Menu

AruArt

dziennik niecodzienny

ciekawe miejsca

Inspirujący tydzień w Pradze

aruart

I pomyśleć, że dwa tygodnie temu siedziałem z żonką nad Wełtawą, i patrząc na chowające się za Hradczanami słońce, sączyłem zimne, czeskie piwko. Fantastyczne siedem dni spędzonych w czeskiej stolicy. Upał nieco popsuł nam plany, ale w Pradze znajdują się całkiem ciekawe zbiory sztuki, a obiekty Galerii Narodowej w większości są klimatyzowane, więc mieliśmy gdzie się schronić, jednocześnie w inspirujący sposób spędzając czas. Wieczorem, kiedy wysoka temperatura już nie męczyła, można było poimprezować nad Wełtawą. A rzeczy, których tym razem nie udało się zobaczyć, czy zrobić, pozostają na kolejny wyjazd, co oznacza, że musimy tam wrócić!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przed tygodniem w Bieszczadach

aruart

Bieszczady, to z pewnością góry tajemnicze, magiczne, a dla mnie, zupełnie nie znane. Więc kiedy otrzymaliśmy propozycję wyjazdu w Bieszczady, właściwie bez zastanowienia się na to zgodziłem.

Bieszczady okazały się naprawdę piękne! Bukowe lasy, właśnie o tej porze roku, kiedy zaczynają zmieniać kolory, stają się bardzo malownicze. Rzeczą ujmującą w tych górach, jest to, że kiedy wdrapie się na połoninę, wszędzie wokół otaczają nas góry! No i jakże kusząca jest ukraińska strona. Nie da się opisać przyjemności, wynikającej z połączenia wysiłku fizycznego i niesamowitych okoliczności przyrody. Kiedy organizm zaczyna pracować na wyższych obrotach, wytwarzając niesamowite wręcz ilości endorfin, a niesamowite widoki atakują wzrok, całkowicie opanowując umysł. Znika świat pozostawiony w domu. Nie ma trosk i kłopotów, jest tylko to miejsce, istnieje jedynie ta chwila. Sam nie zdawałem sobie sprawy z tego, że tak bardzo potrzebowałem tej wyprawy.

I pomyśleć, że nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie inicjatywa naszej wspaniałej przyjaciółki! Dzięki!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Tydzień w Raju

aruart

Ostatni tydzień lipca spędziliśmy w raju, w Słowackim Raju. Przepiękna, górska kraina, poprzecinana licznymi wąwozami, którymi poprowadzone zostały szlaki turystyczne. A każdy z tych wąwozów jest zupełnie inny. Miejsce dość popularne wśród turystów, więc warto tam się wybrać nieco później, kiedy główna ich fala już minie. Większość szlaków można pokonać w ciągu 4-5 godzin, więc nie ma po co się tam zjawiać przed południem. Warto także wejść nieco głębiej, zwłaszcza przez Sokolą Dolinę, która nie jest zbyt często odwiedzana, a dzięki temu chyba najbardziej dzika.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

Powrót nad Wełtawę

aruart

Są miejsca, w których czujemy się wyjątkowo dobrze, miejsca, do których chcemy wracać, bo czujemy, że do nich przynależymy. Dla mnie, jednym z takich miejsc jest Praga, do której po sześcioletniej przerwie udało nam się ponownie zawitać. Obiecywaliśmy sobie, że będziemy zjawiać się tutaj co roku, ale jakoś nie wyszło. W tym roku jednak nie odpuściliśmy, zamówiłem transport, wynająłem pokój i kiedy tylko zaczęliśmy urlop, ruszyliśmy do grodu nad Wełtawą. To był wspaniały tydzień. Uwielbiam wracać do miejsc, które znam i które wywołują we mnie pozytywne uczucia. Kiedy to, przechadzając się ulicami jakiegoś miasta, mam wrażenie, że jestem u siebie. A Praga właśnie to oferuje. Podczas jednego wyjazdu, nie da się poznać tego niezwykłego miasta. Nawet kilka wypraw to zbyt mało. Tutaj wciąż odkrywa się coś nowego. Trzeba tylko zejść z turystycznych szlaków i zagubić w praskich uliczkach, podziwiając niesamowite przykłady secesyjnej i modernistycznej architektury. To w cale nie oznacza, że darowaliśmy sobie tradycyjne atrakcje, takie jak Rynek i okoliczne uliczki, Most Karola, czy dzielnicę Malá Strana, jednak na Hradczany już się nie przebijaliśmy. Natłok turystów jest mocno zniechęcający. Ale wystarczy czasem przejść jedną przecznicę, by międzynarodowy tłum się ulotnił. A miejsca takie jak Nowe Miasto, Smichov, czy Žižkov w niczym nie ustępują ścisłemu centrum czeskiej stolicy. Za to liczne i spokojne skwery oraz parki, pozwalają w pełni nacieszyć się tym niezwykłym miastem. I jeszcze jedno, co bardzo  podoba mi się w Pradze, to miasto nie ma zadęcia, nie jest to typowe miejsce przeznaczone dla turystów z wypielęgnowaną trawką i świeżo odmalowanymi, równiutkimi tynkami. Tutaj wiele rzeczy jest zaniedbanych, ale jednocześnie pełnych nieodpartego uroku. Chciałbym móc wrócić tu kiedyś poza sezonem turystycznym. Posiedzieć w którejś z muzycznych knajpek, poczuć to miasto podczas jesiennej słoty, zobaczyć zamarzającą Wełtawę. A może by tam zamieszkać? To jedna jest raczej niemożliwe, za duże ryzyko, by tak nagle wszystko rzucić i dać się porwać nieznanemu. Jedno jest pewne, do Pragi wrócę jeszcze nieraz, bo w tym mieście znajduje się cząstka mnie.

 

 

 

 

 

 

 

Corfe Castle. Malownicza ruina

aruart

Na południu Anglii, jakieś 166 km od Londynu, w niewielkiej wsi Corfe Castle w hrabstwie Dorest, znajduje się jedna z najbardziej malowniczych ruin Wielkiej Brytanii, zamek Corfe. Powstał w drugiej połowie XI wieku na polecenia Wilhelma Zdobywcy, będąc częścią sieci twierdz, które miały zapewnić panowanie normańskim najeźdźcą nad Anglią. Był to jeden z pierwszych zamków na Wyspach zbudowanych wyłącznie z kamienia. W XI wieku, dominowały konstrukcje drewniano – ziemne. W kolejnych stuleciach, twierdza była kilkakrotnie przebudowywana. Stając się w końcu własnością rodu Bankes. Podczas angielskiej wojny domowej zamek Corfe był jedną z ostatnich twierdz rojalistów na południu Anglii. Zamek był dwukrotnie oblegany przez zwolenników parlamentu, a na czele obrońców stanęła Lady Mary Bankes. W końcu jednak, w wyniku zdrady twierdza padła. Parlament zadecydował o jej zniszczeniu, w wyniku czego powstała ta malownicza ruina.

 

 

 

 

 

 

Cycuchy, czyli Góry Sokole

aruart

W północno – wschodniej krawędzi Rudaw Janowickich, znajduje się kilka szczytów zwanych Górami Sokolimi. Wśród nich dominują dwa, Krzyżna Góra i Sokolik, czyli „Cycuchy”. Ta nazwa to z racji skojarzenia, jakie przychodzi, kiedy patrzy się na te dwa, dorodne (miseczka Z) kopce, widoczne właściwie z każdego miejsca Kotliny Jeleniogórskiej. Okoliczne szlaki, jak i same góry, nie są wymagające, za to bardzo przyjemne i urokliwe. A widoki z „Cycuchów”, są naprawdę przepiękne. Możemy podziwiać całe Karkonosze, a także Kotlinę, widać pozostałości Miedzienki z nowoczesnym budynkiem Browaru (który warto odwiedzić) oraz Łysą Górę, która zazwyczaj stanowi nasza bazę wypadową. A jeśli ktoś lubi wspinaczkę, to znajdujące się tam granitowe skały, są do tego wymarzone.

 

 

 

 

 

 

Biebrza

aruart

Nad krętą Biebrzą znajdują się największe w Polsce obszary bagienne. W tym roku w wyniku suszy są mało bagniste, ale dzięki temu można dokładniej je przejść. Biebrza to kraina łosia oraz ostoja ptactwa. Sama rzeka wymarzona jest do spływów kajakowych.

Po środku bagien Rosjanie na początku XX wieku zbudowali ogromną twierdzę Osowiec. Miejsce dość ciekawe, w dużej mierze za sprawą niesamowitego przewodnika, pana Mirka.

I gdyby nie było tam tak daleko, z pewnością jeszcze nieraz byśmy wpadli nad Biebrzę.

 

 

 

 

 

 

 

 


Mery Rose

aruart

W angielskim Portsmuth można obejrzeć kadłub okrętu flagowego króla Henryka VIII „Mery Rose”. Ten potężny, jak na owe czasy okręt zatonłą podczas walki z Francuzami, którzy próbowali dokonać inwazji na Wyspy w 1545 r. (podczas zwrotu przez niezabezpieczone furty działowe, do wnętrza dostała się woda). Zapomniany wrak został odkryty w latach 70 – tych XX wieku i wydobyty w 1982 r. Później został poddany gruntownej konserwacji, by w końcu trafić do stworzonego specjalnie dla niego pawilonu. Tam w specjalnych warunkach prezentowany jest nie tylko kadłub okrętu, ale także około 20 tys. zabytków wydobytych z morza takich jak działa, muszkiety czy łuki, ale także przedmioty codziennego użytku, które były w posiadaniu 400 osobowej załogi. Dzięki mułowi, który na prawie 500 lat zakonserwował „Mery Rose” mamy możliwość na prawdziwą podróż w czasie.

 

 

 

Muzeum Czołgów

aruart

 

W Dorset na południu Wielkiej Brytanii, znajduje się Bovington Tank Museum. To miejsce w którym dorośli faceci ponownie stają się dziećmi, a zgromadzone w olbrzymiej hali pojazdy robią także wrażenie wśród kobiet. To jedna z największych kolekcji czołgów na świecie. W jej skład wchodzi przeszło 300 pojazdów pancernych, poczynając od pierwszego czołgu Mark I na współczesnym Abramsie kończąc. Już na wejściu, ogromne wrażenie robi wycelowana w zwiedzających lufa potężnego Tygrysa Królewskiego, ale chyba najciekawiej wygląda kolekcja broni pancernej z okresu I wojny światowej. W posiadaniu muzeum jest replika czołgu Mark IV na chodzie, ale także oryginalny T- 34 w polskich barwach.

I nie wiem jak to jest, przecież uważam się za pacyfistę, ale kiedy zobaczyłem te wszystkie pojazdy serce zaczęło mocniej mi bić. Jeszcze większe wrażenie robią na mnie tylko okręty wojenne, ale o tym może innym razem.

 

 

 

 

 

 



Muzeum

aruart

Velké Opatovice, znajdujące się nieco na uboczu od głównych dróg, niewielkie miasteczko na Morawach (niecałe 4 tys. mieszkańców).  Właściwie nie byłoby powodu, aby o nim wspominać, poza jedną rzeczą. Znajduje się tam muzeum kartografii. Kiedy podczas majowego weekendu, znalazłem się na Morawach, udało mi się namówić towarzyszy podróży, aby tam zajrzeć. Jakie było nasze rozczarowanie (a moje rozgoryczenie, graniczące z furią), kiedy okazało się, że przybyliśmy o godzinę za późno. Czas pracy muzeum, jak informowała kartka zawieszona na drzwiach, to 6 – 14:30. Bardzo dziwne, nie wiem, kto ma czas albo chęci, na poznawanie starych map i przyrządów kartograficznych o świecie. A może się mylę? Cóż, pozostało nam tylko podziwiać dość ciekawy budynek muzeum z zewnątrz,  budynek, który stał się łącznikiem pomiędzy różnymi częściami Opatovickiego pałacu. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się odwiedzić Velké Opatovice i zobaczyć zgromadzone tam skarby.

 

 

 

 

Kreta

aruart

Pięć dni temu wróciliśmy z Kret, a ja wciąż nie potrafię zapomnieć o tej niezwykłej wyspie. Słoneczna, ale nie upalna. Wyspa pięknych plaż, majestatycznych gór, równych naszym Tatrom, serdecznych ludzi i historii sięgającej przeszło 4 tys. lat wstecz. Wyrwać mnie z domu, to rzecz naprawdę bardzo trudna, ale ta podróż rozpaliła moją ciekawość. Wciąż czuję spory niedosyt i mam nadzieję, że jeszcze tam kiedyś wrócimy. W końcu, w ciągu tych ośmiu dni, zobaczyliśmy jedynie fragment tej pięknej wyspy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



Ubodzy rycerze z Jerozolimy

aruart

Gdzieś pomiędzy rokiem 1118 a 1119 powstała jedna z najbardziej tajemniczych organizacji w dziejach Europy Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona nazywani Templariuszami. W ciągu prawie 200 lat istnienia Zakon ten stał się prawdziwą potęgą militarną, polityczną i finansową, co ostatecznie przyczyniło się do jego upadku. Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że mieszkam w pobliżu jednej z kilkunastu komandorii Templariuszy. Do Zakonu prawdopodobnie należały cztery niewielkie zamki w Obrowcu, Krapkowicach, Otmęcie i Rogowie Opolskim. Podobno miały być połączone tunelami, myślę jednak, że odległości pomiędzy nimi są zbyt duże, by coś takiego poprowadzić. Z nich ten pierwszy wydaje się być najciekawszym. Pozostało po nim tylko tajemnicze grodzisko zwane przez okolicznych mieszkańców Tempelberg. Miejsce to obrosło wieloma legendami. Przez miejscowych uważane jest za nawiedzone. To uroczysko wyróżnia się tym, że straszy tam około południa. To właśni e wówczas, można usłyszeć tajemnicze odgłosy, albo zagubi ć się wśród drzew.

Przyznać muszę, że miejsce to, ma w sobie coś dziwnego. Od kiedy pojawiłem się tam po raz pierwszy, mocno mnie przyciąga. Czuję się tak, jakby coś mną zawładnęło. Jestem ogromnie ciekawy, jak tam było, tych kilkaset lat temu. Bardzo mocno oddziałuje na moją wyobraźnię. Zresztą nie dotyczy to tylko mnie. Moja psina, kiedy tam byliśmy, wpadła w prawdziwy szał radości. Więc może nie bez przyczyny, swoją siedzibę założyli tam właśnie Rycerze Świątyni. Czuję, że często będę się tam zjawiał, czy to podczas spaceru z psem, czy też podczas rowerowej wyprawy po okolicy.



 

 

 

"Ameryka" na Śląsku

aruart

Piękna, właściwie wiosenna pogoda sprzyja wycieczka. I kolejny raz przyszło mi się przekonać o tym jak słabo znam najbliższą okolicę. Tym razem, celem naszej eksploracji była dolina Osobłogi. Pojechaliśmy do Pisarzowic, w pobliżu których znajduje się bardzo ciekawy budynek. A właściwie jego ruiny. To pozostałość po XIX wiecznym młynie parowym, wybudowanym według technologii pochodzącej ze Stanów Zjednoczonych, dlatego nazywany „Amerikon”. Po wojnie przejęty przez państwo, służył jako magazyn broni, a w latach 60 – tych, władze urządziły w nim punkt odbioru podatku w naturze. Przez pewien czas, jeden z budynków wynajmowany był przez fabrykę butów z Otmętu. Z czasem opuszczone, zaczęły szybko niszczeć, zamieniając się w całkiem malowniczą ruinę.

Dziś, nie wiedząc, czym budynek był w przeszłości, można by pomyśleć, że są to ruiny wielkiego pałacu. Liczne drzewa rosnące wokół, potęgują tylko to wrażenie, przypominając przypałacowe parki.. Warto przejść się po okolicy, albo przynajmniej posiedzieć nad rzeką, zwłaszcza w taki wspaniały dzień jak dzisiejszy.



 

 

 

 

 

Ruiny w Chrzelicach

aruart

Często mijamy osobliwe miejsca, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. W moim przypadku, tak właśnie było z ruinami zamku w Chrzelicach. Dziesiątki razy przejeżdżałem w jego pobliżu, zupełnie nie wiedząc, że ocieram się o pozostałości budowli z bardzo ciekawą przeszłością.

Zamek na przełomie XI i XIII wieku wznieśli Joannici. W późniejszym czasie był własnością Piastów opolskich, Hohenzollernów, a także miejscowych magnatów z Pruszkowa. Kilkakrotnie przebudowywany, bez uszczerbku przetrwał II wojnę światową. Później przejęty przez nową władzę, w przeciągu kilkunastu lat został doprowadzony do ruin. W „wolnej Polsce” już kilkakrotnie zmieniał właściciela. Pierwszy z nich zapłacił 12 tys. zł, zarabiając później na odsprzedaży. Obecnie właścicielem zamku jest fundacja „Ortus”, która we współpracy z Uniwersytetem Opolskim chciała w tym miejscu stworzyć Centrum Dialogu Kultur. Brak pieniędzy pogrzebał szczytne plany. Skończyło się na uprzątnięciu terenu wokół zamku, który już na zawsze pozostanie tylko „romantyczną” ruiną.



 

 

 

 

 

Zły dzierżawca

aruart

Jadąc z Opolszczyzny w kierunku Gór Sowich, trzeba przejechać przez Kamieniec Ząbkowicki. Za nim wjedziemy do tego miasteczka, w oczy rzuci się nam, potężna bryła, górującego nad nim pałacu (kubatura pałacu to 90 tys. m³; powierzchnia użytkowa wynosi 20 tys. m²). Kamieniecki pałac powstał w pierwszej połowie XIX stulecia, z inicjatywy Marianny Orańskiej córki ówczesnego króla Niderlandów i żony, najmłodszego syna władcy Prus, Albrechta IV Hohenzollerna. W późniejszym czasie stał się letnią rezydencją panującego w zjednoczonych Niemczech rodu. Budowla swoim majestatem i przepychem, zapierała dech w piersiach zwiedzającym. Wnętrza zdobiły dzieła niderlandzkich mistrzów, a pociąg relacji Kraków – Berlin miał w Kamieńcu dłuższy postój, tak, aby pasażerowie mogli obejrzeć pałac. Czyż to nie wspaniała „reklama” potęgi i bogactwa państwa?

Z końcem II wojny światowej, pałac zajęła Armia Czerwona. Krasnoarmiejscy niepowstrzymywani przez nikogo, dokonują grabieży i zniszczeń, zresztą podobnie jak na tysiącach innych obiektach na całym Śląsku. Strzelali do porcelanowych rzeźb i kryształowych żyrandoli, a w obraz van Dyka wycierali buty. Kidy w końcu opuszczali rozgrabiony Kamieniec Ząbkowicki, podpalili pałac nie pozwalając okolicznej ludności na jego gaszenie. Pożar nie zniszczył jednak budowli. Dewastacja trwała nadal (rzez prawie 40 lat). Znikały marmury, część z nich znajduje się dziś w Pałacu Kultury i Nauki, a także posłużyło do odbudowy Zamku Królewskiego w Warszawie. Niewiele brakowało, żeby ta niesamowita budowla podzieliła los kilkuset zamków i pałaców tego regionu, które zniknęły, albo zmieniły się w kompletną ruinę. Nie byłoby co podziwiać, gdyby nie upór jednego człowieka, dr. Włodzimierz Sobiech, który w połowie lat 80-tych, wydzierżawił ruinę i poświęcając swój czas oraz majątek. Mimo przeszkód ze strony władz, postanawia ją ratować. Niestety, przez przeszło 20 lat i pomimo zainwestowanych w to milionów nigdy nie doprowadzi tego do końca. Kiedy umrze w sierpniu 2010 roku, pałac przejmie gmina.

Od roku ponownie można go zwiedzać, chociaż nie jest to rzecz tania (25 zł od osoby). Jak na razie dostępnych dla zwiedzających jest zaledwie kilka pomieszczeń. Niestety niewiele tam można zobaczyć. Zaledwie kilka przedwojennych fotografii zamku, które dostępne są w sieci. Przewodnik, co jakiś czas wspomina, o zniszczeniach, a czarnym charakterem w jego opowieściach jest dzierżawca, który może i uratował pałac, ale przecież, po dokonanych remontach, powinien go oddać gminie i umożliwić jej sprzedaż obiektu. No cóż, Polska to kraj, w którym za wszelką cenę ukróca się jakąkolwiek inicjatywę. Na szczęcie, przede wszystkim dla niego wspomniał, że gdyby nie pan Sobiech, dziś nie byłoby, co remontować. Jakby nie to, moja żonka, by go rozniosła. Szkoda tylko, że nadal walczą z człowiekiem, który od trzech lat nie żyje. Cóż, łatwo jest kopać kogoś, kto nie odda. Dawniej istniało coś takiego, co zwało się „honorem”. Honor, nie pozwalałby na poniżenie nieżywego przeciwnika. Niesyty, w dzisiejszych czasach, pojęcie to znikło, wiec poprzez poniżanie zmarłych, niektórzy leczą swoje kompleksy. Więc za całe zło tego świata odpowiada „dzierżawca”.

 

 

 

 

 

 

 

 


© AruArt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci