Menu

AruArt

dziennik niecodzienny

historia

Tajemniczy dysk

aruart

Nie będzie to opowieść o latających spodkach, czy innych niezwykłych wynalazkach. Tym razem słów kilka o jednej z największych zagadek archeologicznych.

W 1908 r. włoski naukowiec, Luigi Perniera prowadzący wykopaliska w Fajstos na Krecie, odnalazł tajemniczy, gliniany dysk, z dwóch stron pokryty tajemniczymi symbolami. Datowany jest na około 1650 – 1600 r. p. n. e., czyli miałby powstać w szczytowym okresie rozwoju kultury minojskiej. Ten niewielki przedmiot (18 cm średnicy) od przeszło 100 lat wzbudza emocje naukowców i amatorów, którzy pragną go odszyfrować. Ludzie ci, poświęcają swój bezcenny czas oraz umiejętności w jednym celu, odczytać tajemnicze znaki. A efekty ich ciężkiej pracy, są wręcz rewelacyjne.

Jednego z najbardziej fantastycznych tłumaczeń dokonał norweski językoznawca Kjell Aartun, który po sześciu latach gruntownych badań, doszedł do wniosków, że jest to opis starożytnego obrzędu seksualnego. Poza tym uważa on, że Minojczycy posługiwali się językiem semickim. Jego zdaniem zaginionym semickim plemieniem byli także mieszkańcy starożytnej Skandynawii.

Dla mnie najciekawszą interpretacją dysku była ta, stworzona przez  Derka Ohlerotha, któremu badanie tajemniczej inskrypcji zajęło 16 lat. W końcu doszedł do wniosku, że napis ten brzmi następująco: „W kręgu wokół dymu ofiarnego uderz w ziemię i zarżyj nagle jak para koni: Aio ae! hyauax!".

Wśród licznych prób odczytania dysku z Fajstos znalazłem, taż wersję ezoteryczną, według której opisuje on zasady działania naszego świata i sił nim rządzących.

Niestety, coraz częściej pojawiają się głosy, że tajemniczy dysk, odkryty przeszło 100 lat temu w Fajstos jest fałszerstwem. Miał go stworzyć sam odkrywca Pernier, który pozazdrościł ogromnego sukcesu Arturowi Evansowi, odkrywcy pałacu w Knossos. Więcej o tym tutaj.

 Nawet jeśli jest to fałszerstwo, to chciałbym, żeby nigdy nikomu nie udało się tego dowieść, aby kolejne pokolenia interpretatorów mogły wykazywać się swoją kreatywnością w odczytywaniu odciśniętych w glinianym dysku tajemniczych znaków.  

 


Naród w rękach fanatyków

aruart

W styczniu 1979 roku terytorium Iranu opuszcza ostatni szach Mohammat Reza Pahlawi, niecałe cztery miesiące później, 1 kwietnia proklamowana została Islamska Republika Iranu. Miliony Irańczyków odetchnęło, znienawidzony autokrata został wygnany z kraju. Skończyła się upokarzająca zależność Iranu od Stanów Zjednoczonych, a rozpoczęła się realizacja ideałów rewolucji islamskiej. Nowe władze obiecywały kres rządów bogatych, a państwo miało przynieść sprawiedliwość wszystkim mieszkańcom kraju. Szybko jednak okazało się, że przywódcy rewolucji niewiele różnią się od despoty szacha. Monarchię zastąpiła teokracja, zamiast autokraty Pahlawiego pełnię władzy przejął „Najwyższy Przywódca” ajatollach Homeini. Starą arystokrację zastąpiła nowa, duchowni, tak samo spragnieni bogactwa, jak ich świeccy poprzednicy. Co z tego, że przestała istnieć tajna policja SAVAK, która w okresie monarchii była odpowiedzialna za śmierć tysięcy ludzi, skoro na jej miejsce pojawiła się Gwardia Rewolucyjna. Teraz ścigano nie tylko, tych, którzy odważyliby się krytykować władzę. Państwo wspierane przez religię, zaczęło kontrolować wszystkie sfery życia jego mieszkańców. Władza nie tylko nakazuje co należy mówić i myśleć, to ona wyznacza jak trzeba się ubierać, zachowywać, rości sobie pretensje do kontroli życia swoich podwładnych. Ci, którzy nie chcą się podporządkować, trafiają do jednych z najgorszych więzień na świecie, albo też znikają, a po pewnym czasie znajdywane są ich zmasakrowane ciała. Zastraszeni Irańczycy żyją w dziwacznej schizofrenii, z jednej strony starają się zachować pozory, podporządkować nakazom religijno – państwowym, z drugiej żyć normalnie, w zaciszu własnego domu. Marzą o wolności, lecz boją się podjąć walkę pozbawieni nadziei na zwycięstwo. Każdy zdaje sobie sprawę jak kończą ci, którzy się nie podporządkowali. W państwie, które posiada przeszło dwu i pół tysięczną historię, religijni fanatycy niemal całkowicie zniszczyli dziedzictwo jednej z najbogatszych cywilizacji. Państwo religijne to prawdziwe piekło. I wcale nie musi to być „Republika Islamska”. Niewiele różniłoby się nasze życie, gdyby to w naszym dziwacznym kraju, do władzy doszli chrześcijańscy fanatycy. Muszę przyznać, że myśl tak mnie przeraża. Religia być może pomaga ludziom żyć, lecz fanatyzm religijny to życie niszczy.

Tym wszystkim, którzy chcieliby się dowiedzieć czegoś więcej o współczesnym Iranie , polecam dwie książki. Pierwsza z nich to „Czwarty pożar Teheranu” polskiego reportera Marka Kęskrawca, druga to „Różowy to kolor Persji. Sen o islamskiej demokracji” napisała włoska dziennikarka Vanna Vannuccini. To nie tylko opowieści o jednym z najważniejszych państw Bliskiego Wschodu, ale również przestroga, przed władzą fanatyków.

Dzisiaj narysujemy śmierć

aruart

W każdym z nas jest uśpiony potwór. To ciemna strona ludzkiej duszy. Jest przyczajona, zahibernowana na samym jej dnie. Jest bardzo dobrze zakamuflowana, tak, że większość z nas nawet nie zdaje sobie sprawy z jej istnienia. Większość z nas z pewnością odrzuca istnienie mrocznej połowy. Czasem jednak wystarczy impuls iskra, która rozbudzi drzemiące w nas zło. Zło które będzie głodne, którego nie będziemy w stanie nasycić. I wówczas z pozoru spokojni ludzie, będą w stanie dopuścić się najokrutniejszych zbrodni. Pełni nienawiści, frustracji, i żądzy krwi. Do takich wydarzeń doszło w Rwandzie w 1994 r., kiedy w ciągu zaledwie stu dni w okrutny sposób wymordowano około miliona osób. Przez setki lat plemiona Hutu i Tutsi żyły wspólnie w jednym kraju. Tutsi tworzyli arystokrację Hutu siłę roboczą. Kiedy na kraj napadał wróg z zewnątrz wszyscy wspólnie stawali do walki. A później zjawili się biali, którzy powiedzieli im, że taki porządek jest niesprawiedliwy. By łatwiej rządziło im się tym krajem, jedno plemię nastawiali przeciwko drugiemu. A kiedy biali odeszli nienawiść narastała. Aż przyszedł 4 kwietnia 1994 roku i ktoś rzucił hasło: „wymordować karaluchy Tutsi”. W ruch poszły przygotowane wcześniej maczety, to one staną się głównym narzędziem zbrodni. Ludzie będą w okrutny sposób katowani przez swoich sąsiadów, z którymi do tej pory spotykali się każdego dnia, których znali od dzieciństwa. Potworności, których się dopuszczano przekraczają granice pojmowania. A świat? Biernie się temu przyglądał. Dla przebywających tam białych misjonarzy ważniejsze było ratowania najświętszego sakramentu, niż ludzkiego życia. Jeśli ktoś ma siłę by zmierzyć się z tym co stało się Rwandzie, niech sięgnie po książkę Wojciecha Tochmana „Dzisiaj namalujemy śmierć”. Książka przerażająca, straszna, ale niezwykle ważna. Nie wolno nam zapomnieć o tej zbrodni. Tak łatwo wyrzucamy z naszej pamięci to co dla nas jest niewygodne, tak bardzo chcemy zapomnieć o mrocznej części naszej duszy:

W Berlinie – pomnik ofiar holokaustu. Leonard chce być chwile przed nimi. Monument stoi nieopodal Bramy Brandenburskiej, na linii dawnego muru, tuz obok amerykańskiej ambasady. Składa się z wielu prostopadłościanów ustawionych pionowo i poziomo. To labirynt zbudowany z pustych mogił. Cmentarz.

- Co oni robią? - Leonardowi aż okrągleją oczy ze zdziwienia. Bo ludzie, na których teraz patrzymy, kładą się na symbolicznych grobach ludzi zagazowanych i spalonych w krematoriach. I leżąc na ich sarkofagach, z radością zażywają pierwszego wiosennego słońca. Skaczą po nich, tańczą, śmieją się. I robią sobie zdjęcia, na pamiątkę. Europejczycy.”

Nie możemy zapomnieć o tej zbrodni, podobnie jak o Bośni, Czeczenii, Kambodży i Darfurze. To ludzie, tacy jak my dopuścili się tych bestialstw. Tylko świadomość istniejącego w nas zła, może nas przed nim ochronić.


Dzieje Polski wg Bagińskiego

aruart

Czy można przedstawić dzieje Polski w zaledwie 8 minut? Właściwie nie, przecież to przeszło 1000 lat. Milenium, które z pewności nie należało do nudnych. Jak w tym ogromie wydarzeń wybrać te najważniejsze? Tak trudnego zadania podjął się Tomasz Bagiński, przygotowując film animowany na zeszłoroczne Expo. Czy mu się udało? Chyba nie do końca. Najlepiej wypadła sama animacja, pod względem warsztatu trudno się Bagińskiego czepiać. Pojawia się tutaj kilka świetnych pomysłów, samo przenikanie się poszczególnych wydarzeń jest fantastyczne. A moment rozbiorów – rewelacja. Za to wizja współczesności z drapaczami chmur i gwiazdami Unii na niebie, trochę to kiczowate. Można czepiać się również pewnych detali, jak wygląd, czy uzbrojenie występujących tam postaci, ale tego nie zrobię, pozostawię to innym marudą. No, ale przecież przeciętny Chińczyk raczej nie orientuje się w tym jakie spodnie nosił Chrobry. Zresztą, myślę, że także większość mieszkańców kraju nad Wisłą, nie zwróciłoby na to uwagi. Najsłabszą stroną filmu jest to, że dla kogoś kto nie ma żadnego pojęcia o historii Polski, będzie on najprawdopodobniej kompletnie niezrozumiały. A przecież właśnie dla takich widzów powstał. Niezwykle szybko przenikają kolejne wydarzenia, chociaż dzięki temu, nie ma tu miejsca na nudę i dobrze się go ogląda. Kto wie, czy ktoś spośród odwiedzających polski pawilon na Expo, dzięki temu krótkiemu klipowi zainteresował się naszym dziwacznym kraikiem. Jeśli tak, to film Bagińskiego, pomimo kilku drobnych niedociągnięć spełnił swoje zadanie. A może zdarzy się, że po jego obejrzeniu niejeden polski smarkacz stwierdzi, że dzieje jego kraju są fascynuje, a w jego umyśle powstanie wyrwa, którą będzie musiał wypełnić wiedzą na temat przeszłości swoich przodków. Marzenia? Może jestem optymistą i popieram wszystkie podobne działania. Znam co najmniej kilka osób, które dzięki płycie Lao Che, zaczęły szukać informacji na temat powstania warszawskiego. Więc tym bardziej cieszy mnie film Bagińskiego. I oby jak najwięcej pojawiało się podobnych inicjatyw. Zapraszam na dzieje Polski wg Bagińskiego:


Ikar na na zboczu góry

aruart

Jednym z najbardziej widocznych śladów zagłębia wapienniczego w powiecie krapkowickim są liczne wapienniki. Kiedyś służyły do wypalania wapna, dziś porzucone, zaadaptowane przez przyrodę, stały się istotną częścią krajobrazu.


Wapiennik pod Górażdżami powoli zawłaszczany przez przyrodę

Jednym z najciekawszych jest bez wątpienia „Ikar” znajdujący się na zboczu Góry Św. Anny, tuż za Ligotą Dolną (droga Gogolin – Strzelce Opolskie). Swoją nazwę zawdzięcza on umieszczonej na nim podobiźnie Ikara z rozpostartymi skrzydłami.

 

W 1938 r. nieużywany wapiennik przebudowano na pomnik poświęcony niemieckim pilotom, a sam „Ikar” to symbol nazistowskiej organizacji lotniczej NSFK. Zbocze góry od lat 20 – tych, XX wieku, służyło jako lotnisko szybowcowe, a podczas II wojny światowej przekształcone zostało na lotnisko wojskowe. Po wojnie w Ligocie mieściła się Cywilna Szkoła Pilotów i Mechaników, a po przeniesieniu jej do Wrocławia, lotnisko ponownie służyło szybowcom. Ostatecznie zlikwidowano je w 1961 r., dziś znajdują się tam pola uprawne. Szkoda, przyjemnie byłoby popatrzeć jak białe szybowce o długich skrzydłach wzbijają się w niebo. A później śledzić ich powolny lot, a może nawet spróbować tego samemu...

Wracając jednak do „Ikara”, który okaleczony spogląda ze ściany wapiennika. Ktoś, kto wybrał tego bohatera greckich mitów na symbol NSFK był prawdziwym prorokiem. Piloci wyszkoleni przez tę organizację wzlecieli bardzo wysoko, by później spadając unicestwić wszystko, co organizacja ta reprezentowała.

Grunwald 1410 - 2010

aruart

Dokładnie 600 lat temu pomiędzy wsiami Łodwigowo, Stębark i Grunwald, rozegrała się jedna z największych, a dla nas również najważniejszych, bitew średniowiecza. Przeciwko wojskom Zakonu Krzyżackiego stanęły zjednoczone armię Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Nasz cel to pobicie krzyżaków w polu, zdobycie Malborka i przyłączenie Pomorza Gdańskiego do Polski. Pierwsza część planu została zrealizowana perfekcyjnie. W bitwie pod Grunwaldem zginął nie tylko wielki mistrz zakonu, ale również kwiat zakonnego rycerstwa. Malbork okazał się jednak dla nas twierdzą nie do zdobycia. Pomorze jeszcze przez na ponad 50 lat zostało w krzyżackich rękach, ale potęga zakonu została złamana. Grunwaldzka victoria, została należycie wykorzystana przez Jagiełłę, który rozesłał po dworach europejskich swoich heroldów, by ogłosić swoje zwycięstwo. Od tego momentu, prowincjonalne państewko polskie wraz z sojuszniczą Litwą, zacznie powoli wyrastać na lokalne mocarstwo, którym pozostanie do początków XVIII stulecia.


Niestety, my dziś nie potrafimy iść w ślady Jagiełły i wykorzystać zwycięstwa sprzed 600 lat. Okrągła rocznica bitwy grunwaldzkiej była doskonałą okazją do promocji naszej historii, a przy okazji również naszego kraju, na świecie. Przecież nasz wizerunek na zewnątrz nie jest zbyt pozytywny, więc należ wykorzystywać każdą nadarzającą okazję do tego, by go zmienić. No cóż, niestety nie powstał żaden film o tej bitwie, nawet przyzwoitego dokumentu o wojnach polsko – krzyżackich się nie doczekaliśmy. A gdzie jakaś gra komputerowa? No tak, coś tam się tworzy, szkoda tylko, że robią to Rosjanie. Zajęci umartwianiem się, nad wydarzeniami tragicznymi, nie potrafimy wykorzystywać tych pozytywnych momentów z naszej przeszłości. Dlatego też, to Czesi stworzyli film o swoich pilotach walczących w Bitwie o Anglię, czy też o czechosłowackim batalionie wchodzącym w skład obrońców Tobruku.

Oczywiście jest kilka uroczystości państwowych, wystawy, odczyty. Jest również inscenizacja na polach Grunwaldu. Szkoda tylko, że poza Polską mało kto o tym wie. Powinno się zorganizować największe widowisko historyczne w Europie, na które ściągnęliby widzowie z całego świata. Niestety, okazja została zaprzepaszczona

Piwo, dar bogów!

aruart

Pewnego razu Ozyrys, bóg zaświatów i rolnictwa przygotował sobie polewkę z wody i kiełkującego ziarna. Niestety coś oderwało go od tej czynności i pozostawił naczynie z woda i ziarnem na słońcu. Kiedy przypomniał sobie o porzuconej, pożywnej potrawie, okazało się, że zawartość naczynia sfermentowała. Ciekawy bóg zdecydował się spróbować dziwnej polewki. Efekt był cudowny, polewka zmieniła się w przepyszny napój. Uradowany bóg, postanowił podzielić się tym przypadkowym, lecz niezwykłym odkryciem z ludźmi.

W ten sposób, według egipskiego mitu, ludzie zostali obdarzeni tak zacnym trunkiem, jak piwo. Mit ten zawiera cząstkę prawdy. Piwo musiało narodzić się w dość podobny sposób, no może z pominięciem boskiego pośrednictwa. Kiedy na Bliskim Wschodzie powstawała cywilizacja, pomiędzy rzekami Eufratem a Tygrysem gdzie narodziło się rolnictwo, przypadkowo odkryto piwo. Zebrane zborze gromadzone było w smołowanych koszach i z pewnością niejednokrotnie zdarzyć się musiało, że w wyniku nieszczelności dachu pomieszczenia, w którym owe kosze były przechowywane, podczas deszczu ziarno namokło i zaczęło kiełkować. Jeśli później przyszły upalne dni, a w tamtym regionie świata nie jest to rzecz niezwykła, ziarno zaczynało fermentować i po kilku dniach powstawał dość niezwykły napój, tym bardziej atrakcyjny, że jego jedyną konkurencją była woda. O tym jak ważny dla starożytnych Sumerów stał się tak wynaleziony napój świadczyć może to, że osoby zatrudnione na dworach królów sumeryjskich, od wysokich urzędników, po zwykłego ogrodnika, jako zapłatę za swoją pracę otrzymywali zborze i piwo. W najstarszym utworze literackim „Eposie o Gilgameszu” umiejętność wyrobu piwa jest wyznacznikiem cywilizacji. Dla Egipcjan napój ten był na tyle ważny, że dzbany z piwem były wkładane do grobowców. W grobowcu Tutenchamona odnaleziono komplet narzędzi do warzenia piwa. Tak jak my dziś pozdrawiamy się życząc sobie dobrego dnia, Egipcjanie pozdrawiali się słowami „chleba i piwa”. Piwo, zwłaszcza kiedy zaczęto udoskonalać sposoby jego wytwarzania, wpłynęło bardzo pozytywnie na na zdrowie ludzi, woda mogła być zatruta, ważone piwo było jak najbardziej zdrowym napojem. Stanowiło bezcenne źródło witamin z grupy B. No i najważniejsze, wprowadzało w łagodny, piwny stan. Skłaniało do dyskusji. Przy piwie, tak jak i dziś można było przyjemnie spędzać czas. W Mezopotamii istniał nawet zwyczaj spożywania piwa ze wspólnego dzbana.

I szkoda tylko, że jakość współczesnego piwa, przynajmniej w Polsce jest coraz gorsza. Nie taki napój dostaliśmy od Ozyrysa.


Czarna Wołga i inne opowieści

aruart

W grotowickim lesie (las w pobliżu dzielnicy Opole – Grotowice), znajduje się tajemnicza mogiła. Czas zatarł napis wyryty na kamieniu, można się jednak domyśleć, że wypisano tam czyjeś imię i nazwisko. Za to dobrze widoczna jest data 1881 – 1904. Przez lata palono tam znicze, co jakiś czas ktoś kład przy kamieniu kwiaty. Kiedyś nawet znalazłem tam wyrzeźbione z brzozy „świeczki”. Kiedy się tam ostatnio wybrałem, inskrypcja na kamieniu została odnowiona, a w pobliżu ustawiono tablicę, na której napis w języku polskim, angielskim i niemieckim głosi:

„ Pomnik upamiętniający wybitnego leśnika niemieckiego Hugo von Ehrensteina, nadleśniczego pruskich lasów państwowych. Hugo von Ehrensteina w latach 1881 – 1904 pełnił obowiązki nadleśniczego Nadleśnictwa Grudzice (obecnie Nadleśnictwo Opole). (...)

Czas zatarł nie tylko napis na kamieniu, ale również w ludzkiej pamięci. Powszechnie błędnie uważano, iż głaz postawiono w miejscu tragicznej śmierci leśnika, który zginął z ręki kłusownika. (...)”

Przekonanie, że miejsce to związane jest z odległą tragedią było niezwykle silne. Ja sam taką informację otrzymałem od leśnika, który tam pracował. Jak się okazuje, pamięć ludzka jest bardzo zawodna, ale za to wyobraźnia niczym nie ograniczona. Skoro nikt nie pamiętał, dlaczego w środku lasu postawiono wspominany głaz, ktoś na podstawie tajemniczych dat stworzył własną wersję, o podstępnie zamordowanym, młodym leśniczym, która została przyjęta jako oficjalna. Powstawanie tego typu legend uzupełniających pewne braki w ludzkiej wiedzy jest dość ciekawe. Skąd się biorą, kto jest ich autorem? Zazwyczaj nie jesteśmy w stanie tego stwierdzić. Chyba najciekawszym rodzajem tego typu legend, są tak zwane legendy miejskie. Najsłynniejszą polską legendą tego typu, były krążące w czasach PRL opowieści o czarnych wołgach, jeżdżących po ulicach polskich miast i porywających ludzi. Co ciekawe, ta legenda żyje do dzisiaj, tylko, że wołga zamieniła się w BMW z zaciemnionymi szybami. Wspólnym mianownikiem tego typu opowieści, jest ich anonimowość, są zazwyczaj dość prawdopodobne i dotyczą ważnych spraw w życiu człowieka i mają sensacyjny wydźwięk. Dzięki internetowi i telefonom komórkowym, miejskie legendy dosyć szybko się rozpowszechniają i często trudno jest sprawdzić ich autentyczność. Zjawisko legend miejskich jest szczególnie rozpowszechnione w Stanach i na Wyspach Brytyjskich. U nas jest ich znacznie mniej, chociaż być może lokalnie pojawia się częściej. Jak słynna opowieść z Opola, kiedy to rzekomo w jednym z centrów handlowych nieznani mężczyźni porwali dziewczynkę i dla niepoznaki ogolili ją na łyso oraz przebrali w jakieś łachmany, żeby łatwiej ją wyprowadzić ze sklepu. Kierownictwo, poinformowane przez przerażonych rodziców, nakazało zamknięcie centrum i poszukiwania dziewczynki. Jak się okazało, sytuacja, w której zarządzający sklepem zdecydowało się zamknąć kilkaset osób, nigdy nie miała miejsca. Kto wie, lokalnie podobnych opowieści może pojawiać się znacznie więcej.

Kilka ciekawych legend:

  1. Amerykańskie małżeństwo w piwnicy niedawno kupionego domu, znajduje kilka beczek z winem. Uradowani z niezwykłego spadku po poprzednich właścicielach, zaczynają kosztować zawartość jednej z beczek. Dosyć szybko beczka została opróżniona, choć jej ciężar nadal pozostawał znaczny. Po rozpiłowaniu beczki, która miała posłużyć jako doniczka na kwiaty okazało się, że znajdują się w niej zwłoki mężczyzny. - jest to jedna z najstarszych legend miejskich, funkcjonujących w Stanach w przeróżnych konfiguracjach.

  2. Panna młoda postanawia udać się na solarium by nieco się opalić przed planowanym ślubem. Niezadowolona z efektu, naświetla się kilkakrotnie. Wkrótce po powrocie do domu umiera. Sekcja zwłok wykazuje, że jej wnętrzności w wyniku kolejnych prób opalenia się po prostu się ugotowały, a skórę przed spaleniem ochroniła ogromna ilość kremów do opalania.

  3. Po atakach z 11 września coraz częściej zaczęły pojawiać się opowieści o skruszonych terrorystach, którzy ostrzegają przed kolejnymi zamachami. Jedną z popularniejszych była opowieść o Afgańczyku, narzeczonym pewnej Amerykanki, który ostrzegł ukochaną, by pod żadnym pozorem 11 września nie korzystała z transportu lotniczego, oraz zrezygnował z wszelkich zakupów w centrach handlowych w dniu 31 października. Opowieść ta pojawiła się niedługo po atakach na WTC i wywołała w końcu października 2001 r, prawdziwą panikę.

  4. Znacznie więcej podobnych opowieści, często przynajmniej z pozoru bardzo prawdziwych znaleźć można na stronce.

I można wierzyć bądź nie w krokodyle żyjące w kanałach Nowego Jorku, które wyrosły ze spuszczanych w toalecie, przez hodowców – amatorów, małych gadów, ale ja na własne oczy widziałem żółwia pływającego w dawnej fosie, na wrocławskim Podwalu.

Czarna Wołga

 

Norton I Cesarz Stanów Zjednoczonych i Protektor Meksyku.

aruart

Chociaż w swojej historii Stany Zjednoczone nigdy nie były monarchią, miały jednak swojego cesarza, Nortona I.

Właściwie nazywał się Joshua Abraham Norton (1819 – 1880). W 1859 roku ogłosił się „Cesarzem Stanów Zjednoczonych i Protektorem Meksyku”. Jego „ekscentryzm” był powszechnie tolerowany i z czasem stał się prawdziwą atrakcją San Francisco. Władze miasta ufundowały mu galowy mundur, w którym Norton I pokazywał się na ulicach, pomimo braku pieniędzy stołował się w najlepszych restauracjach w mieście, które umieszczały specjalne tabliczki z informacją, że u nich jada amerykański cesarz. Jak głosi legenda, podczas zamieszek pomiędzy białą ludnością miasta a chińskimi robotnikami, stanął w obronie Chińczyków, nie dopuszczając do linczu. Norton I wydawał własne pieniądze, które traktowane były w mieście jako lokalna waluta. Co jakiś czas, w lokalnej prasie, pojawiały się również cesarskie dekrety. Część z nich uważa się jednak za oszustwo wydawców, którzy w ten sposób chcieli zwiększyć sprzedaż swoich gazet. Cesarzowi towarzyszyły zazwyczaj dwa psy, Bummer i Łazarz, które on uważał za swoich najwierniejszych poddanych. Z jego postacią związane były liczne plotki. Jedna z nich mówiła, że jest on synem cesarza Ludwika Napoleona, inna sugerowała, że zamierza poślubić królową Wiktorię, z którą prowadził korespondencje. Pojawiały się również insynuacje, że posiada on wielką fortunę, a jego ekscentryczny sposób życia wywołany jest wynikiem skąpstwa. O wielkiej sympatii mieszkańców San Francisco, niech świadczy fakt, że na pogrzebie Nortona I, który odbył się 10 I 1880 r., zjawiło się około 30 tys. osób. W setną rocznicę śmierci cesarza, odbyły się w mieście liczne uroczystości, poświęcone jego postaci.

dziesięcio dolarowy banknot Nortona I


*

A gdybym tak ogłosił się królem, naszego pięknego kraju. Albo jeszcze lepiej, Cesarzem Europy. Nasz kontynent nareszcie miałby swojego władcę, który rozprawiłby się z wciąż rosnącą machiną biurokratyczną rezydującą w Brukseli. Artur I, cesarz który przywrócił Europie dumę, monarcha który zapoczątkował „Złotą Erę” w dziejach naszego zmęczonego kontynentu. Ale z drugiej strony, musiałbym udźwignąć niesamowity ciężar obowiązków. Ani chwili spokoju, praca od wschodu do zachodu słońca i nigdzie nie mógłbym być osobą prywatną. Każdy mój krok bacznie śledzony byłby przez rzeszę dziennikarzy. Życie na świeczniku, to jednak nie dla mnie. Wolę zrzec się korony, abdykować, zanim zostałem pomazańcem i żyć skromnie, lecz szczęśliwie. A kiedy ludzkość stanie na przepaści, bliska zagłady, wówczas nie będę unikał swych monarszych obowiązków i stanę jako jej przewodnik, ratując ją przed zniszczeniem.      ;-)

 

© AruArt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci