Menu

AruArt

dziennik niecodzienny

Terry z La Manchy, czyli filmowa biografia Terry’go Gilliama

aruart

Terry Gilliam urodził się 22 listopada 1940 r. w Minneapolis w stanie Minnesota, jak sam napisał w autobiografii, nastąpiło to miesiąc po Lenonie i pół roku przed Bobem Dylanem. Członek legendarnego Latającego Cyrku Monty Pythona, grafik, aktor i reżyser. Przez pewien czas, mieszkając w Nowym Jorku zajmował się tworzeniem ilustracji do magazynu Help! Jednak w 1966 r. po stłumieniu przy użyciu siły manifestacji antywojennej w Los Angeles, postanawia wyjechać do Anglii. Tam, pracując jako grafik poznaje członków formującej się właśnie grupy Pythonów. Zaczyna dla nich tworzyć krótkie animacje, które mają być elementem spajającym skecze, pojawiające się w programie emitowanym przez BBC w latach 1969 - 1974. Tam też pojawia się w licznych scenkach, najczęściej jako postać drugoplanowa, grając role, w które nikt inny nie chciał się wcielić.

W 1975 roku wspólnie z Terry’m Jones’em wyreżyserował mój ulubiony twór Pythonów, Monty Python i Święty Graal. Satyra na średniowiecze, a jednocześnie dość surrealistyczna wersja legend arturiańskich. Czaerny Rycerz, sąd nad czarownicą, trojański królik, latające krowy i dyskusja o tym czy jaskółka byłaby w stanie przenieść kokosa z Afryki, to dziś prawdziwa klasyka angielskiego humoru. Święty Graal to opowieść o tym, że w życiu trzeba mieć cel, a później należy do niego konsekwentnie dążyć (bez względu na konsekwencje).

Dwa lata później Gilliam powrócił do tematu średniowiecza w filmie Jabberwocky, to właściwie dość oryginalna baśń w realiach epoki, brawurowo zagrana, przez Michaela Palina, jednego z Pythonów.

Bandyci czasu, to kolejna filmowa baśń wykreowana przez Terry’ego Gilliama. Film opowiada o bandzie, która dysponuje mapą z zaznaczonymi dziurami w czasoprzestrzeni, a one z kolei pozwalają im na kradzież wszystkiego co popadnie. I znów jest mocno surrealistycznie. To także, pierwszy (nieliczny) sukces komercyjny Gilliama.

W 1985 roku Gilliam tworzy antyutopię pt. Brasil. Mamy tutaj połączenia Orwella i Kafki, z domieszką poczucia humoru wprost z Latającego Cyrku Monty Pythona. I chociaż wówczas film został niezbyt przychylnie przyjęty przez krytykę i widzów, dziś pozostaje jednym z najważniejszych obrazów antyutopijnych w historii kina.

Jednak chyba najważniejszym filmem w reżyserskiej karierze Gilliama był Fisher King. To nie tylko genialny duet aktorski Jeff Bridges i Robin Williams, ale przede wszystkim wspaniały scenariusz, sam Gilliam przyznał, że musiał zrealizować ten film, jak tylko go przeczytał. Reżyser w genialny sposób połączył ze sobą fikcje i rzeczywistość. Fisher King, to film mądry, ale także zabawny, piękny wizualnie (nominacja do Oscara w kategorii najlepsza scenografia), odnoszę wrażenie, że od jakiegoś czasu takich filmów już się nie robi.

W przypadku 12 małp, Gilliam ponownie trafił na świetny scenariusz. I podobnie jak w przypadku Fisher King, udało mu się stworzyć świetny duet aktorski, tym razem byli to Bruce Willis i Brat Pitt, który zresztą w tym filmie przebił Willisa i za swoją kreację otrzymał Złotego Globa. Myślę, że ten film może spodobać się także tym, którzy na co dzień nie interesują się S-F. Niestety, niedawno powstała jego serialowa wersja, która w porównaniu z oryginałem jest dosyć słaba.

W roku 1998 powstał kolejny odjechany film Gilliama Las Vegas Parano, który został stworzony na bazie książek Huntera S. Thompsona, jednego z twórców stylu reporterskiego, nazywanego Gonzo, gdzie rzeczywistość łączy się z fikcją literacką. Mocno odjechana rzecz, podobnie zresztą jak Kraina Traw (2005 r.), kolejna dość okrutna baśń opowiedziana przez Gilliama.

W karierze Terry’ego Gilliama zdarzały się też projekty pechowe. Jednym z nich był Parnassus. Jeszcze podczas prac nad filmem zmarł grający główną rolę Heath Ledger. Wydawało się, że film nigdy nie powstanie i w wówczas z pomocą przyszli Johnny Depp, Jude Law i Colin Farrell, którzy wcielili się w tę samą postać, co sprawiło, że film stał się jeszcze ciekawszy. Warto także wspomnieć, że jak to u Gilliama, który swoją karierę rozpoczynał jako grafik i rysownik, jest on niesamowity pod względem wizualnym.

Kolejnym pechowym filmem jest Człowiek, który zabił Don Kichota, obraz który Gilliam próbował zrealizować przez przeszło 30 lat. Reżyser właściwie trochę jest Don Kichotem, próbującym z różnym skutkiem walczyć z wielkimi wytwórniami filmowymi. Najpierw były problemy z finansowaniem. Kiedy już się z tym uporał i rozpoczął zdjęcia, nadszedł żywioł, który zniszczył scenografię. Znów problemy finansowe, a jakby tego wszystkiego było mało zmarł odtwórca głównej roli.      Jednak po wielu latach Gilliamowi udało się zrealizpwać ten film. Trudno mi jednak ocenić to dzieło, bo sam go jeszcze nie widziałem, ale myślę, że Gilliama należy podziwiać za upór i konsekwencję. Z pewnością, jak tylko znajdzie się sposobność zapoznam się z tym filmem. Zresztą bez względu jak bardzo uda mi się zrozumieć świt wykreowany przez Terry’ego Gilliama, to zawsze niezwykłą przygodą było móc się w nim zagłębić.

Terry Gilliam skończył już 78 lat, mam jednak nadzieję, że jeszcze trochę powalczy z wiatrakami, by co jakiś czas móc nas uraczyć kolejnym niezwykłym obrazem.   

© AruArt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci