Menu

AruArt

dziennik niecodzienny

Krótko o ... płytach

aruart

Skoro od jakiegoś czasu krótko opisuję książki czy seriale, należałoby także nieco miejsca poświęcić na to, co dla mnie najważniejsze, czyli muzykę. Mam zamiar co jakiś czas napisać kilka zdań na temat ciekawych (moim zdaniem) płyt. Ostrzegam jednak, będą to głownie płyty metalowe, bo ten gatunek od bardzo dawna, dominuje wśród tego co słucham.

Rivers of Nihil – Where Owls Know My Name


I chociaż od premiery tej płyty minęło już przeszło pięć miesięcy, to od tamtej pory nie słyszałem nic, co by mnie bardziej poruszyło. Połączenie delikatnych dźwięków, z brutalnym łomotem. A do tego jeszcze saksofon, który znalazł się tutaj poza zwyczajnym dla gatunku instrumentarium. Okazuje się, że saksofon doskonale odnajduje się w tej muzyce będąc jej doskonałym uzupełnieniem. Fenomenalne kompozycje, które przenoszą nas w jakiś dziwny, tajemniczy, może nieco przerażający, ale jednak bardzo fascynujący świat. Płyta Where Owls Know My Name zachwyca mnie tak samo mocno, za każdym przesłuchaniem. To krążek, przy którym nie sposób się nudzić, wciąż odkrywając coś nowego.

 

Judas Priest - FIREPOWER


Prawdziwi ojcowie heavy metalu, którzy w przyszłym roku będą obchodzić swoje półwiecze, wydali niedawno swój osiemnasty album. I muszę przyznać, że jest to świetna płyta. Chociaż już dawno odszedłem od takiego grania, to coś mnie w tej muzyce poruszyło. Wszystko jest tutaj świetne. Kompozycje, brzmienie, popisy gitarowe, perkusja i wokal. Ten album już jest klasykiem. Powala od pierwszych, do ostatnich dźwięków. A dzięki redaktorowi Wojciechowi Mannowi, utwory z tej płyty zagościły także w eterze. Niesamowite jest to, że po tylu latach na scenie, wciąż można tworzyć tak wielkie dzieła.

 

Van Canto - Trust in Rust


A na koniec płyta, z którą mam spory problem. Zespół Van Canto, to sześciu wokalistów i perkusista, którzy wykonują metal a capella, czyli paszczowo, swoimi głosami naśladując wszystkie instrumenty (poza perkusją) i są w tym rewelacyjni. To jest ich siódmy album, a mój problem z tym krążkiem polega na tym, że po pierwszym przesłuchaniu byłem tą płyta mocno zawiedziony. Repertuar jest znacznie spokojniejszy niż na poprzednich krążkach, no i zmiana wokalisty prowadzącego nie przysłużyła się kapeli. Ale kiedy rozbrzmiewa Hells Bells z repertuaru AC/DC… czadzior! Trust in Rust to z pewnością propozycja dla tych, którzy nie do końca przekonani są do metalu, chociaż myślę, że i starzy wyjadaczom może się ona spodobać.

 

 

© AruArt
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci