Menu

AruArt

dziennik niecodzienny

książka

Człowiek, który kochał naturę

aruart

Dziś, niemal każdy wie, kim byli Kopernik, Linneusz, Newton, Darwin czy Einstein. Ich ogromny wkład w naukę, jest niepodważalny. Są jednak naukowcy równie wybitni i zasłużeni, którzy w raz z upływem czasu, zostali kompletnie zapomnienia. Przykładem takiej postaci jest Alexander von Humboldt, człowiek, którego nazwiskiem nazywano rzeki, rośliny, zwierzęta, czy też peruwiański prąd oceaniczny. Urodzony w Prusach, Humboldt (1769 – 1859), świetnie wykształcony, od najmłodszych lat marzył o podróżach, chcąc wyrwać się z dość zaściankowego, niemieckiego państewka. Swoje marzenia zrealizował podczas wyprawy do Ameryki Południowej. Obserwując bujną przyrodę tego kontynentu, dostrzegł, że natura stanowi doskonałą całość, w której każdy organizm odgrywa istotną rolę. Jako jeden z pierwszych zwrócił także uwagę na skutki, jakie niesie dla przyrody, zbyt ekspansywna działalność człowieka. Uważał, że przyrodę można poznać przede wszystkim poprzez jej bezpośrednie doświadczenie. Zajmował się m.in. botaniką, geologią, astronomią, zoologią, klimatologią, czy geografią roślin.  Był uznawany za jeden z najważniejszych umysłów swoich czasów. Miał ogromny wpływ na kolejne pokolenia naukowców, z Darwinem na czele. Niestety, w XX wieku został niemal całkowicie zapomniany. Próbą oddania hołdu, temu wybitnemu człowiekowi, jest jego biografia autorstwa Andrei Wulf „Człowiek, który zrozumiał naturę”. Autorka w fascynujący sposób, opowiada o życiu, a przede wszystkim pracy Humboldta. Rysuje nam portret człowieka, bezgranicznie oddanego swojej pasji, czyli nauce, ekscentryka, dla którego najważniejsze było upowszechnienie wiedzy, na temat świata natury. W ostatnim rozdziale zaś, pokazuje, jaki ogromny wpływ, miał on na rozwój nauki, przytaczając wielkich naukowców, których Humboldt zainspirował.


Biografia ta posiada to, czego zabrakło w filmie poświęconym, Marii Skłodowskiej – Curie, w którym stworzono obraz biednej kobiety, zależnej od mężczyzn, niemal całkowicie pomijając jej ogromne oddanie i poświęcenie nauce. Pomimo świetnej Gruszki w roli Skłodowskiej, powstał film straszliwie męczący,  chociaż życie naszej noblistki, to gotowy scenariusz, porywającego serialu. Może kiedyś HBO odważy się skorzystać z tej okazji.

Lusitania

aruart

Lusitania wypływa w swój ostatni rejs

Prawie 102 lata temu, u wybrzeży Irlandii zatonął potężny transatlantyk „Lusitania”. Przyczyną tragedii, było trafienie torpedą, wystrzelona przez niemieckiego U-boota. W ciągu 18 minut ogromny okręt (wyporność 44000 ton), poszedł na dno wraz z 1193 pasażerami. Specjalistom trudno jest uwierzyć, że mogła do tego doprowadzić zaledwie jedna torpeda. Teorii próbujących to wytłumaczyć jest kilka. Jeszcze dziwniejsze jest to, że ten luksusowy transatlantyk, duma brytyjskiej marynarki, pozostawiono zupełnie bez ochrony na akwenie, na którym grasowały u-booty. Kiedy dokładnie przyjrzy się okolicznościom, pozostaje nieodparte wrażenie, jakby komuś (Brytyjczykom), zależało, aby doszło do zatopienia „Lusitanii”, na której pływali obywatele amerykańscy. Ich śmierć mogła wciągnąć Stany Zjednoczone do wojny. I w efekcie, katastrofa z maja 1915 r. była pierwszym, poważnym krokiem w tym kierunku.

Zatonięcie „Lusitanii” (źródło: Wikipedia)

Właśnie tej katastrofie została poświęcona książka Erika Larsona, „Tragedia Lusistanii”. Larsonowi udała się rzecz niezwykła, bo pomimo tego, że od samego początku zdajemy sobie sprawę, z tego co nastąpi, zafascynowani czytamy historię ostatniego rejsu „Lusitanii”. Kilkakrotnie złapałem się na tym, że mam nadzieję, iż okręt jednak dopłynie do celu. Autor próbuje, na podstawie wspomnień pasażerów, raportów i wyników śledztwa, oddać atmosferę panującą na pokładzie. Myślę, że wielką zaletą jest właśnie pokazanie ducha tamtej epoki. Książka właściwie składa się z trzech części. W pierwszej mamy opis rejsu „Lusitanii” z Ameryki do Wielkiej Brytanii, oraz patrolu niemieckiej łodzi podwodnej U – 20. W drugiej autor przedstawia moment zatopienia potężnego okrętu, oraz próby ratowania pasażerów. W trzeciej zaś konsekwencje, czyli śledztwo, które miało na celu obciążenie winą za to co się stało, kapitana okrętu, oraz losy części pasażerów, którym udało się przeżyć (było ich przeszło 700). Książkę Larsona polecam każdemu, kto chciałby się dowiedzieć o tym, co działo się wiek temu. To nie tylko opowieść o wojnie, to przede wszystkim historia ludzi, z wielką historią w tle, a przy okazji można dowiedzieć się o kulisach funkcjonowania ówczesnego wywiadu, czy amerykańskiej administracji.. „Tragedia Lusitanii”, to książka, która zadowoli nie tylko miłośników historii, ale każdego, kto szuka w książkach czegoś więcej niż prosta rozrywka.


Król

aruart



Spore wrażenie wywarła na mnie ostatnia książka Szczepana Twardocha „Król”. Podobnie zresztą było z poprzednimi. W „Królu”, Twardoch w niesamowicie plastyczny sposób, rekonstruuje warszawski półświatek końca lat 30-tych XX wieku. Czytając tę książkę, dosłownie czujemy biedę żydowskiej części stolicy. A kiedy śledzimy warszawskie zamieszki, mamy wrażenie, że obok nas przelatują kostki brukowe. Postacie zostały tak doskonale naszkicowane, że mamy wrażenie, jakbyśmy siedzieli w ich głowach. Świat opisywany przez Twardocha jest brudny, odstręczający, straszliwie brutalny, ale wszystko to zostało tak napisane, że nie można oderwać się od lektury. Nie ma tutaj pozytywnych postaci, a i tak czujemy sporo sympatii do głównych bohaterów. Kolejną ogromną zaletą książki jest tło polityczne. Twardoch doskonale oddał atmosferę tamtych lat. A co najbardziej przerażające, chwilami miałem wrażenie, że znam opisywane tam zdarzenia (i nie chodzi o historię).

Można pisać masowo jak Remigiusz Mróz, dostarczając niezbyt skomplikowanej rozrywki, ale można też tworzyć literaturę, jak Szczepan Twardoch, książki, które są nie tylko czystą fabułą, ale osadzone są w czymś znacznie głębszym i znacznie głębiej docierające.

Kolejna śmierć w mieście Breslau

aruart

Marek Krajewski wielokrotnie zarzekał się, że nie powróci do cyklu kryminałów o Eberhardzie Mocku. Po „Dżumie w Breslau”, przeniósł miejsce akcji swoich książek do przedwojennego Lwowa, tworząc bohatera, który był nieudanym klonem Mocka (Edward Popielskie). Na dodatek, w kolejnych książkach zagłębiał się w przeróżne teorie matematyczno – filozoficzne, które niepotrzebnie gmatwały tylko ich fabułę. Przed rokiem,  „Areną szczurów”, Krajewski zamknął cykl o Popielskim. Tak na marginesie, to chyba, najbardziej udana książka w serii. Zastanawiało mnie, czym takim teraz zajmie się pisarz. I kilka dni temu, ku mojej wielkiej radości znalazłem najnowsze dzieło Marka Krajewskiego, zatytułowane „Mock”. Tak, Krajewski powrócił i to w naprawdę świetnej formie.

„Mock” to prequel dotychczasowych powieści z cyklu. Młody Ebehard Mock, niedoszły nauczyciel języków klasycznych, szeregowy funkcjonariusz wydziału obyczajowego, wrocławskiej policji, ryzykując utratą pracy, ale także własnym życiem, robi wszystko, aby zasłużyć na przejście do policyjnej elity. Może to osiągnąć, rozwiązując zagadkowe morderstwo, czterech nastolatków dokonane Hali Stulecia, na kilka tygodni przed jej inauguracyjnym otwarciem. Hala Stulecia, jedno z najwspanialszych i najbardziej charakterystycznych miejsc Wrocławia, staje się niemal autonomicznym bohaterem powieści. Czytając „Mocka” poczułem się tak, jak wtedy, kiedy pierwszy raz, czytając „Śmieć w Breslau”, zagłębiałem się w zakazane uliczki przedwojennego Wrocławia. Każda strona pokazuje jak dobrze Krajewski zna, a przede wszystkim, jak doskonale czuje, to niezwykłe miasto. Tego właśnie brakowało mi w opowieściach o Popielskim. Krajewski dosyć dokładnie opisywał Lwów, ale nie potrafił w pełni oddać ducha tego miejsca. A może to tylko moje subiektywne odczucie, w końcu uwielbiam stolicę Śląska, z którą jestem bardzo mocno związany emocjonalnie. Jak by nie było, „Mock” to bardzo miła niespodzianka i miejmy nadzieję, że Marek Krajewski pozostanie przy tej serii, bo Breslau, ma jeszcze wiele historii do opowiedzenia.


Wściekła i dumna

aruart

W opisywanej przeze mnie ostatnio książce „Kapelusz cały w czereśniach” Oriany Fallaci zabrakło mi opowieści o jej rodzicach i samej pisarce. Gdy Fallaci zaczęła pisać swoją ostatnią książkę, planowała doprowadzić ją do 1944 r., kiedy to podczas bombardowania Florencji przez aliantów, spłonęła skrzynia z pamiątkami rodzinnymi. Jednak śmiertelna choroba nie pozwoliła jej doprowadzić opowieści do końca. Na szczęście udało mi się natrafić na jej biografię autorstwa Cristiny de Stefano, dzięki czemu wypełniła się luka. Oriana Fallaci była postacią niezwykłą. To z pewnością jedna z najważniejszych dziennikarek XX wieku i wspaniała pisarka. Właściwie to przede wszystkim pisarka, bo każdy napisany przez nią tekst, to prawdziwe literackie dzieło. Ale jej życie to gotowy scenariusz wspaniałej powieści lub niezłego film. Od swoich rodziców nauczyła się miłości do słowa pisanego oraz cenić odwagę i wolność. Już jako nastolatka, zaangażowana była w działalność antyfaszystowskiego ruchu oporu, do którego należeli jej rodzice. Była łączniczką przenoszącą rozkazy i zaopatrzenie dla partyzantów. W jej domu ukrywali się alianccy uciekinierzy z obozów jenieckich. Faszyzm zawsze uważała za największe zagrożenie dla cywilizacji, choć pamiętać trzeba o tym, że pod tym pojęciem rozumiała znacznie więcej niż ideologię wykreowaną przez Mussoliniego i Hitlera. Faszyzm to wszelki totalitaryzm, to każda próba zniewolenia człowieka i wpisania go w sztywne ramy, które unicestwiają wszystko, co spoza nich wychodzi. Z wszelkimi przejawami faszyzmu walczyła bezwzgędnie przez całe życie. I dlatego nienawidzili ją przedstawiciele prawicy krytykujący ją za liberalizm oraz przedstawiciele lewicy uznając ją za konserwatystkę.


Była bezkompromisowa, uparta, odważna, miała bardzo trudny charakter, o czym przekonali się wydawcy i tłumacze jej dzieł. Była także bardzo wrażliwa, pracowita i niezwykle utalentowana. Jako dziennikarka zaczęła od tematów błahych, w latach 50-tych nikomu nie mieściło się w głowie, aby kobieta mogła zajmować się poważnymi tematami. Pisała więc głównie o świecie filmu (włoskiego i amerykańskiego), dając się poznać jako osoba bezkompromisowa, podchodząc do gwiazd filmowych bez czołobitności, często obnażając ich przeciętność i zupełnie ludzki charakter. Kiedy w końcu lat 60-tych stała się reporterem wojennym, wykazała się sporą odwagą, a kiedy zaczęła przeprowadzać wywiady z wielkimi tego świata, pokazała, że najważniejsza jest dla niej prawda o rozmówcy. Zawsze świetnie przygotowana, zadawała im przede wszystkim trudne pytania. I co najważniejsze, dzieliła się z czytelnikami tym, co myślała na temat swojego rozmówcy. Nikt nie był w stanie przekonać jej do wykreowanego przez siebie wizerunku. Jak doskonały radar wykrywała fałsz i głupotę.

Fallaci była także wspaniałą pisarką. Kiedy przeczytałem „Inszallah”, byłem wstrząśnięty i zachwycony. To jedna z najważniejszych książek antywojennych, śmiało można ją postawić obok „Na zachodzie bez zmian”, czy „Rzeźni nr 5”, a z drugiej strony, jest to także jedna z najsubtelniejszych historii o miłości. Całe jej pisarstwo oparte jest na tym, co sama przeżyła, stąd w każdej z książek można odnaleźć wątki autobiograficzne.

Oburzona atakami terrorystycznymi na WTC w 2001 r. pisze „Wściekłość i dumę”, książkę, w której krytykuje Europę za bierność wobec islamskiego fundamentalizmu, co jej zdaniem w ostateczności może doprowadzić do upadku europejskiej cywilizacji. Oskarżana została o sianie nienawiści i rasizm. W przeciągu ostatniego roku mogliśmy się jednak przekonać o tym, jak prorocze były jej słowa, zresztą o tym, że wybuchnie wojna pomiędzy światem islamu a Europą, pisała już przeszło trzydzieści lat temu.


Oriana Fallaci zmarła 15 września 2006 roku po kilkuletniej walce z chorobą nowotworową. Jej bezkompromisowość, inteligencja i pisarskie umiejętności bardzo by się dziś przydały w obronie dokonań i wartości, które tak bardzo ceniła.


Kapelusz cały w czereśniach

aruart

Rok 2016 miałem szczęście rozpocząć wspaniałą książką „Kapelusz cały w czereśniach” Oriany Fallaci. To niezwykła saga rodzinna, w której ta bezkompromisowa dziennikarka sięga po historii swoich przodków. Cała opowieść rozpoczyna się w 1773 r. i prowadzi nas przez przełomowe dla Włoch i Europy momenty XVIII i XIX stulecia. Książka ta stanowi galerie niezwykłych postaci, z pozoru ludzi całkiem przeciętnych, ale o niezwykłej sile charakteru, którzy są w stanie walczyć, nie zawsze zresztą skutecznie, z przeciwnościami losu. Mając takich przodków, buntowników, szaleńców, awanturników, zawsze wiernych sobie, Fallaci nie mogła być inna. To właśnie im, w dużym stopniu zawdzięczała to, kim była. Zamiłowanie do słowa pisanego, odwagę, przekonania. Fallaci wielokrotnie pisze o tym, że wystarczyłby przypadek, niewielka zmiana decyzji, któregoś z nich, a nigdy nie pojawiła by się na świecie. Każda z opisywanych tu postaci, to odrębna opowieść. Są wśród nich prości chłopi, arystokratka, biedacy z portowych dzielnic, odszczepieńcy religijni. Książka ta stanowi świetny wstęp do tego, aby zapoznać się z historią Włoch, autorka w bardzo przystępny sposób ukazuje moment jednoczenia się państwa włoskiego i związanych z tym problemów. Jak się okazuje, Oriana Fallaci miała polskie korzenie. Jej praprapra dziadek zginął w powstaniu krakowskim. I w kwestii historii Polski, autorka stanęła na wysokości zadania, kreśląc krótki, ale dość dokładny szkic polskich dziejów I połowy XIX wieku. „Kapelusz cały w czereśniach” jest genialnie napisaną książką. To połączenie powieści i reportażu. W niektórych fragmentach Fallaci sama wciela się w opisywane przez siebie osoby, aby po chwili przejść do pisania w trzeciej osobie. Język książki jest na tyle wyrazisty, że emocje autorki silnie udzielają się czytelnikowi.  Nie sposób się oderwać od tej wciągającej książki. I zabrakło mi tylko epilogu, rozdziału, który uzupełniłby tę niezwykła sagę o życie samej Oriany Fallaci.

Mam nadzieję, że „Kapelusz cały w czereśniach” to zapowiedź niezwykłych książek, które przeczytam w tym roku.


Zło

aruart

Co sprawia, że człowiek jest w stanie zabić? Przekracza granicę, łamie wszystkie moralne i społeczne zakazy i pozbawia innego człowieka życia. Ciężkie dzieciństwo, trauma, przemoc ze strony innych. A co jeśli ktoś zabija zupełnie bez powodu? Ma chwilową chęć by kogoś zabić. Po prostu, gdzieś głęboko w nim tkwi zło, które na krótką chwilę go opanowuje. Zło, które nie ma swojego powodu, korzeni, zło, które po prostu jest? Z taką sytuacją mamy do czynienia w książce „Inna dusza” Łukasza Orbitowskiego. To opowieść o bardzo brutalnych morderstwach, do których doszło w Bydgoszczy w latach 90-tych. Chłopak, z tzw. dobrej rodziny, na co dzień bardzo lubiany, uczynny, zdolny cukiernik, z niewiadomych powodów morduje. Nagle coś, co w nim siedzi, skłania go do zbrodni. Orbitowski, który zaczynał od horrorów, wyrasta na wybitnego pisarza. „Inna dusza” to książka fascynująca. W dużej mierze to opis polskiej prowincji w trudnych czasach przemian. Chociaż ja osobiście inaczej pamiętam drugą połowę lat 90-tych. To czas, kiedy szarzyzna była zastępowana przez kiczowaty kolor, kiedy złudna nadzieja, pozwalała myśleć, że tutaj będzie lepiej.

Najbardziej przerażające jest to, że zło po prostu jest i nie mamy na to wpływu. Najczęściej istnieje uśpione, ale niestety od czasu do czasu, zupełnie niespodziewanie budzi się i nie jesteśmy w stanie nic na to poradzić.


Martwa planeta Ziemia

aruart

Właśnie ukazała się najnowsza wizja przyszłości autorstwa Jacka Dukaja „Starość aksolotla”. Niezwykła opowieść o zagładzie życia na naszej planecie i rozpaczliwej próbie odtworzenia go przez garstkę ocalałych. No tak, ale czym jest życie, a właściwie, to, czym jest człowiek? Czy zachowanie samej świadomości (pamięci), bez uczuć, zmysłów, ograniczeń i słabości ciała, nie pozbawiłaby nas czegoś bardzo ważnego? Człowiek to przecież nie tylko rozum? Dopiero, kiedy dodamy całą resztę, stajemy się prawdziwym, żywym stworzeniem. No i rzecz bardzo istotna, każdy z nas jest niepowtarzalny. Cyfrowy zapis myśli, można byłoby kopiować nieskończoną ilość razy, replikacja jakiegokolwiek człowieka jest niemożliwa. Ewolucyjnie, każdy z nas potrzebuje także normalnych kontaktów, z żywymi przedstawicielami naszego gatunku. Samotność, to jedna z najgorszych rzeczy przytrafiających się homo sapiens. Muszę przyznać, że wizja Dukaja zmusiła mnie do wielu przemyśleń i po tygodniu od przeczytania książki, wciąż do niej wracam. Czy w powoli dehumanizującym się świecie nie stajemy się jak roboty z wizji Dukaja?

Jak zwykle u tego autora mamy do czynienia ze specyficznym, stworzonym na potrzeby opowieści językiem. Tym razem nowomowa ma wymiar techniczny, w którym z łatwością odnajdzie się każdy nerd, ktoś niezorientowany może mieć nieco więcej problemów, ale warto się podjąć wysiłek, zwłaszcza, że fabuła książki jest wciągająca.

Nowa książka Dukaja jest dostępna tylko w wersji cyfrowej, za to uzupełniona naprawdę świetnymi ilustracjami, a jeśli ktoś posiada drukarkę 3D (ha, pewnie każdy taką ma), w prezencie dostaje plik, dzięki któremu może sobie wydrukować figurkę robota z powieści.

Przerażające jest to, że przynajmniej niektóre fragmenty książki są nie tyle wizją przyszłości, co obrazem współczesnego człowieka, który coraz chętniej życie realne zastępuje jego wirtualna namiastką.


Społeczeństwo idiotów?

aruart

Umiejętność zapisu ludzkiej myśli, to jedno z najważniejszych osiągnięć człowieka. Dzięki temu może utrwalać i przekazywać innym swoje osiągnięcia. Dzięki temu mogła powstać i rozwijać się cywilizacja.

Co dwa lata Biblioteka Narodowa, przeprowadza badanie stanu czytelnictwa w Polsce. Właśnie opublikowano raport z ostatniego badania. Jak się okazuje w porównaniu z poprzednim, czytelnictwo w naszym kraju wzrosło o 2,5%. Nie ma się jednak, z czego cieszyć, bo jak się okazuje w przeciągu ostatniego roku tylko 41,7 % Polaków, powyżej 15 roku życia, przeczytało przynajmniej jedną książkę. W większości krajów europejskich wskaźnik ten przekracza 50 %, a w Czechach sięga 86%. Zaledwie 11 % Polaków to czytający regularnie (tacy, którzy przeczytali 7 i więcej książek). Jak się okazuje aż 47,4% nie przeczytało w 2014 r. tekstu dłuższego niż trzy strony. A blisko 16 % badanych, zadeklarowało brak jakiejkolwiek książki w domu. Nawet,  jeśli pominiemy książki i prasę, to i wśród użytkowników internetu odsetek osób omijających tekst jest ogromny. Wśród osób, które korzystają z tego medium, aż 42% zadeklarowało, że w minionym roku nie korzystało ze stron prasowych ani portali z wiadomościami, a 40% w ogóle nie czytało dłuższych tekstów w sieci.

Oczywiście można zadać sobie pytanie: i co z tego? No niby nic, ale jak dotąd nie wymyślono nic, co by tak rozbudzało umiejętność myślenia. To jednak teksty pisane są najlepszym źródłem informacji.  Żadne inne medium nie wpływa, tak mocno i głęboko na naszą wyobraźnię. Jeszcze nie tak dawno czytanie było wyznacznikiem człowieka wykształconego, dziś jednak, nawet wśród ludzi z wyższym wykształceniem, odsetek nie czytających, jest zatrważająco wysoki. I kiedy elity zamieniają się w nieczytających ignorantów, nic dziwnego, że ogół społeczeństwa staje się podatny na cudzą manipulację, stając się konsumentami cudzych pomysłów, sami nic nie wnosząc. No, ale przecież głupim społeczeństwem, łatwiej jest rządzić.



Marsjański Robinson

aruart



W 1969 r. człowiek po raz pierwszy stanął na Księżycu (chociaż są tacy, którzy uważają, że lądowanie to zostało sfingowane). Następnym krokiem miał być Mars, jednak od grudnia 1972 roku, żaden przedstawiciel naszego gatunku, nie stanął już na jakimkolwiek obiekcie pozaziemskim. Co jakiś czas można usłyszeć o kolejnych pomysłach wyprawy na Czerwoną Planetę, ale jak na razie, od przeszło 40 lat, nikomu nie udało się powrócić na Księżyc, a ogrom kosztów i problemy, które należałoby przezwyciężyć, aby taka wyprawa mogła dojść do skutku jest tak wiele, że chyba nie prędko ktoś się tego podejmie.

Ostatnio wpadła mi w ręce książka zatytułowana „Marsjanin”, której autor Andy Weir, postanowił pokazać, co by się stało, gdyby podczas takiej misji, coś poszło nie tak. Powieść ta, to właściwie opowieść o marsjańskim Robinsonie, czyli amerykańskim astronaucie Marku Watneyu, który nieszczęśliwym zrządzeniem losu utknął na czwartej planecie, naszego układu planetarnego. Gdybym to był ja, z pewnością, podobnie zresztą większość przedstawicieli Homo Sapiens, zginąłbym tam pierwszego dnia. Na szczęście bohater książki to niezwykły nerd, który dzięki temu, że był kujonem, posiadł wiedzę z dziedziny botaniki oraz techniki, co okaże się niezbędne do przetrwania. Autor poddaje swojego zaradnego bohatera, szeregu, momentami wręcz strasznych prób. Wielką zaletą książki są dość szczegółowe wyjaśnienia rozwiązań naukowych czy technicznych, które podejmuje marsjański Robinson by przetrwać. Weir aby napisać tę książkę musiał podjąć olbrzymi wysiłek, by zgromadzić wiedzę z tak wielu dyscyplin naukowych i technicznych (biologia, fizyka, chemia, geologia, astrofizyka, informatyka, matematyka, inżynieria kosmiczna i kilka innych), a później jeszcze połączył to z wciągającą fabułą i humorem, a dzięki stworzeniu interesującego bohatera, powstała naprawdę fascynująca książka.

Interesująca jest też sama historia publikacji tej książki. Okazuje się, że wszystkie wydawnictwa, do których trafił skrypt powieści, uznały ją za mało interesującą. W końcu Andy Weir postanowił opublikować ją samodzielnie, zamieszczając jej kolejne odcinki w sieci. Okazało się, że spotkała się ona z wielkim zainteresowaniem i w końcu znalazło się wydawnictwo, które postanowiło ją wydać. Sukces książki w Stanach był naprawdę spory, a obecnie Ridley Scott, pracuje nad jej ekranizacją. „Marsjanin” to dobry przykład na to, żeby walczyć o swój, jeśli tylko uważamy, że to co stworzyliśmy jest dobre, zawsze istnieje szansa, że uda się osiągnąć sukces.



Jak rozpoznać psychopatę?

aruart

Psychopaci stanowią blisko 1% ludzkiej populacji, czyli statystycznie jeden na stu, stanowi ogromne zagrożenie dla pozostałych. Psychopaci (osobowość dysocjacyjna), to ludzie pozbawieni empatii, nie mogący zrozumieć moralnych i prawnych granic, nie odczuwające lęku, ze skłonnością do obwiniania innych, a jednocześnie bardzo charyzmatyczne, łatwo manipulujące innymi, psychopaci to urodzeni kłamcy.

Kiedy kilka lat temu, brytyjski dziennikarz Jon Ronson (autor książki „Człowiek, który gapił się na kozy”) natrafił na przypadek mężczyzny, który aby uniknąć więzienia zaczął udawać chorobę psychiczną uznany został za psychopatę. Z pozoru zupełnie normalny, ale wzorcowo wpisujący się w test Hare’a, który służy do klasyfikowania osobowości dysocjacyjnej. To spotkanie sprawiło, że Ronson zaczął wyszukiwać potencjalnych psychopatów. Efektem tych łowów jest dość ciekawa książka „Czy jesteś psychopatą? Fascynującej Podróży po Świecie Obłędu.” Niestety, kiedy zacznie się zastanawiać nad ludźmi, którzy będę pasować do schematu, może okazać się, że znamy zbyt wiele osób, które moglibyśmy zaklasyfikować, jako psychopatów. Jeszcze bardziej przerażające jest to, jak wiele osób, wpasowujących się w test Hare’a, znajdując ujście swym niezdrowym skłonnością w polityce, czy gospodarce. Ta książka mocno zmieniła moje spojrzenie na świat. Bo niby zdawałem sobie z tego sprawę, że z niektórymi ludźmi jest coś nie tak, ale nigdy głębiej się nad tym nie zastanawiałem. Nie wiem tylko, czy po tej lekturze, nie zacznę polowań na psychopatów.

 

 



Anielsko pikielny sojusz

aruart

Bóg opuścił świat. Wśród aniołów trwa walka o władze, a piekło, pogrążone jest w chaosie. Czas rozpocząć apokalipsę. To idealna chwila dla Antykreatora, przeciwieństwa Boga, na to, aby mógł dokonać zagłady świata. Zniszczyć wszystko, piekło, niebo, Ziemię, unicestwić wszechświat.  Cała nadziej na przetrwanie pozostaje w rękach jednej istoty, Abbadona, Anioła Zagłady. O tym z grubsza jest powieść Mai Lidii Kossakowskiej „Siewca Wiatru”. Książka rewelacyjna. Nie ma tutaj pulchnych kupidynów, czy pięknych, mądrych istot i delikatnych istot o białych skrzydłach, przybranych w mgliste szatki. Tutejsze anioły są zupełnie inne. Brutalne, wyrachowane, rządne władzy, po prostu ludzkie. Kossakowska wykreowała niezwykle fascynujący świat. Akcja książki napięta jest od samego początku i pochłania czytelnika coraz bardziej, z każdym kolejnym zdaniem. Mamy tutaj zawiłe intrygi, rozbudowane sceny batalistyczne i dziwaczne sojusze, a wszystko to splecione spora dawką humoru. Pomysły autorki są zaskakujące, tutaj diabeł może być uczciwszy od anioła. Kossakowska zachwyca swoją pomysłowością. Stworzyła świat bardzo bogaty, ale też kompletny, świat, z którym chcemy obcować. I na całe szczęście napisała kontynuację w postaci dwutomowego „Zbieracza burz”, za którego właśnie się zabrałem.

Przyjemność obcowania z „Siewcą Wiatru” była dla mnie tym większa, że mogłem zapoznać się z nią w postaci audiobooka, czytanego przez Krzysztofa Wakulińskiego, który dał wręcz niewyobrażalny popis, swoich umiejętności aktorskich. Stworzył jednoosobowe słuchowisko. Słuchanie „Siewcy..” sprawiło mi prawdziwie dziką rozkosz.


Sztuczna Inteligencja vs. Homo Sapiens

aruart

Alan Turing (1912 – 1954) , źródło Wikipedia

Od kiedy 3,5 miliarda lat temu na naszej planecie narodziło się życie, w wyniku ewolucji staje się ono coraz bardziej rozwinięte, lepiej dostosowane, inteligentniejsze. Jak na razie, najdoskonalszym produktem tego procesu jest homo sapiens. Oczywiście ewolucja to proces bardzo powolny, ale jednocześnie niepowstrzymany i z pewnością nie jesteśmy jej produktem ostatecznym. Jednak to właśnie my możemy stworzyć istoty doskonalsze od nas samych. Zresztą, przecież przez cały czas trwają prace nad stworzeniem sztucznej inteligencji. Co roku angielski Cambridge Center for Behavioral Studies organizuje konkurs o nagrodę Hugh Loebnera, który polega na próbie zmierzenia się „sztucznej inteligencji” z tzw. testem Turinga. Genialny angielski matematyk Alan Turing (1912 – 1954) zakładał, że w przyszłości komputery będą mogły dorównać człowiekowi. Uważał on, że aby komputer mógł zostać uznany za inteligentny, musi posługiwać się językiem w sposób jak najbardziej zbliżony do ludzkiego. Chodzi o to, żeby rozmówca nie mógł rozpoznać, czy rozmawia z maszyną, czy z człowiekiem. Taki komputer musiałby nie tylko opanować reguł składni i gramatyki, ale także czysto ludzkiej gry skojarzeń słownych, poczucia humoru, rozpoznawania kłamstwa i odczytywania ukrytych intencji. W czerwcu tego roku podczas kolejnego konkursu pojawił się program stworzony przez pracowników Uniwersytetu Princeton, który udając 13 letniego mieszkańca Odessy Eugene Goostmana przekonał aż 33% sędziów do tego, że jest prawdziwym chłopcem. Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy u progu pojawienia się komputera, który będzie w stanie rozmawiać z nami jak równy, a wkrótce potem stanie się od nas inteligentniejszy. Co to dla nas oznacza. Trudno przewidzieć, ale bardzo prawdopodobne jest to, że bardziej rozwinięta forma spróbuje wyeliminować organizmy słabiej rozwinięte. Jak mogłoby to wyglądać pokazał Daniel H. Wilson w swojej książce „Roboapokalipsa”. Ukazał on wojnę maszyn kontrolowanych przez super komputer z ludźmi. W takiej walce przewaga byłoby po stronie tych pierwszych. Jesteśmy od nich znacznie słabsi, na dodatek, nasza cywilizacja polega w sposób niemal totalny na elektronice, więc żeby nas zniszczyć, wystarczyłoby przejąć nad nią kontrolę. Nie jesteśmy całkowicie bez szans. Nasza siła tkwi w nieprzewidywalności i umiejętności przystosowania się. Ale czy to wystarczy? Warto przeczytać książkę Wilsona choćby z tego powodu, że nie jest to zwykły pisarz SF. Posiada on tytuł doktora w dziedzinie robotyki, więc dobrze wie o czym pisze. Na dodatek pisze całkiem dobrze. Jakoś nie potrafiłem oderwać się od lektury jego książki. Chociaż finał opisywanej przez niego wojny, przynajmniej moim zadaniem byłoby całkiem inny. Ja jednak nie posiadam jego wiedzy, dla mnie zdecydowanie jesteśmy na przegranej pozycji. Ale co ja tam wiem? A tym, którzy obawiają się wojny z robotami polecam książkę tego samego autora „Jak przetrwać bunt robotów; czyli jak bronić się przed nadchodzącą rebelią”. Zawsze należy być przygotowanym na najgorsze.

rrrrrobokalipsabiext28807942
 

Prawdziwa gra o tron

aruart

 

Można spędzić godziny, dni, a nawet tygodnie na wymyślaniu opowieści, a i tak w ostateczności, okaże się, że tylko przetwarzamy zasłyszane wcześniej historie. Weźmy chociaż, tak popularny serial jak „Gra o tron”, stworzony na podstawie cyklu powieści R. R. Martina. Intrygi, polityka, morderstwa, miłość, pasja, nienawiść itd., wszystko to sprawia, że wciąż czekamy na kolejne odcinki. Jednak żaden pisarz czy scenarzysta filmowy, obdarzony nawet największą wyobraźnią nigdy nie będzie w stanie dorównać rzeczywistości. To życie pisze najbardziej zaskakujące scenariusze. Rzeczywistości nie ogranicza wyobraźnia, moralność czy wiedza. Ona bawi się swoimi bohaterami bez jakiegokolwiek skrępowania. Wystarczy więc sięgnąć do skarbnicy przeszłości, aby odnaleźć w niej opowieści, które nas powalą. Tak właśnie zrobiła Elżbieta Cherezińska pisząc dwie fascynujące powieści, „Korona śniegu i krwi” oraz „Niewidzialna korona”, tworzących cykl powieści historycznych, których akcja toczy się w Polsce przełomu XIII i XIV stulecia, czyli u schyłku rozbicia dzielnicowego. Sam osobiście nie przepadam za tym okresem naszej historii. Jednak pani Cherezińska, dzięki niewątpliwemu talentowi, oraz ogromnej pracy, którą musiała włożyć, żeby zebrać i uporządkować materiał potrzebny do jej napisania, stworzyła rzecz niezwykłą. Spiski pomiędzy koronowanymi rodami tej części Europy, oraz rywalizacja samych Piastów, przecież R. R. Martin mógłby siedzieć, myśleć i choćby mu broda urosła do kostek, nigdy czegoś takiego by nie wymyślił. Porwania, spiski, dziwaczne sojusze i tajemnicze zgony, najazdy oraz wojny, można by było się w tym pogubić, ale autorka opowiada to wszystko w taki sposób, że z całej tej bardzo skomplikowanej układanki powstała opowieść, która wciąga, fascynuje, całkowicie odrywa od rzeczywistości. Mój umysł wciąż kieruje mnie w stronę walki Piastów o polską koronę. Niezwykłą zaletą tych książek jest to, że autorka korzystając z tego, że niewielka liczba istniejących źródeł z tej epoki pozostawiła sporą lukę, stara się ją wypełnić. Dzięki niej suche fakty nabierają wyrazu, nieżyjący od kilkuset lat ludzie, stają się jak najbardziej realni. Obie książki to spore tomiska, ale wciągają, tak, że można całkowicie zapomnieć o rzeczywistości. Ba! To właśnie opisywana na kartach książki historia, staje się rzeczywistością.

Fanów Martina moja opinia może oburzyć, ale „Pieśniach Lodu i Ognia” to zwykła, czasami dość prymitywną zabawę o władzę, w zupełnie fikcyjnym świecie. To właśnie Elżbieta Cherezińska stworzyła fascynującą opowieść, ukazującą prawdziwą grę o tron, która przeszło 700 lat temu miała miejsce w sercu Europy.

 

Historia w literaturze

aruart

Czy to za sprawą zamiłowania do historii i z jakiejś innej przyczyny, zawsze sporą przyjemność sprawiała mi lektura powieści historycznych. Będąc historykiem zadaję sobie sprawę z tego, że wiele z nich daleka jest od prawdy historycznej, ale przecież nie o to chodzi. Gdyby chcieć wysnuwać faktyczny obraz z beletrystyki, to na podstawie kryminałów, można byłoby pomyśleć, że Skandynawia jest najniebezpieczniejszym miejscem na Ziemi .Rzadki też udaje mi się znaleźć coś, co potrafiłoby mnie bezgranicznie wciągnąć. Ostatnio jednak udało mi się kilka takich książek przeczytać.

Niezwykle zachwycił mnie cykl powieści o Mattiasie Tannhäuserze autorstwa Tima Willocksa. „Religia” oraz „Dwanaścioro z Paryża”, to mocna, prawdziwie męska i bardzo brutalna literatura. I chociaż książki te nie są wolne od nieścisłości historycznych i fabularnych, to czyta się je z zapartym tchem. Opis oblężonej przez Turków Malty („Religia”), jest tak plastyczny, że ma się wrażenie, że słyszy się świst przelatujących obok ucha kul arkebuzów. Powieść przeżywa się tak mocno, że samemu odczuwa się strach, przezd straszliwą rzezią, która dzieje się podczas nocy św. Bartłomieja w stolicy Francji („Dwanaścioro z Paryża”).  Na dodatek główny bohater jest właśnie taki, jakim samemu chciałoby się być, silny, inteligentny, choć nie kryształowy, to zdobywa bogactwo, no i wszystkie laski na niego lecą. No i jeszcze jedna rzecz, autor jest bezlitosny dla swoich bohaterów.  W klasycznej, XIX wiecznej powieści historycznej, jednego można było być pewnym, głównym postaciom książki nic nie grozi. Willocks nie dość, że dostarcza im niewyobrażalnego cierpienia, to jeszcze większość z nich uśmierca. Książki te były nie tylko świetną rozrywką, ale zmusiły mnie także do wgłębienia się w to, co na południu Europy działo się w drugiej połowie XVI wieku, czyli przyjemne, połączyło się z pożytecznym.


Za sprawą kolejnego cyklu powieści, których autorem jest Robert Fabbri, mogłem przenieść się do starożytnego Rzymu. Cykl „Wespazjan” to właściwie czytadła z historią w tle, autor jednak wziął na warsztat na tyle ciekawy okres z dziejów Rzymu (budowa cesarstwa), że z przyjemnością sięgnąłem po trzy kolejne tomy. Szkoda tylko, że akcja książek jest aż tak przewidywalna. Fabbri związany jest z przemysłem filmowym i wielokrotnie odnosiłem wrażenie, że realizuje on w postaci książkowej, jakiś pogrzebany hollywoodzki projekt. Wielką zaletą cyklu jest opis rzymskiej dekadencji oraz gry zwanej polityką, a wszystko to autor oparł w dużej mierze na źródłach.


Z jeszcze innej bajki, a właściwie sięgające po zupełnie inną historię są powieści słowackiego pisarza Juraja Červenáka. Ten, zafascynowany prozą Sapkowskiego, postanowił sięgnąć do dziejów słowiańskiej części Europy, a że ta zwłaszcza, jeśli chodzi o początki, posiada niewiele źródeł, można sobie pozwolić na fantazjowanie. I to właśnie robi Červenáka w dwóch cyklach „Bohatyrowie” oraz „Rogan”. A, że słowiańszczyzna zawsze mocno mnie pociągała, oba cykle były dla mnie dość przyjemną przygodą. I chociaż daleko im do literatury noblowskiej, to lektura książek Červenáka, przynajmniej dla mnie była sporą przyjemnością.


Ostatnią powieścią „historyczną”, po którą sięgnąłem w ostatnim czasie jest „Medicus” Noah Gordona. I nie będę się rozwodził na temat licznych błędów faktograficznych autora, bo nie o ścisłość w tego typu literaturze chodzi. Książka Gordona została bardzo dobrze napisana. Autor odpowiedni zarysowuje główna intrygę, zmusza do ciągłej uwagi, znajdując całkiem ciekawe rozwiązania. I nie dość, że akcję swojej powieści umieścił w  moim ulubionym średniowieczu, ale także przenosi ją do orientu, który z jednej strony mnie fascynuje ( w tamtym czasie cywilizacja islamu znacznie górowała nad chrześcijańską Europą), a z drugiej przeraża (fanatyzm religijny). Ostatni „Medicus” doczekał się ekranizacji. Wkrótce się przekonamy, czy autorom filmu udało się odtworzyć wciągającą narracje książkowego pierwowzoru.

A póki co szukam kolejnych odkryć, bo nie ukrywam, że bardzo sobie cenię ten typ literatury, który stanowi, przynajmniej dla mnie świetną rozrywkę.



© AruArt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci