od Cards” nie jest pozbawiony wad i niedoróbek (nieścisłości) scenariuszowych, to po jego obejrzeniu trudno mi jest znaleźć coś, co byłoby w stanie tak mocno mnie wciągnąć. Większość produkcji, które są nam serwowane jest po prostu nudna.


Wachowscy - wzloty i upadki

aruart

W 1999 roku wówczas bracia Wachowscy, zaskoczyli świat filmem „Matrix”. Filmem, który był nie tylko naszpikowanym efektami specjalnymi klipem, ale stawiał bardzo istotne pytanie, czy przypadkiem nie śnimy naszego życia? Świetna mieszanka filozofii, buddyzmu i fantastyki naukowej. Znajdziemy tutaj odniesienia do anime jak i do cyberpunku. Po 16 latach, film wciąż robi ogromne wrażenie, nie tracąc nic ze swojej oryginalności. „Matrix” doczekał się kontynuacji w postaci dwóch filmów, oraz animacji, ale niestety, mam wrażenie, że, była to tylko próba skorzystania na komercyjnym sukcesie części pierwszej. Jak dla mnie można byłoby się bez nich obejść.


Później pojawiła się ekranizacja jednego z najlepszych, antysystemowych komiksów autorstwa Alana Moore’a, „V jak vendetta”. Niestety zabrakło tutaj niepowtarzalnego, mrocznego klimatu, który posiadał komiks dzięki rysunkom Davida Lloyda. Ale mimo to udało im się zachować treść opowieści, chociaż całość nie zrobiła już na mnie takiego wrażenia jak oryginał. Mimo tego znam takich, którzy z komiksem nie mieli nic do czynienia, za to film, zmusił ich do przemyślenia kilku spraw.


Kolejnym filmem zrealizowanym przez Wachowskich był „Speed Reacer”. Nie oglądałem, więc trudno mi jest coś więcej o samym filmie napisać. Został on jednak bardzo źle przyjęty przez krytykę, ale także przez widzów, uniemożliwiając zwrot poniesionych przez wytwórnię kosztów. To pierwsza poważna klęska Wachowskich.

W 2012 roku ukazał się zrealizowany przez (już wówczas nie braci, a rodzeństwo) Wachowskich „Atlas Chmur”. To ekranizacja wspaniałej książki Davida Mitchella o tym samym tytule. Tym razem Wachowscy ponieśli klęskę na własne życzenie. Atlas chmur” to książka, której właściwie nie da się zamknąć nawet w trzygodzinnym filmie. Jest w niej zbyt wiele wątków, a jeśli coś się pominie lub skróci, całość przestanie mieć sens. Może serial, mający naprawdę zdolnych scenarzystów by podołał, albo gdyby Wachowscy wybrali tylko jeden z motywów. A tak, sami skazali się na porażkę. Mimo to film ma kilka mocnych stron. Jest naprawdę dopieszczony wizualnie. Tu Wachowscy pokazali prawdziwy kunszt i możliwości własnej wyobraźni. Również aktorsko jest on bardzo udany. Kreacje Tony Henksa, Halle Berry, Jima Broadbenta, czy Doona Bae, mogą zachwycić, stanowiąc jednocześnie ogromną zaletę filmu. Niestety, bilans filmu jest bardzo niekorzystny, jest on straszliwie męczący dla widza. A szkoda, bo książka należy do najważniejszych, z jakimi miałem do czynienia.


Kilka dni temu mogłem obejrzeć ostatnie dzieło rodzeństwa Wachowskich, „Jupiter: Intronizacja”.  Po pierwszym tygodniu wyświetlania, film został ogłoszony klapą roku. Moim zdaniem trochę niesłusznie. Złe oceny „Jupiter: Intronizacja” wynikają chyba głównie z tego, że wszyscy oczekują nowego „Matrixa”. Najprawdopodobniej Wachowscy już nigdy czegoś tak odkrywczego i świeżego nie stworzą. Myślę, że nie prędko Hollywood wyda na świat, coś na miarę „Matrixa”. „Jupiter” trzeba traktować jako filmową baśń, opowieść o kopciuszku, który nagle zyskuje ogromny wpływ na świat. Film jest czasami dość naiwny, ale przecież właśnie takie są baśnie. Nie będzie on stanowił przygody intelektualnej, ale za to bardzo dobrze się go ogląda. To całkiem niezłe widowisko, w tworzeniu, których Wachowscy okazują się być prawdziwymi mistrzami. Podejrzewam, że jeśli ktoś inny stałby za tym filmem, to nie tylko nie byłoby problemu ze zwrotem sporych kosztów produkcji (176 mln $), ale film przyniósłby całkiem niezły dochód.


Pomimo porażek Wachowskim wciąż udaje się znaleźć ludzi, którzy w nich wierzą, mając nadzieję na to, że powtórzy się sukces „Matrixa”, który zarobił na czysto przeszło 400 tys. dolarów. Jeszcze w tym roku ma się ukazać stworzony przez nich serial „Sense8”, którego bohaterami maja być ludzie o zdolnościach parapsychicznych. Miejmy nadzieję, że tym razem uda się im odnieść sukces, chociaż myślę, że będzie trudno. Od kilku lat seriale są na wyższym poziomie niż filmy fabularne, więc jeśli Wachowscy nie zaoferują czegoś nie tylko ciekawego, ale przede wszystkim oryginalnego, to poniosą kolejną porażkę, z której mogą się już nie podnieść.

300 filmów w 4 minuty

aruart

Jak obejrzeć 300 filmów. Nic prostszego, wystarczy dysponować kilkoma wolnymi minutami i prześledzić poniższy filmowy kolaż. Ważne jest jednak to, by głośno nastawić dźwięk, bo dopiero wówczas całość robi wrażenie.


 



Filmy, które nigdy nie powinny powstać cz. 7

aruart

Dawniej marka Arnold Schwarzenegger oznaczała, że czeka nas kawał dobrego kina sensacyjnego. Niestety, od kiedy Arnie powrócił z nieprzymusowej odsiadki w polityce, filmy z jego udziałem są coraz gorsze. Tak właśnie jest z filmem „Sabotaż”, historią elitarnej jednostki do walki z narkotykami, której dowódcę gra Schwarzenegger. Film dość brutalny i najgorsze jest to, że brutalność ta niczemu nie służy. „Sabotaż” to nie tylko kiepski scenariusz i słabiutka reżyseria, ale przede wszystkim wyjątkowo kiepska, wręcz drewniana gra głównego bohatera (John "Breacher" Wharton, w którego wcielił się Arnold Schwarzenegger). „Sabotaż”, to najlepszy przykład na to. Że do pewnych rzeczy nie powinno się powracać, a jeśli już, to trzeba bardzo poważnie przemyśleć, jak to zrobić, by nie niszczyło to wypracowanej wcześniej pozycji. Jakby tego było mało, film został dość kiepsko zrealizowany, naprawdę fatalny montaż. Reżyser David Ayer, kreowany jest na prawdziwą gwiazdę współczesnego kina akcji, ale mam wrażenie, że jego główny patent polega jedynie na dużej liczbie brutalnych scen, wybuchów, jednak w warstwie fabularnej, film został kompletnie położony.

Jesteśmy coraz bliżej stworzenia sztucznej inteligencji, dzięki czemu przestaniemy być jedynymi inteligentnymi istotami na planecie Ziemia. Jednak możliwości, jakie miałaby taka sztuczna inteligencja przewyższałyby zdolności zwykłego człowieka. A co z uczuciami, empatią i całą masą uczuć oraz ukształtowaną przez tysiąclecia etyką? A gdyby, do takiego superkomputera przenieść świadomość człowieka? Gdyby zachował całą wiedzę, pamięć i uczucia konkretnej osoby? Czy byłby to jeszcze człowiek, czy może już tylko bardziej skomplikowana maszyna? Ten fascynujący temat postanowili poruszyć twórcy filmu „Transcendencja”. Operator filmów Nolana, Wally Pfister postanowił zostać reżyserem, ale zabrakło mu narracyjnej pomyślności i sprawności swojego kolegi. Miał być poważny, film o czymś, no i w sumie jest, ale, no właśnie, ale. Film pomimo świetnego tematu i zatrudnienia Johnny’ego Deppa i Morgana Freeman’a, jest po prostu nużący i naprawdę bardzo trudno jest dotrwać do jego końca. Postacie są płytkie, sytuacje, w których reżyser stawia swoich bohaterów, mało wiarygodne i chyba tylko strona wizualna, sprawia, że film ten da się oglądać.

Marka Bruce Willis, od jakiegoś już czasu nie jest gwarancją udanego filmu. A „Książę” jest chyba najgorszym, w jakim aktorowi przyszło zagrać. To straszliwe filmidło, swoim nazwiskiem firmuje także John Cusack. Nie wiem, czy to za sprawą pieniędzy, czy też po prostu panowie nie otrzymują już lepszych propozycji, bo film ten jest wyjątkowo nieudany. Pomysł zerżnięty z „Uprowadzonej”, ale niestety, nie dodano tutaj nic nowego. Mamy tylko bezsensowne mordobicie, które po jakiś 20 minutach przestaje interesować. Cały film jest dość schematyczny i z powodzeniem jesteśmy w stanie przewidzieć następujące po sobie sceny. Film próbuje nawiązać do kina akcji z lat 80-tych, ale zabrakło przede wszystkim przekonywującego głównego bohatera. Jason Patric, kompletnie się tutaj nie sprawdził. Przez takie niedopracowane dziełka, gatunek będzie wciąż straszył, jak świeżo wykopane zwłoki.



Angolskie poczucie humoru

aruart

Ostatnio trafił się nam wieczór z angielskimi filmami komediowymi. Wszyscy wiedzą, że Angole mają dość specyficzne poczucie humoru, ale to sprawia, że nigdy nie wiadomo, czego można się spodziewać. I tak też był tym razem. Dzięki dwóm filmom, mogliśmy przeżyć dość niezwykłą przygodę z jednej strony były to podróże w czasie, z drugiej zaś piwna eskapada z inwazją obcych w tle.

„Podróże w czasie: najczęściej zadawane pytania”, trzech wyrzutków (nerdów), którzy przypadkiem odkryli tajemnicę podróży w czasie. Podczas wieczoru spędzonego w pubie odkrywają czasoprzestrzenną anomalię, która mieści się w toalecie, więc za każdym razem, kiedy tam wejdą przechodzą przez szczelinę w czasie lądując w bliższej, bądź dalszej przyszłości. Zresztą, każdy, komu zdarzy się korzystać z publicznie dostępnych toalet z pewnością odnosi wrażenie, jakby odbył podróż na zupełnie inna planetą, więc nie dziwi mnie pomysł scenarzysty, by właśnie tam umieścić bramkę w czasie. I jeszcze jedna rzecz, choć dość dyskusyjna, która w tym filmie mi się spodobała, to koncepcja zabijania twórców zaraz po stworzeniu przez nich najwybitniejszego dzieła i w ten sposób unieśmiertelnianiu ich. „Podróże w czasie: najczęściej zadawane pytania” może nie jest filmem wybitnym, to właściwie parodia gatunku (SF), ale przy tym bardzo dobra i całkiem niegłupia rozrywka.


Drugą angolską komedią tego wieczoru był film „Tu już jest koniec” (The World's End). Za scenariusz filmu odpowiedzialny był jeden z lepszy brytyjskich komików Simon Pegg, który wciela się także w jedną z głównych ról, szalonego Gary Kinga. Wydawać by się mogło, że będzie to dość prosta i schematyczna opowieść. Gary King, który nigdy nie przestał być nastolatkiem, postanawia zwołać swoich kumpli z liceum, aby dokończyć piwny maraton , który rozpoczęli dwadzieścia lat wcześniej. Nie łatwo będzie ściągnąć dawnych przyjaciół, którzy dojrzeli, pozakładali garnitury i własne rodziny i w zupełnie inny sposób patrzą na życie niż przez dwiema dekadami. W końcu jednak prośbą, groźbą i podstępem, uda mu się ich zwabić do rodzinnego miasteczka. I cała piątka ruszy na podbój miejscowych pubów, ale i tym razem coś stanie im na przeszkodzie. Miasto i ludzie, których kiedyś znali są jacyś inni, jakby obcy… Nie będę dalej opowiadał filmu, bo naprawdę warto obejrzeć do. Dziełko to, ma też swoje przesłanie, może i naiwne, ale jednak zawsze bardzo aktualne.


Muszę przyznać, że dzięki tym filmom spędziliśmy całkiem przyjemny wieczór. Fajnie oderwać się od dość schematycznej kinematografii rodem z Hollywood. Miło być zaskakiwanym, a do tego była to spora dawka angielskiego poczucia humoru, które mi osobiście bardzo odpowiada.

 

Filmy, które nigdy nie powinny powstać cz. 6

aruart

Kultura, także ta popularna wciąż sięga po wzorce antyczne. Nawiązania do starożytności odnajdziemy w architekturze, literaturze, a także w kinie. Co roku powstaje przynajmniej kilka filmów, których akcja toczy się w czasach starożytnych. Jedne lepsze, większość niestety gorsza. Przykładem takiego właśnie tworu jest film „The legend of Hercules”. Film wygląda, jakby trochę kosztował, ale i tak pełen jest niedoróbek. Raz mamy krajobrazy wygenerowane komputerowo, zaraz potem przenosimy się do prawdziwego lasu, który zresztą niewiele ma wspólnego z Grecją. Chyba, że twórcy filmu mają jakieś nieznane historykom informacje na temat klimatu sprzed 2500 lat. Część aktorów, zwłaszcza statystów jest nieco drewnianych, a niektórzy z nich kompletnie sobie nie radzą w scenach walki. No i do tego prostacka fabuła. Niby wiele się dzieje, ale mnie to kompletnie nie interesowało. Wypiękniony Herkules, jako heros jest nijaki, momentami wręcz słaby, nie ma w sobie nic z mitologicznego pierwowzoru. Półtorej godziny filmu stanowi prawdziwą męczarnię.


„Franklin Delano Roosevelt amerykański skurczybyk”, to chyba najgorszy, najbardziej debilny film, jaki przyszło mi oglądać. Wszystko tam było straszliwe, scenariusz, zdjęcia, montaż, efekty specjalne i aż dziwne, że w filmie tym można odnaleźć wielu znanych aktorów, którzy starają się wczuwać w odgrywane role, przez co, to wszystko staje się jeszcze bardziej groteskowe. Wilkołaki naziści i spisek na życie amerykańskiego prezydenta, który jest dokładnie taki, jak sugeruje tytuł, Franklin Delano Roosevelt to prawdziwy, amerykański skurczybyk. Wciąż trudno mi jest uwierzyć, że ktoś tracił czas i pieniądze na tworzenie czegoś tak odrażającego. Może w ten sposób, ktoś chciał uprać brudną forsę? Mam apel do producentów tego…”dzieła”, jeśli ponownie zdarzy się, że znów nie będziecie mieli co robić z kasą, skontaktujcie się ze mną.


Ostatni film w tej odsłonie, nie należy do tych, które nie po winny powstać. Wręcz przeciwnie, to film, który musiał powstać, tylko niestety, nie w tej formie. „Obrońcy skarbów” to najlepszy przykład na to, jak można zniszczyć temat, z pozoru nie do zniszczenia. Bo taka jest właśnie historia oddziału zapaleńców, próbujących odnaleźć dzieła sztuki, rabowane przez nazistów przez sześć lat wojny. Niestety, to, co powinno być opowieścią jak z filmu o przygodach Indiana Jonesa, stało się nieciekawym, fabularyzowanym dokumentem. I w niczym nie pomogła, naprawdę świetna obsada aktorska. Film, jest po prostu nudny. George Clooney, Matt Damon, Bill Murray, czy John Goodman, grali tak, jakby odtwarzali swoje dawne role, kompletnie nic nowego do tego filmu nie wnosząc. Do tego jeszcze przesadny patos, film przepełniony jest patriotyczną propagandą. Można byłoby wysnuć wniosek, że tylko Amerykanie są w stanie ocalić dziedzictwo kulturowe Europy, bo tylko oni znają jego wartość. Mogło powstać fascynujące sensacyjno  wojenne kino, zamiast tego mamy straszliwie ciągnący się wykład na temat odzyskiwania dóbr kultury rabowanych przez nazistów. Az żal środków, które pochłonął ten film.




Makiaweliczny Spacey

aruart

Francis Underwood, główny bohater serialu „House of Cards”, genialnie zagrany przez Kevina Spacey”ego, to postać fascynująca, wręcz hipnotyzująca widza i do szpiku kości zła. Underwood, wraz ze wspierającą go żoną (Robin Wright) jest współczesnym spełnieniem idei Machiavellego. Ma jasny cel, którym jest władza i zrobi wszystko, aby go osiągnąć. W filmie jesteśmy świadkami politycznej wojny rozgrywanej przez głównego bohatera, momentami jednak, kiedy Spacey zwraca się bezpośrednio do nas, komentując zza czyiś pleców swoje postępowanie, ze świadka stajemy się jego powiernikami i wówczas już należymy do niego. Przez większość czasu trzymałem kciuki, chcąc aby Underwoodowi się udało, stając się jego cichym wspólnikiem. I nie zrażało mnie, że powoli odkrywane są kolejne fragmenty, jego mrocznej natury. Spacey wykreował „bestię” doskonałą. Drugi sezon „Hause of Cards” to prawdziwy serialowy majstersztyk, jaka szkoda, że to zaledwie 13 odcinków.



Heroiczni Grecy

aruart

W mijającym tygodniu zwabiłem żonkę do kina na film „300: Początek imperium”. Kontynuacje mają to do siebie, że zazwyczaj są niewypałem, ledwie cieniem pierwowzoru. Muszę przyznać, że druga część „300” zrobiła na mnie spore i to pozytywne wrażenie. To przede wszystkim, kawał świetnej rozrywki. Nie wiem, dlaczego, aż tak mnie to bierze, ale po wyjściu z kina czułem, że mógłbym dokonywać heroicznych czynów. Oczywiście oglądając ten film, trzeba pamiętać, że nie ma on nic wspólnego z prawdą historyczną. To tylko taka bajka, bardzo lużno oparta na prawdziwych wydarzeniach. Momentami zresztą wręcz groteskowa, zwłaszcza kiedy pojawia się pseudopatriotyczny patos. Wspaniałe są teksty o wolności i demokracji, prawdziwy demagogiczny majstersztyk, bardziej śmieszą niż denerwują. To chyba najgłupsze przemowy, mające zagrzewać do walki, jakie do tej pory pojawiły się w kinie. No i do tego ci dobrzy i szlachetni, chociaż tak nieliczni stawiają czoła z pozoru silniejszym, choć przepełnionym złem wrogom. Krew rozbryzgująca się po ekranie i wspaniała muzyka, a do tego wspaniała komiksowo – komputerowa konwencja, niezwykle mocno wpływają na wyobraźnię. A końcowe „War Pigs” Black Sabbath w odświeżonej wersji od kilku dni nie potrafi opuścić mojej głowy, czego zresztą wcale nie chcę. No i dodać muszę, że w tym filmie przysłowiowe „cojones” mają nawet kobiety, momentami chyba nawet większe niż faceci.

Jak wyczytałem w necie, komercyjny sukces filmu sprawił, że już zapowiedziana została kontynuacja. Tym razem twórcy filmu mają zamiar skupić się na postaci Kserksesa. Mam nadzieję, że jeśli faktycznie powstanie kolejna odsłona „300”, zaskoczy mnie ona tak jak „Początek imperium”.

Cóż, okazuje się, że czasami potrzebuję właśnie takiej prostej, męskiej rozrywki.



Filmy, które nigdy nie powinny powstać cz. 5

aruart

Wszystkim wiadome jest, że Hollywood to maszyna do zarabiania pieniędzy, więc kiedy uda zrobić się film, który spodoba się publiczności, można być pewnym, że wkrótce pojawią się kontynuacje, sequle, requle i inne „…quele”, o klonach, czyli produkcjach bliźniaczo podobnych nie wspominając. Tak stało się z genialną komedią „Kac w Vegas”. Wkrótce pojawiła się część druga, jeszcze w miarę znośna i w końcu, straszliwa część trzecia. Powtarzanie tych samych schematów i bliźniaczych gagaów, nawet najlepszych, w końcu staje się nieznośne. Oglądając ten film odniosłem wrażenie, że jego twórcom już dawno zabrakło pomysłów i postawili na debilizm im durniej, tym śmieszniej. Niestety, to się nie sprawdza i w ten sposób zarżnęli serię. O klonach (zwłaszcza tym polskim), lepiej nie wspominać.


Ostatnio, miałem bolesne nieszczęście oglądać film „47 roninów”. Wielki budżet (przeszło 200 mln. dolarów), ciekawa historia ze sporym potencjałem, egzotyczna sceneria i wyszedł z tego koszmarek. Trailer zapowiadał ciekawy film, trochę fantasy, sporo akcji, samurajowie, spektakularne walki, a w rzeczywistości potworna nuda. Film trwał dwie godziny, a ja po wyjściu z kina miałem wrażenie, że spędziłem w nim pól dnia. Historia straszliwie rozwleczona, przegadana, przez większą część film kompletnie nic się nie dzieje, a kiedy zaczyna się akcja, trwa dosyć krótko. Spodziewałem się patosu, bo do tego historia o honorze, zdradzie i poświęceniu, doskonale się nadaje, niestety, nie znalazłem nawet i tego. Jedynym pozytywem filmu jest jego strona wizualna. Każda scena jest pod tym względem dopieszczona, niestety, nie rekompensuje to rozczarowania, a przede wszystkim potwornej nudy, na jaką narażony jest widz oglądając opowieść o 47 roninach.


Na koniec zostawiłem sobie chyba jedno z największych rozczarowań zeszłego roku, finałowy sezon serialu „Dexter”. Kiedy, kilka lat temu obejrzałem pierwsze odcinki tego serialu, byłem zachwycony, pomysłem. Psychopatyczny, seryjny morderca, który zabija wyłącznie, innych psychopatycznych, seryjnych morderców. Irracjonalne, ale i kuszące, jakże piękniejszym miejscem mógłby być świat, gdyby udało się stworzyć kogoś, kto pozbędzie się tych, którzy temu światu zagrażają. Dla mnie serial powinien skończyć się na 4 serii. To było idealne zakończenie, pomimo tego, że nic nie wyjaśniało, sprawiało, że opowiedziana w nim historia zapętlała się. Później nastąpił niestety dość słaby sezon 5, po którym były jeszcze nieco już lepsze 6 i 7. I właśnie wówczas, ponownie nadarzyła się okazja do tego, by sensownie zakończyć serial. Niestety, dla twórców filmu, ważniejsze było to, żeby na tej historii jeszcze zarobić. Dzięki temu powstała 8, najgorsza seria opowieści o psychopacie Dexterze. Niestety, przyszło mi się zmierzyć z dwunastoma, straszliwie męczącymi odcinkami. Przecież to już było. Wszystko tu było do znudzenia wtórne. A żeby mnie dobić, scenarzyści serialu wymyślili najdebilniejsze zakończenie, na jakie można było wpaść. Finał „Dextera” był żenujący! To doskonały przykład na to jak zniszczyć całkiem porządne dzieło.



Wyzwolić zło

aruart

Jedną z cech naszego gatunku jest to, że jesteśmy zdolni do największych podłości. Zło tkwi w każdym z nas i wystarczą odpowiednie warunki, jeden impuls, by nami zawładnęło. Ludzie mordują, niszczą innych, oszukują, są w stanie zrobić wszystko, jeśli tylko będą mieć z tego korzyść.

Właśnie obejrzałem ostatni odcinek serialu „Breaking Bad”, którego twórcy zrobili coś na kształt symulacji, przemiany zwykłego, wręcz nudnego faceta w potwora. Wszystko zaczęło się od tego, że główny bohater Walter White, nauczyciel chemii, dowiaduje się, że ma raka z niewielką szansą na przeżycie. By zapewnić byt swojej rodzinie, postanawia, wykorzystać swoją wiedzę i „gotować” metaamfetaminę. Prosty plan okaże się nie tak znowu łatwy w realizacji. By osiągnąć zakładany cel,  Pan White, będzie musiał złamać kolejne ograniczenia prawne, moralne, ludzkie. Wystawiany na kolejne próby i pokusy ulegnie ogromnej przemianie, niszcząc wszystkich i wszystko, co znajdzie się w pobliżu.

„Breaking Bad” to z pewnością jeden z najlepszych seriali, jakie miałem przyjemność oglądać. Świetnie zrealizowany, niesamowicie wciągający. Jego ogromną zaletą jest to, że został bardzo dobrze zagrany. Poszczególne postacie zostały dokładnie i przekonywująco zbudowane. Nie było tam źle dobranych aktorów. Sezon 4 był wręcz genialny. Mój entuzjazm został nieco schłodzony ostatnim sezonem. Na siłę rozciągnięty, momentami wręcz nudny. Gdyby skrócić go o kilka odcinków, całości wyszłoby to na dobre. Na szczęście w połowie serii doszło do przełomu i wówczas oglądało się z zapartym tchem, aż do wielkiego finału, który z pewnością nie rozczarowuje, a co najważniejsze nie pozwala już kontynuować serialu, co mogłoby mu tylko zaszkodzić.

Zło tkwi w każdym z nas i dobrze by było, żeby pozostało  głęboko schowane.



Seriale z Wysp Brytyjskich. Post Scriptum

aruart

W poprzednim wpisie odwołałem się do serialu „Sherlock”, o którym jak się okazuje jeszcze nie pisałem (wspomniałem jedynie przy zeszłorocznych Paździerzach). A jest to, bez wątpienia jeden z najlepszych seriali, jakie w ostatnim czasie widziałem. Świetnie zrealizowany, ale co najważniejsze, ktoś miał niesamowity pomysł na kolejną ekranizację powieści Conan Doyle'a. Hollywood niedawno dokonał kompletnej dekonstrukcji postaci słynnego detektywa, robiąc z niego przemądrzałego superbohatera. Brytyjczycy natomiast, postanowili umiejscowić akcję klasycznych książek w XXI wieku. Benedict Cumberbatch, w roli Sherlocka Holmesa jest doskonały. Egocentryczny, zadufany w sobie, aspołeczny i genialny. Jego kreacja jest wspaniała. Wydawać by się mogło, że wizja Holmesa została już tak mocno zapisana w świadomości, że każda próba pokazania czegoś nowego, będzie trudne do strawienia. Okazało się, że stało się coś przeciwnego. Postać, którą stworzył Cumberbatch kupuję od samego początku i teraz nie ma już dla mnie innego Holmesa. Podobnie zresztą jest z dr Watsonem, w którego wcielił się Martin Freeman (ostatnio Bilbo w „Hobbicie”). Scenarzyści serialu mieli niezwykle trudne zadanie, musieli zmierzyć się z historiami powstałymi przeszło sto lat temu. Efekt ich pracy jest naprawdę bardzo dobry. Siermiężny, wiktoriański klimat pierwowzoru na szczęście został porzucony, a każda kolejna opowieść trwająca około 1,5 godziny,  wciąga tak, że z pewnością żadna minuta nie została zmarnowana. Ten „Sherlock” to opowieść o naszych czasach, o społeczeństwie początku XXI stulecia. Ludzie są tacy sami jak wówczas, kiedy Doyle tworzył swoje opowieści, tło jednak zmieniło się diametralnie. Twórcy „Sherlocka” nie tylko, nie zarżnęli opowieści o Holmesie, oni nadali im nowy sens.



Dwa seriale z Wysp Brytyjskich

aruart

Po rewelacyjnym „Sherlocku” postanowiłem przyjrzeć się innym wyspiarskim produkcją. Kiedy trochę poszperałem okazało się, że twórcy współczesnej wersji opowieści o mistrzu dedukcji, kilka lat wcześniej przenieśli do XXI stulecia, inną dziewiętnastowieczną opowieść, „Dr Jekyll i Mr Hyde”.  Sześć niezwykle wciągających odcinków, które podobnie jak pierwowzór, zajmują się dwoistością ludzkiej natury.  W każdym z nas drzemie szaleniec, który w sprzyjających warunkach, może się przebudzić i nami zawładnąć. To, że w każdym z nas siedzi bestia jest właściwie oczywiste. Nawet najcierpliwszym zdarzają się takie chwile, kiedy puszczają im nerwy i w końcu wybuchają, złość wydobywa najgorsze, często bardzo głęboko skrywane instynkty. Ale czy może nastąpić sytuacja odwrotna? Czy istnieją czynniki (okoliczności, bodźce), które są w stanie sprawić, by potwór zrobił coś dobrego? Między innymi z tym zagadnieniem, spróbowali zmierzyć się twórcy serialu „Jekyll”. Myślę, że warto zobaczyć efekty tego filmowego eksperymentu.


Jeszcze większe wrażenie wywarł na mnie serial „Czarne lustro”. To właściwie mini serial (do tej pory dwie serie, to w sumie 6 filmów), w którym każdy odcinek stanowi osobną opowieść. Twórcy „Czarnego lustra” próbują w krzywym zwierciadle, czasem wyśmiewając, innym razem przerażając, pokazać przynajmniej kilka istotnych problemów współczesności. Chyba najbardziej trwały ślad w mojej pamięć zostawił odcinek piąty, który stawia pytanie na temat sposobu karania, zwłaszcza za najgorsze przestępstwa. No, bo w jaki sposób ukarać mordercę? Kara śmierci – stajemy się tym samym, a kara ta nie jest żadnym zadośćuczynieniem dla ofiar i ich krewnych. Więzienie – nawet dożywocie za odebranie komuś życia, to tylko uniknięcie prawdziwej kary. A może… no właśnie, Charlie Brooker pomysłodawca i scenarzysta serialu, ma swój własny pomysł. Aby móc to ocenić trzeba jednak najpierw ten film obejrzeć.


Nie wiem na czym polega genialność, przynajmniej niektórych seriali z Wielkiej Brytanii. Powstały za znacznie mniejsze pieniądze niż te za oceanem, wizualnie nie są tak dopracowane, akcja znacznie wolniejsza. Jak widać, że najważniejszy jest jednak pomysł. Po pierwsze, trzeba mieć coś do powiedzenia.



© AruArt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci